4 listopada 2015 roku, godz. 14:21 4,0°C

Coraz dziwniej... cz. IV [OSTATNIA]

Nie lubiłam poranków. Nienawidziłam ich. Wiosną krzywiłam się, gdy słyszałam śpiew wróbli, siedzących na trzydziestu gałęziach pobliskiego dębu. Latem, kiedy pierwszy promień słońca padał na moją twarz, przedzierając się między ciężkimi kotarami, zaciskałam usta i trwałam dziesięć sekund w bezruchu. Jesienią, na dźwięk budzika, natychmiast przykładałam dłonie do uszu, starając się odgrodzić od upiornego dźwięku na przynajmniej pięć sekund. Zimą zaś kuliłam się pod kołdrą, czerpiąc przyjemność z otaczającej ciemności w towarzystwie poduszek. Ale nawet wtedy poranki napawały mnie obrzydzeniem.
Zawsze otwierałam najpierw prawe oko by lewe mogło mu zazdrościć. To była jego kara, a ja czerpałam satysfakcję, wiedząc, że to z większą wadą nigdy nie ujrzy świata jako pierwsze. Będzie zawsze tym gorszym. Zawsze, bo taka była moja wola. Wyłącznie moja wola!
Tego poranka nie zostałam wyrwana ze świata Morfeusza żadnym z tych sposobów. Nagle byłam całkowicie świadoma tego gdzie jestem i co muszę teraz zrobić, a mianowicie musiałam wyszykować się do pracy oraz oznajmić Namidzie, że zostaje w pokoju sama. Niestety moja przyjaciółka musiała dzisiaj wracać do naszej rodzinnej miejscowości, a ja znów nie będę miała się komu wygadać wieczorami, ponarzekać na przełożonych z pracy czy po prostu pogadać o tym co mnie gryzie.
Nienawidzę samotności!
Tęsknie za mieszkaniem z Trishą choć nigdy jej się do tego otwarcie nie przyznam, nawet gdy już wróci do akademika po feriach. Takiej to dobrze. Jej rodzinny dom znajduję się na końcu miasta, w którym studiuje a mimo to mieszka w akademiku, a w dłuższym czasie wolnym od zajęć znów wcina mamine obiadki.
Zaraz po tym jak umyłam się, zostawiłam dla Namidy liścik i dodatkowe klucze do pokoju oraz zabrałam materiały potrzebne mi do przeprowadzenia dzisiejszych lekcji, wyszłam z akademika.
Zaczął się kolejny dzień, w którym postawiłam sobie za cel nie myśleć o wydarzeniach z dnia wczorajszego. Oby mi się udało.

***
- Do widzenia panno Rainfall!
- Miłego dnia panu życzę - odpowiedziałam stróżowi wychodząc ze szkoły.
Koniec pracy na dziś. teraz marze tylko o ciepłym prysznicu, kocu i jakimś filmie odtwarzanym z laptopa. Owszem, kochałam prace z dzieciakami, ale nie oszukujmy się - to strasznie męczące zajęcie. Dzisiejszej młodzieży szkolnej nie brak pomysłów na kreatywne doprowadzenie nauczyciela do ostrej migreny. Mogłoby się nawet wydawać, że urządzili między sobą konkurs polegający na wkurzaniu belfra.
Na szóstej lekcji miałam dziś zajęcia w gimnazjum, na których omawiałam kulturę starożytnych miast - w tym Aten i Rzymu. Jedna z pilniejszych uczennic zadała mi pytanie dotyczące domów publicznych w Pompejach i Herkulanum.
Dwóch klasowych rozrabiaków podchwyciło temat.
- A co Corson, szukasz pracy?
Wszyscy skupili się na początkach show. Dziewczyna nie odpowiedziała, tylko zaczerwieniona twarz zdradzała jej reakcję na słowa kolegi. Do słownej zaczepki dołączył John Windston, sąsiad z ławki żartownisia.
- Nie, ona chce zostać burdelmamą!
Klasa wybuchła śmiechem. Niektórzy chłopcy zaczęli bić brawo i gwizdać.
- Niestety John, w tamtych czasach tylko zamężne kobiety mogły być burdelmamami.
Klasa znów skupiła się na mnie. Postanowiłam to wykorzystać i odciągnąć ich uwagę od panienki Corson.
- Co innego jeśli chodzi o panią Krokien. - Mrugnęłam znacząco przy wymawianiu nazwiska starszej nauczycielki. - Ona jest wręcz stworzona do tej roli. Ale ciii! - Mój palec wskazujący wylądował w teatralnym geście na wargach.
Klasa znów zatrzęsła się od śmiechu dzieciaków. Tym razem śmiali się już wszyscy.
Uśmiechnęłam się do swoich wspomnień. Tak, zdecydowanie pokochałam te dzieciaki z kłopotami ze szkoły przy Angelus Street.
Zawiał zimny wiatr. Otuliłam się szczelnie szalikiem i przechodząc przez ulice ruszyłam do parku. Byłam tam omówiona z Trishą. Ciekawiło mnie co chciała mi tak pilnie przekazać. Wiedziała przecież, ze jutro również pracuję i nie dam się namówić na piwo. Zresztą po ostatnich wydarzeniach, zapoczątkowanych właśnie w barze, nie miałam ochoty na jakiekolwiek towarzyskie wyjście.
Nagle poczułam dłoń na ramieniu. Po odwróceniu się ujrzałam przed sobą dwie twarze, o jedną za dużo.
- Co on tu robi?! - Nie byłam zła, raczej zaskoczona.
Jakieś pół metra za niebieskowłosą stał Ian. Co jeszcze bardziej wytrąciło mnie z równowagi, na jego głowie siedział Kitsunebi machający leniwie puszystym ogonem. Gdybym nie miała w pamięci tego jak go potraktowałam ponad dwa miesiące temu, a także słów jakie wypowiedział do Gabea Foxa w zaułku Dumble Street - może wybuchłabym śmiechem.
Trisha podniosła ręce w geście uległości. Chyba wyczuła, że nadal nie mam ochoty rozmawiać ze Smithem. Na szczęście nie wiedziała o najnowszych argumentach przemawiających za unikaniem - tego konkretnego - faceta.
- Tylko bez rękoczynów Arisa. - Onyksowe oczy napotykały czekoladowe. - To on prosił mnie, abym jakoś zorganizowała mu spotkanie z tobą.
Nie wiedziałam jak mam się teraz zachować. Jednak Ian spostrzegł w moim zakłopotaniu swoją szanse. Ruszył wolnym krokiem zatrzymując się dopiero w takiej odległości, że gdyby chciał mógłby bez problemu dotknąć dłonią mojej twarzy.
- Zgadza się. Ta cała intryga to mój pomysł. - Wziął głęboki wdech. - Nie odbierasz telefonu gdy dzwonie, a nawet nie odpisujesz na moje wiadomości.
Postanowiłam być z nim szczera mimo, że to może go zaboleć.
- Dziwisz mi się? - spytałam wzburzona. - Najpierw oznajmiasz mi, że widziałeś jak mój chłopak zdradza mnie na akademickiej imprezie, a chwilę później wyznajesz mi miłość. Niby jak według ciebie miałam się zachować? - Chciał coś powiedzieć lecz nie dałam mu takiej możliwości. - A jakiś czas potem widzę jak wychodzisz z jakiegoś zaułka zaraz przed mężczyzną, który wyciągnął mnie chwile wcześniej z cholernie pojebanej sytuacji w barze. - Postanowiłam nie wspominać na razie o tym, że wiem o czym rozmawiali. - A ty się śmiesz pytać dlaczego nie odbieram połączeń od ciebie. Serio?!
Najwyraźniej tylko Kitsunebiego poruszył mój wzburzony ton. Zeskoczył z głowy Iana wprost w moje objęcia. Bez zastanowienia wtuliłam twarz w miękkie futerko. Jego rytmiczne mruczenie uspokoiło mnie na tyle, że znów zaczęłam myśleć racjonalnie.
Spojrzałam ponownie na Iana, który lustrował mnie czujnym wzrokiem. Co dziwne wyglądał na rozbawionego i zazdrosnego równocześnie.
Już otwierałam usta, aby przeprosić go za mój wybuch lecz wszedł mi w słowo.
- Masz pełne prawo się na mnie wściekać. Rozumiem. Pewnie sam byłbym wkurzony będąc na twoim miejscu. - Głęboki wdech, szybki rzut okiem na otoczenie. - Choć wolałbym wyjaśnić ci wszystko w jakimś bardziej ustronnym miejscu niż to. Co ty na to?
Skinęłam głową zgadzając się na tą propozycję.
- Najbliżej nam do naszego akademika, prawda Trisha?
Skoro mnie w to wpakowała to niech mi teraz pomoże.
Jednak to nie jej głos odpowiedział na moje pytanie.
- Może być i u was, nawet mi to na rękę. - Głos Iana był dużo bardziej radosny niż wcześniej, najwidoczniej wszystko szło po jego myśli. - A jeśli chodzi o Trishe, to zmyła się na samym początku naszej rozmowy. Wygląda na to, że jestem jej winny przysługę. - Ostanie zdanie powiedział ciszej, jakby do siebie lecz wszystko dokładnie słyszałam.
Uśmiechnęłam się dyskretnie. Może i ja będę jej coś winna, chociaż raczej będzie to kopniak w tyłek niż przysługa.

***
- ...chyba nie oszalała, prawda?
- Gdyby tak było na pewno byś o tym wiedział.
- Ale ona się nie odzywa od jakiś dwudziestu minut i wciąż gapi się w jedno miejsce!
- A ty niby byleś lepszy?! Myślałeś, że jestem halucynacją spowodowaną LSD i próbowałeś wyrzucić mnie przez okno. - Głos zachichotał. - Swoją drogą jak durnym trzeba być, aby próbować zabić halucynację?
Niby pamiętałam kto znajduję się w moim pokoju, ale po tym wszystkim co ujrzałam i usłyszałam miałam wrażenie, że to sen. Nie. Gdybym śniła wiedziałabym o tym. To musi być jeden z jebniętych show typu: „Mamy cię!“. Ktoś zaraz wyskoczy z ukrycia i - wskazując palcem ukrytą kamerę - oznajmi, że dałam się nabrać „po mistrzowsku“.
Już po tym jak weszliśmy z Ianem do pokoju 221B Kitsunebi zeskoczył na podłogę. Nie zdążyłam nawet mrugnąć gdy tuż obok Smitha stał srebrzystowłosy mężczyzna, mój wczorajszy wybawca - Gabe Fox. Tym co nie zgadzało się z jego poprzednim wyglądem były lisie uszka oraz trzy puszyste ogony takiej samej barwy jak jego włosy. Uśmiechnął się przyjaźnie pokazując przy tym ostre kły, co niestety zepsuło jego przyjazny wizerunek.
Widząc moją podejrzanie spokojną reakcje na ten nietypowy widok Gabe Fox - znany mi bardziej jako Kitsunebi - zaczął mi wszytko tłumaczyć.
Dowiedziałam się, że ja i Ian jesteśmy ludźmi z rzadkim darem urzeczywistniania tego co sobie wyobrazimy, tak zwanymi Kreatorami. Gabe opowiedział mi też o istnieniu równoległego wymiaru, w którym mieszkają Opiekunowie.
Istoty te zamieszkiwały Ziemie na długo przed pojawieniem się pierwszych ludzi. Gdy najstarszy z nich spotkał po raz pierwszy człowieka postanowił go chronić i nauczać wszystkiego co sam potrafił. Polecił pozostałym ze swojej rasy aby czynili tak samo jak on.
Przez wieki ludzie żyli szczęśliwie pod opieką istot, które uznali za bogów.
Niestety do czasu.
Ludzie, którzy w swej arogancji i pysze zapomnieli o tym ile dobrego zrobili dla nich Opiekunowie - obrócili się przeciwko swym obrońcą i nauczycielom. Poprzez gnębienie, prześladowanie, a nawet mordowanie zmusili pierwszych ziemian do ukrycia się. Ten, który pierwszy ukochał ludzi przeklną ich zabierając im najcenniejszą umiejętność - Stwarzanie.
Jednak widząc iż niektórzy z ludzi nadal szanują i czczą jego pobratymców zlitowała się nad nimi. Sprawił iż tylko ci co mają coś w sobie z niewinności pierwszych ludzi są obdarzeni darem Stwarzania. Tym szczególnym ludziom przydzielał swoich pobratymców do pomocy.
Prze wieki byli czczeni jako bogowie, dobre lub złe duchy. Nadawano im rożne imiona: Yako, Zenko, Kinko, Ginko, Byakko, Kokko, Tenko, Kuko, Kitsune , Huli jing oraz Nogitsune.
A najstarszego z nich zwano Inari.
Podczas gdy Ian i Gabe sprzeczali się o to czy mi odbiło czy może jeszcze nie - uświadomiłam coś sobie. Wstałam. Powolnym ruchem zbliżyłam się do srebrzystowłosego. Wzięłam zamach i... ŁUP! Moja otwarta dłoń zderzyła się z policzkiem Foxa.
- Za co to?!
ŁUP! Druga dłoń dołączyła do zabawy.
Spojrzałam na Iana, który uprzejmie przesunął się na bok i zrobił łagodny ruch dłonią, jakby mnie przepuszczał. Spojrzał na Gabea.
- Proszę, nie żałuj sobie.
Poczułam jak opada mi szczęka ze zdziwienia.
- Jakie „nie żałuj sobie“? - powtórzył oburzony Kitsunebi. - Rzuca liśćmi jak brzoza na jesień!
- Nie domyślasz się za co? - zdziwił się rozbawiony Ian.
Opiekun pokręcił przecząc głową. Widząc to Ian wybuchnął śmiechem.Ten typek jeszcze śmie udawać, że nie wie za co oberwał! A kto niby wtulał się w mojej cycki w parku?!
Odwróciłam się na pięcie, po czym ruszyłam do drzwi aby je otworzyć. Najszerzej jak się tylko dało.
- Wynocha.
Smith chyba wolał nie ryzykować. Rzucił jeszcze ostrzegawcze spojrzenie w stronę Foxa i wyszedł. Odprowadziłam go wzrokiem.
- A ty na co czekasz? Drugi raz nie poproszę - rzuciłam rozzłoszczona i wskazałam palcem wyjście. - Wynoś się albo wezwę policję!
- Oboje wiemy, że policja nic tu nie pomorze. Ludzie widzą mnie takim dopiero wtedy, gdy im na to pozwolę. Jakie to byłoby męczące musieć się ludziom tłumaczyć z ogonów i uszu. Dlatego zmieniamy się w lisy.
- Chyba sobie żartujesz, wynocha! - powtórzyłam słabym głosem.
- Co ty się tak uwzięłaś na to wyjście? Okres masz?
- Słucham?!
- Czy masz okr...
- Nie to „słucham“! Twoje słowa były niegrzeczne!
- Przyganiał kocioł garnkowi.
- Niech mnie ktoś zastrzeli! Teraz się będziemy przekomarzać jak dzieci? Ręce i cycki opadają - by potwierdzić prawdziwość swoich słów uniosłam ręce do góry i machnęłam nimi w dół zdenerwowana.
- Gdybyś nie robiła tego tak niechlujnie, to może by cię do teatru przyjęli. Ale z takim charakterem...
- Co z nim jest nie tak?- szepnęłam do siebie.
Położyłam się na łóżku mając w nosie co sobie o mnie pomyśli Kitsunebi.
Tutaj naprawdę są bogowie!
Znaczy pseudo... bogowie...

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa Ancyk, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.