12 października 2020 roku, godz. 8:38

PAŹDZIERNIKOWY OGRÓD 2

Nasz ogród w niepodzielne władanie objął deszcz i będzie nadawał trędy jego życiu prawie do przyszłego popiątku. Przeczekać jego królowanie przyjdzie nam poprzez zatopienie się w lekturze i cieple nastrojowych pokoi, gorącu kawy i słodyczy wina oraz kompozycję podniebieniu zagrać z bajkowych nut jesiennego drożdżowca. A potem znów ogniem zapłonie świt, a po nim przyjdzie w cichym słońcu dzień, który jeszcze raz, najprawdopodobniej ostatni raz zakończymy ciepłem rozmów przy cieple i minimalny świetle październikowego ogniska, które umilknie ostatecznie skrami żaru, w którym smaku nabiorą upoeczone w nim ziemniaki, tradycja takoż sama ważna jak przesuwanie błagalne paciorków różańca.

Przez szybę okna z zielonego pokoju, w którym przestrzeń stanowią kolory orchidei, popatrzymy w północno - wschodnią rubierz jesieni opiece oddanemu ogrodu, a tam jodła koreańska, jak panna młoda bielą sukni, tak ona otulona esencją barw październikowej jesieni. Drzewo gorejące. Jakby wielki ognik Sucha Świętego, który ma w opiece florę, faunę ogrodu i nas jego ogródników. Zapładnia nas, sprawiając właśnie, że gorliwie gorejemy pomysłowością, pracowitością i kiedy trzeba poświęceniem, a nade wszystko z jego powodu promieniejemy radością. W efekcie gorliwość o dobro ogrodu i nas mieszkańców jego pożera nas. Kolorów winobluszczu wyczekujemy jak oczekuje się Bożego Narodzenia, czy smaku jednego jedynego listopadowego dnia, czyli smaku rogali świętomarcińskich. A spektakl co roku oferowany nam przez winobluszcz trwa miesiąc, czasem dłużej. Od pierwszego przebarwienia niewinnego dwóch trzech cudniekształtnych liści do tego momentu, kiedy podmuch halnego utrąci ostatni wybarwiony i wyschnięty liść, może gdzieś będzie to w dzień zaduszny w listopadzie.

Jedne kolory królują w naszym ogrodzie, a drugie powoli ustępują. Aureole i korony triumfu zakładają Michałki, chryzantemy i rudbekie jednoroczne, a dochodzą spełnione ich siostry i bracia: astry, cynie, jeżówki, nagietki. Jeszcze dalie stanowią samodzielne enklawy i samodzierżawią się w nieopisanie cudne barwy i kształty. A ja powoli ucinam suche badyle i zastygłe korony kwiatów, które teraz stały się siedliskiem przeżycia, ich jutrem. Zbieram nasiona zawarte w ich kwiatodtanach i z nich w przyszłym roku zasiejemy takie samo albo jeszcze bardziej zachwycające piękno. Część ziół też odmłodziliśmy lub po prostu zebraliśmy ich ostatni jesienny plon. Teraz są naturalną aromaterapią na klatce schodowej i w pokojach. Żyjemy i śnimy o lawendowym zapachu, melisy woni, czy w miętowym pławimy się aromacie. Jeszcze w wieczór gwiaździsty kurtki zakładamy, wychodzimy na północny balkon z lampką czerwonego wina i w ciszy zapachem maciejki się odurzamy. Tak, październik, a ona z nami wciąż naprawdę w najlepsze jest.

Ogród nasz totalną wolnością często jest, więc dzieje w nim bardzo bardzo różnie się. Czasem więc, przy porannym obchodzie, pod gałeziami aronii, będącej akurat w zaawansowanym, ale w sumie w delikatnym i przyjemny bardzo dla oka makijażu jesiennym, znajduję kupkę piór i jakiś fragment ptasiego skrzydła. Najczęściej to szczątki kosa. Robota któregoś z licznych w tutejszych ogrodach kotów lub myszołowa, który często ostatnio wybiera sobie nasz ogród za najwłaściwsze miejsce do polowania. Sprawczyniami są też kuny, których też żyje w okolicy bardzo liczna gromada, w szopach, w stodołach, w składzikach z drewnem. Koty są swoistymi drugimi panami ogrodów, choć nie są ich ogrodnikami, przycinają tylko jego melodie. Sprawiają, że tu i ówdzie milknie jeden anielski szczebiot ptasi, a symfonia ogrodu na zimę coraz bardziej jest partyturą głuszy i byłaby nią do końca, ale strąca ją z dyrygenckiego pulpitu wędrujący przez wieczność wierny ogrodnikom, romantyczny wirtuoz wiatr i zawsze, ale to zawsze ciszy szatę, jak zasłonę Przybytku, rozerwie dzień z martwych wyrywając kogut.

Łysieje ogród
Lata w nim ubywa śladów
Przycięta na Wimbledon glaca trawnika
Zniknęły z pola ślady bajkowej rodzinności
Zjeżdżalnia piaskownica trampolina
Odchodzą w kompost latarnie słoneczników
Wcześniej ogołocone ich głowy
Ze strąków suchych płatków
I wielozębnego uśmiechu
Okrągłych jak koło słońca ust
Ptasie śpiewy wypadły już dawno
Z czupryn rudych coraz bardziej ogrodu
Swoistymi fryzjerami naszego ogrodu
Są niezliczone zastępy kotów
Które wyrywają z niego gapiowate ptaki
Jak fryzjerowie wyrywają zbędne kłaki uszom
Wyłysiały węgierki ze śliw
Powoli czas skalpuje je z liści
Taki sam los spotkał brzoskwinie
Mówią łysienie oznaką męskich hormonów
Takowoż nim wyłysieją płoną
Różami rudościami czerwonościami
Aronie borówki winobluszcze i cynie
Są namiętnością a potem
Szczytującym październikiem
Niesamowite ekspresyjnym
Jak mariaż buntu roku sześćdziesiątego ósmego
Z radością i siłą siedemdziesiątego pierwszego

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa fyrfle, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.