18 lipca 2016 roku, godz. 22:50 2,3°C

Początek

Naciskam klamkę i z trudem otwieram masywne drzwi kościoła – jedynego nie zniszczonego budynku w mieście. Wchodzę do świątyni, zamykam za sobą, po czym moczę palce w wodzie święconej, by dotknąć nimi czoła, piersi i barków. Od zawsze żegnam się „normalnie”. Tak, jak mnie nauczono. Lewa ręka na serce, prawą dotykała czoła, potem klatki piersiowej, lewego i na końcu prawego barku. Zawsze zastanawiam się, dlaczego większość osób, które przychodziły do kościoła, przy żegnaniu się w ogóle nie dotykały czoła, a resztę „załatwiały” na piersi, by na końcu się w nią bić, przeważnie trzy razy. I przeważnie jej nie dotykając.
Dotyk. Dla mnie zawsze najważniejszy był dotyk. Czy do kościoła nie chodzi się po to, by poczuć dotyk Boga? Nawet jeśli to nasze palce nas dotykają? Wykonuję znak krzyża. Tak należy witać się z Synem – powtarzała mi matka. A więc przeżegnanie się to tak jakby podać dłoń na przywitanie samemu Bogu. Chwila filozofii, a już człowiek czuje się bardziej święty.
Zajmuję miejsce w przedostatniej ławce. Zaczynam się modlić. W budynku nie ma nikogo. Tylko ja i Bóg.
- Ojcze nasz, który jesteś w niebie, święć się imię Twoje, przyjdź Królestwo Twoje, bądź wola Twoja, jako w niebie, tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i odpuść nam nasze winy, jako i my… - przestaje na moment. W oczach zaczynają zbierać mi się łzy. - … odpuszczamy naszym winowajcom… - głos mi się załamał. Łzy uwolniły się z oczu i spłynęły po zimnych policzkach.
Czuję ucisk w klatce piersiowej i kłucie w lewej piersi. Bynajmniej nie dlatego, że mam chore serce. A może dlatego? Nie. Uśpione serce nie boli. Przyszłam tu, by porozmawiać z Bogiem, a on miał czelność obudzić moje serce i sprawić okropny ból! Ból, którego nie mogę znieść. Chce krzyczeć, ale nie mam tej pewności, że jestem sama. Ktoś na pewno jest w zakrystii. Spuszczam głowę i ciężko oddycham. Dłonie drżą.
Dlaczego on mi to zrobił? – myślę, tolerując ból w piersi przy słowie „on”. – Dlaczego ona mi to zrobiła?
Kiedyś rozmawiałam z zleceniodawcą na temat przyjaźni. Użył on wtedy pewnego sformułowania.
- Słyszałaś o „podwójnej zdradzie”?
- Nie. Co to takiego?
- „Podwójna zdrada” jest wtedy, gdy twój partner zdradza cię z twoją najlepszą przyjaciółką.
Wróciłam do teraźniejszości.
Jest pięć stopni cierpienia.
Pierwszy: na początku czujemy ukłucie w sercu. Podświadomie otwierają nam się usta. W naszych oczach pojawia się strach.
Drugi: ból w sercu mija. Zdajemy sobie sprawę, że mamy otwarte usta, więc je zamykamy. Robi nam się słabo. Zaczynamy się pocić.
Trzeci: racjonalne myślenie wraca. Powoli zaczynamy zdawać sobie sprawę ze wszystkiego. Świat zewnętrzny znów istnieje.
Czwarty (dotyczy nas tylko wtedy, gdy cierpimy wraz z ukochaną osobą): myślami zamieniamy się miejscem z cierpiącą osobą. Czujemy się jak ona. Myślimy jak ona. Cierpimy jak ona.
Piąty: dziwne uczucie. Jakby ból brzucha, ale to nie to, coś gorszego. Coś podobnego do zakochania się, do motylków w brzuchu… Ale to przeciwieństwo. Tak jakby… Nasza dusza się kurczyła… Jakby się dusiła. Godzinami, dniami, tygodniami… Czasem nie przechodzi.
W czasie drugiego stopnia zemdlałam, więc trzeci i piąty przeżywałam w szpitalu. Na szczęście. Jakkolwiek to brzmi.
Słyszę szmery dobiegające z konfesjonału, który stał kilkanaście metrów ode mnie, bliżej ołtarza. Wstaję, wychodzę z ławki i idę powoli, przy ścianie. Podchodzę do konfesjonału. Klękam.
- Niech będzie pochwalony – zaczynam szeptem.
- Na wieki wieków.
- Mam na imię Inoue Massoes, mam 24 lat, zarabiam na życie zabójstwami na zlecenie. Ostatni raz byłam u spowiedzi… - zatrzymuję się. Nie pamiętam swojej ostatniej wizyty w konfesjonale. W Święta Wielkanocne? Nie. Nie będę kłamać. Kątem oka zauważam wpatrzone w siebie oczy księdza – błękitne i czerwone.
- Mów dalej. Jakimi grzechami obraziłaś Boga?
Wyrozumiały. Trafiłam na wyrozumiałego, młodego księdza. Najprawdopodobniej z niewielkim doświadczeniem.
- Zabiłam dwoje ludzi, na których nie miałam zlecenia. W akcie zemsty.
Nagle tuż za sobą słyszę kroki.
Odwracam się i widzę stojącego przede mną ciemnego blondyna w średnim wieku. Ubrany jest w wojskowy mundur, w lewej ręce trzyma szablę a prawą podkręca wąsy.
- Pewien mądry człowiek powiedział kiedyś: „Istnieją dwa rodzaje ludzi: sprawiedliwi, którzy uważają siebie za grzeszników, i grzesznicy, którzy uważają siebie za sprawiedliwych. ” Ja zaś sądzę, że zabicie zdrajcy to sprawiedliwość. – Wyciąga w moją stronę otwartą dłoń. - Jestem Jurru Buryune, a ten typek podający się za księdza – kiwa głową w stronę srebrnowłosego chłopaka, wychodzącego z konfesjonału – to Aizen Hisagi, mój towarzysz. Zbieram ludzi, którzy chcą zmienić ten ponury świat i rządzące nimi zasady. Nawet jeśli przy tym zgrzeszą. Inoue Massoes czy chciałabyś do nas dołączyć?
Bez zastanowienia ściskam mu dłoń.

Emilia Szumiło Emilia
 18 lipca 2016 roku, godz. 23:04

:o