13 lipca 2020 roku, godz. 7:40 3,5°C

Lipcowy Ogród

My tutaj w Ciemnym Grodzie jesteśmy bardzo tradycyjni i jak to padajum nowoczesne - bardzo zacofane. Stąd też piątek upłynął nam na zbieraniu malin w ogrodzie, a sobota mija przy ich przerabianiu w sokowniku na sok, a do tego co zostaje dodajemy cukier i smażymy dżem. Zatem życie tutaj jest proste i zasadniczo nie zmienia się od kilkuset lat, czyli od czasu, gdy na naszą ziemię przywędrowały plemiona pasterskie Hucułów, Łemków, Mołdowów czy Węgrów oraz Siedmiogrodzian.

Gotując sok i smażąc dżem patrzymy przez balkon na nasz ogród. Jego rabaty kwietne, warzywne, krzewy ozdobne i owocowe oraz drzewa owocowe i zwierzęta go zamieszkujące. Stworzyliśmy sobie po prostu Eden.

W zasadzie piękno i dobro jest już na balustradzie balkonów i tarasu. Kilkadziesiąt skrzynek, w których posadziliśmy własnoręcznie wyhodowane przez sianie lub odcinanie pędów werbeny, nasturcje, pelargonie, sanwitalie, smagliczki, nemezje, astry oraz lwie paszcze i maciejki. Te ostatnie dają wieczory przy winie w niesamowitej toni woni, która urzeka i wprawia dusze w stan błogości. No i te świetliki zwane też robaczkami świętojańskimi, przyświecające naszemu szczęściu i lądujące na naszych ciałach, jakby również chciały czerpać od nas wesołość i radość życia.

Teraz na początku lipca w balkonowych i tarasowych donicach królują kwiaty nasturcji. Czerwone, bordowe, pomarańczowe, łososiowe i żółte. Jak Ty to Ukochana mówisz - te ich kolory są takie wesołe. Nawiązując do innej naszej Pani Poetki w innej grupie prowadzącej warsztat, to napiszę, że kolory nasturcji naszych są tak bardzo bardzo optymistyczne. Towarzyszą im teraz najmocniej złote słoneczka sanwitalii, choć już wystrzeliły wieloma długimi żyrafimi szyjami grona pelargonii i już pojawiają się bordowe i różowe kule niczym pioruny kuliste, które zatrzymały się i rozkwitły serdecznym zachwytem wobec wielokolorowości delikatnych nemezji, o których o mały figiel bym zapomniał w zapracowaniu przy tworzeniu soków i dżemów.

A dalej ciut za doniczkowym światem piękna, zapachu i, czyli wieloźródlu zadowolenia z naszego życia rosną dwie bardzo niezwykłe rośliny, o pięknie, którego przecenić się nie da i nigdy nie osiągnie się przesady chwaląc je i śląc zachwyty - pnąca róża o wielkich czerwonych kwiatach i klematis o wielkich bordowych kwiatach i wielkich owalno-spiczastych płatkach. Powojnik wyrósł przez wszystkie swoje lata dotychczasowego istnienia na wysokość pierwszego piętra i teraz jego rozliczne kwiaty przyglądają się naszemu wypoczynkowi na balkonie i przysłuchują naszym rozmowom, w których jest nie gasnący płomień podziwu, jak nie gasnący jest ogień miłości spalający nasze serca w jeden krwioobieg szczęścia. A róża wspieła się na drugie piętro naszego domu i stamtąd, przytrzymując się balustrady podziwia zbocza i szczyty Beskidu Żywieckiego, dzieląc się swoim nim zachwytem, omawiając go z często tam wypoczywającymi wróblami, słowikami i kosami oraz z nieopodal rosnącymi na kraju ogrodu srebrnymi świerkami.

Są pod dachem, a reszta ogrodu dzisiaj smagana jest rzęsistymi strugami chłodnego deszczu, a temperatura powietrza dzisiaj nie przekroczyła jeszcze i chyba już nie przekroczy czyernastu stopni Celsjusza. W sumie przestrzeń wydaje się być szarą i dopiero trzeba wnikliwiej zaangażować zmysł wzroku i przełamać uczucie zimna, aby dojrzeć i korzystać z przeróżnych smaczków w ogrodzie, a może po prostu lepiej oszukać deszczową aurę i pójść do poszczególnych okien w domu i z przez nie ich wyglądać.

A co można zobaczyć? Na przykład można na chwilę pójść z kuchni do zielonego pokoju i tam przechodząc między szpalerem przecudnych i tak w wielu kolorach orchidei, dojść do okna wschodniego, za którym zaraz rośnie pnąca hortensja, która zajmuje całą środkową część wschodniej ściany domu i rośnie zaraz obok pnącej róży o czerwonych wielkich kwiatach kwitnących po kilkanaście w jednej kiści. Hortensja wystaje w znacznej swojej części poza dach i zbiera na swoje liście i białe baldachy kwiatostanów sporą część dzisiejszych opadów. Pomiędzy jej kwiatami lub łodygami misternie przędą pajęczyny przeróżne pająki, przeróżnych kształtów, różnej wielkości i sporej ilości kolorów. A ich cierpliwie plecione pułapki są bardzo podobne. Z prawie niewidocznych, prawie bezbarwnych nici. Dzisiaj ich istnienie zdradziły mi na początku deszczu drobiny mżawki, które osiadły na cieniuteńkiej przędzy tych nitek i zdało się, że mam do czynienia z koloniami mgły, a może gdzieś z Bałtyku uniosły się na falach, a potem wiatrem zostały tutaj przeniesione delikatne parasole meduz. Godzinę później obraz był zupełnie inny. Przyszła ogromna niszczycielska ulewa, której grube strugi wody porozrywały przędzalnicze misteria pająków i niewiele nici już tworzyło całość, na której pewnie po deszczach, szybko je odbudują. Na tym co pozostało perliły się większe krople deszczu, skupione w grupach po kilkanaście lub kilkadziesiąt.

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa fyrfle, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.