27 lipca 2021 roku, godz. 9:04 4,3°C

cisza rozmowy

Muchy nie dawały spokoju, drażniły skórę szyi i ramion. Słońce z trudem przebijało przez chmury, jednak powietrze było gorące, przesycone kurzem bezdroża. Nieopalona skóra na palcach stóp robiła się brudna. Sandały lekko niosły nogi, ale ich nie chroniły. Szła szybko, chociaż nie wiedziała dokładnie dokąd prowadzi droga. Krajobraz monotonnie nie zmieniał się. Pola żyta falowały usytuowane na nie dość równej powierzchni. Zadziwiające jak sterylne, ani jednego punkciku czerwonego maku, niebieskiego chabrów, tylko blado- żółta jednolita połać otoczona lasem jak kordonem straży granicznej. Zawiesiła wzrok, jakby chciała równie ujednolicić myśli. Lubiła szorstkość kłosów, ziarna były już pełne, gotowe na żniwa. Pomyślała, że mogłaby rzucić się na powierzchnię, jak do wody i całym ciałem poczuć tę szorstkość. Czyżby była aż tak spragniona wrażeń? To dlaczego wybrała odludzie? Po drodze nie spotkała nikogo, nie było też nikogo w zasięgu wzroku. Potrzebowała samotności jak nigdy wcześniej, a być może tylko kontrastu, innej perspektywy. Szła jakiś czas, nie patrzyła na zegarek, uśmiechnęła się tylko do siebie na myśl o tym, że nie ma krokomierza, ani innego cudownego gadżetu do mierzenia czegokolwiek, jak to obecnie jest w modzie, byle się czymś zająć. Dotarła do sąsiedniej wioski. Tu również nie spotkała nikogo, nawet nie miała kogo zapytać gdzie jest. Usiadła nad brzegiem jeziora przy pomoście, umyła zakurzone stopy, woda była bardzo ciepła. Zmęczona położyła się na piasku, owionął ją szum tataraku, przypominający syczenie grzechotnika. Wioska sprawiała wrażenie atrapy, marzenia sennego, a jednak domy miały dachy z czterech stron, w ogródkach kwitły kwiaty, gdzieniegdzie wyglądał zza płotu leniwy pies. Zamknęła oczy i poddała się tej błogości. Gdyby teraz ktoś się pojawił poczułaby się przyłapana na nie swoim miejscu, jak złodziej, który kradnie owoce z cudzego ogrodu.

Wracała zmęczona, bez oczekiwania, że spotka kogokolwiek. Nie chodziło nawet o rozmowę, tylko ujrzenie postaci człowieka w miejscu, które jest osadą ludzką. Niespodziewanie jednak z przeciwka szedł niespiesznie wysoki szczupły mężczyzna.
— Dzień dobry. Turystka? — zatrzymał się.
— Dzień dobry — uśmiechnęła się — A to widać?
— Nieznajoma, to pewnie turystka.
— No tak, tu muszą się wszyscy znać.
— Pójdziemy razem?
— Ale idziemy w przeciwną stronę.
— Dokąd? Gdzie ma pani samochód?
— Nie mam, przyszłam na nogach z sąsiedniej wioski i wracam tam.
— Taki kawał? To będzie ze 4 kilometry w jedną stronę. Odprowadzę panią to porozmawiamy…
— Chce się panu taki kawał? — Naprawdę nie potrzebowała uwagi. Ale może on potrzebował...

Po ustaleniu tych kilku topograficznych szczegółów rozmowa stała się ogólna, tak bardzo ogólna i prosta, że nie wymagała żadnego wysiłku. Była naturalna jak oddech. Właściwie mogli milczeć, ale słowa same wypływały ze zwykłą prostotą. Miała wrażenie, że rozmowa nie ma żadnego początku ani też końca ani też znaczenia. Że cały sens odbywa się gdzieś głębiej, w nieznanym dla niej obszarze. Tak jakby na chwilę weszli do tej samej rzeki, która popłynie dalej jak się rozejdą. Chwilę zatrzymali się na mostku patrząc w nurt rzeki. Rozmawiali o rybach, kłusownikach, śmierci, kraju. Myśli uciekały gdzieś w dal, chwile milczenia nie były niezręczne, każde z nich coś w sobie odnajdywało, a może tylko nic nie przychodziło do głowy. Nie wysilali się by zapełnić ciszę. Zapytał czy może zapalić papierosa. Zapalił. Gdyby nie zapytał w ogóle by tego nie zauważyła. Zasłaniał prawie cały papieros dłonią, dym też dziwnie nie unosił się wokół.
— Spotkamy się jeszcze? — zapytał, kiedy odchodziła.
— Możliwe, będę tu przychodzić.

Recerz Max
 29 lipca 2021 roku, godz. 00:02
Edytowano 29 lipca 2021 roku, godz. 00:03

Pierwszy akapit elegancki, dalej nieprzekonujące wspaniałości.

"Jasna, nieopalona skóra na palcach stóp robiła się brudna." – podwójny przymiotnik zbędny, abo jasna, abo nieopalona starczyłoby.

"Krajobraz monotonnie się nie zmieniał. Pola żyta zdawały się falować usytuowane na nie dość równej powierzchni." – Krajobraz monotonnie się nie zmieniał. Pola żyta falowały, usytuowane na nierównej powierzchni; udało się uniknąć kanciatych sformułowań, a przede wszystkim uniknąć nagminnego "się".

"jednolita połać otoczona lasem jak kordonem straży granicznej." – cholera, ładne.

"Pomyślała, że mogła by rzucić się na powierzchnię, jak do wody i całym ciałem poczuć tę szorstkość." – mogłaby.

"Czyżby aż tak była spragniona wrażeń?" – czyżby była aż tak spragniona wrażeń; kanciasty szyk.

"owionął ją szum tataraku, przypominający syczenie grzechotnika." – hmm... to chyba groźny dźwięk, jak tak słucham. Może nie najlepsze porównanie.

Przecinków brakuje całkiem sporo, a przynajmniej mi.

Akula 29 lipca 2021 roku, godz. 7:11
Edytowano 29 lipca 2021 roku, godz. 17:23

Wspaniałości wydają się niemożliwe, a jednak są. Ponieważ jest to opis rzeczywistego spaceru i spotkania, starałam się oddać je jak najbardziej wiernie. Poprawiłam, stonowałam drugą część.

"to chyba groźny dźwięk, jak tak słucham. Może nie najlepsze porównanie." - trochę było groźnie, a może złowieszczo, ta pustka... Liście są takie szorstkie, słychać po dźwięku że są ostre.

Dziękuję za wskazówki.