15 lipca 2016 roku, godz. 18:23

Święty czy Grzesznik? cz. I

Ludzie krzywdzą, mordują i oszukują.
Ale również kochają, wspierają i chronią.
Skąd to wiem?
Jestem człowiekiem.

Z błogiej nieświadomości wyciąga – a wręcz wyszarpuję – mnie wszechobecny ból. W tej samej chwili dobiega do mnie tajemnicze pikanie jakiegoś urządzenia oraz dźwięk skraplającej się w pobliżu wody. Macam dłonią to coś na czym leże. Niestety nie jest to dobry ruch, ponieważ ból w kończynie gwałtownie wzrasta. Gdzieś obok krzyczy jakiś torturowany właśnie człowiek. Do pomieszczenia, w którym się znajduję wbiega kilka osób, coś krzyczą, padają rozkazy i pouczenia. Totalny chaos. Czuje jak jakiś insekt gryzie mnie w ramie. Torturowany osobnik niespodziewanie milknie. Zasypiam, a ostatnią moją myślą jest: „Czyżbym to ja tak krzyczał?”

Nie wiem jak długo spałem, lecz gdy dusza powróciła do rannego ciała otworzyłem oczy. Nade mną pochylał się właśnie niebieskooki blondyn w szarej koszulce z dziurami oraz z zawieszonymi na szyi goglami, z którymi nigdy się nie rozstawał.

– Flippy gdzie ja, ku**a, jestem? I co się ze mną działo? - pytam zachrypniętym głosem.

Poruszam językiem, niestety nadal mam w ustach pustynię. Wyczuwam w nich również posmak morfiny. To chyba przez nią wcześniej odleciałem.

Flippy Render przygląda mi się z dziwnym grymasem na twarzy.

– Jesteś pieprzonym szczęściarzem Magiku. Każdy inny człowiek porywający się samotnie na siedmioro Smoków byłby trupem. - Patrzy na mnie z wyraźną dezaprobatą w oczach. - Ty jednak przeżyłeś. Zresztą jeszcze minuta lub dwie i lider Smoków odciąłby ci ten durny łeb. Qarix, Inoue i Matt zdążyli jednak ocalić twój cenny tyłek w ostatniej chwili. - Kręci głową jakby nie dowierzając własnym słowom. - Nie mam pojęcia co takiego zrobiły ci w przeszłości Smoki, i nie muszę wiedzieć, ale sam nigdy nie dasz rady ich pokonać.

Spogląda mi w oczy czekając, aż coś powiem. Gdy się nie reaguję kontynuuje:

- Dostałeś trzy kulki: w prawe kolano, lewy bok tuż przy nerce oraz lewy bark – w tym ostatnim przypadku jakieś półtora centymetra niżej i oberwała by aorta, a ty byłbyś trupem w ciągu kilku sekund. Gdy cię tu przynieśli byłeś nieprzytomny, a nawet wydawało mi się, że już przynieśli mi sztywniaka.

Trzy kulki? To by wyjaśniało dlaczego nadal czuję się jakbym został połknięty, dokładnie przeżuty, a następnie wypluty niczym zużyta guma do żucia.

- A wiesz może ilu z gangu Smoka zraniłem bądź zabiłem? - pytam z nadzieją, że udało mi się w końcu zemścić.

Flippy patrzy na mnie jak na idiotę, ale po chwili opanowuje się, a na jego twarzy można dostrzec już tylko skupienie i profesjonalizm. Podczas udzielania mi odpowiedzi sprawdzał moje rany i zmieniał opatrunki, gdy to było konieczne. Cały Flippy Render – przy łóżku rannego towarzysza świetny medyk, lecz podczas walki z wrogiem cholernie niebezpieczny typ.

- Ja tam nic nie wiem. Może spytasz Qarix'a, kiedy do ciebie wpadnie zobaczyć jak się czujesz?

Po sprawdzeniu ostatniego opatrunku wyjmuje z szafki stojącej przy moim łóżku strzykawkę, igłę i jakąś ampułkę. Uśmiecha się i oznajmia:

– Teraz dam ci morfinę abyś zasnął i wyleczył się na tyle, na ile to jest możliwe. - Wstrzykuje mi lek do żyły. - No to spanko.

Opuszcza pomieszczenie.

***

Po ponownym powrocie z krainy Hypnosa już prawie nie czuje bólu. Po rozejrzeniu się zauważam, leżący na pobliskim krześle, schludnie złożony w kostkę mundur: czarne skórzane spodnie, kurtkę z dużym kołnierzem z tego samego materiału oraz kremową lnianą koszulę sięgającą mi do połowy ud. Całość uzupełniały brązowe kowbojki oraz czerwone skórzane rękawiczki z herbem gangu – czerwonym łbem wilka na pomarańczowo-fioletowym tle – które wyróżniały mnie na tle pozostałych Wilków podczas walki.

Dzięki nim nasi przeciwnicy szybko orientowali się jak ważną role spełniam i stawałem się pierwszym celem do zlikwidowania. Te kawałki skóry wręczy do nich krzyczały:”To jest Magik! Jego najpierw zabijcie!”. Już po pierwszym wypadzie w teren zorientowałem się, że to one stawiają mnie w jeszcze większym niebezpieczeństwie, a przez to mniej skupiam się na ochronie towarzyszy. Próbowałem nakłonić Jurru'ego Buryune'a, aby pozwolił mi ich nie nosić – jednak on się uparł. „To jest symbol tego kim jesteś wśród Wilków. Kiedy się go wypierasz to tak jakbyś wypierał się nas wszystkich. Jakbyś wypierał się siebie samego” - rzekł, i od tej pory karał mnie za każdym razem gdy nie miałem ich podczas walki.

Wstaje powoli z łóżka i ruszam do wielkiego lustra. Widzę w nim oblicze człowieka, który właśnie powstał z grobu. Ciemne brązowe włosy przypominają stóg siana, a sińce pod zielonymi oczami dodają mi kilka lat. Do tego wszystkiego liczne blizny – pamiątki po walce – tworzyły zgrabną sieć linii, przypominającą plan jakiegoś fikcyjnego miasta. Tak, mam blizny. Jak każdy. Nie zamierzam ich ukrywać, są częścią mnie. Nie zamierzam się nimi chwalić, bo nic pięknego czy niezwykłego w nich nie ma. Któregoś dnia nagle stały się, wydziergały, urodziły, a ja muszę z nimi żyć. Nie szkodzi. Nie wstydzę się ich. Nie napawają mnie dumą. Są częścią mnie. A ja żadnej, choćby najgorszej części mnie nie zamierzam się wstydzić. Każda z tych blizn jest częścią mojej historii – historii, której głównym bohaterem jest Ezio Cardicci.

Historia ta nabrała tempa gdy skończyłem trzynaście lat. Mieszkałem wtedy tylko z ojcem, bo matka zmarła na raka. Ojciec po śmierci matki całkowicie się załamał. Wtedy myślałem, że jest złym człowiekiem, bo w ogóle się mną nie interesował. Wychodził do pracy, gdy jeszcze spałem i wracał późnym wieczorem, najczęściej pijany do takiego stopnia, że często zasypiał na wycieraczce. Chodziłem głodny do szkoły. To właśnie głód nakłonił mnie do kradzieży i szantażu – pierwsze grzechy. Było mi strasznie wstyd, ale głód był silniejszy od dumy…

I tak któregoś dnia, gdy ojciec wrócił do domu kompletnie pijany, zasnął z papierosem w ustach. Historia tak banalna i oklepana, a jednak mi się przytrafiła. Prawie spłonąłem. Na szczęście udało mi się uciec z płomieni. Ojcu nic się nie stało, bo gdy tylko pojawił się ogień wybiegł z mieszkania na klatkę schodową i budził sąsiadów. O mnie chyba zapomniał. Długo dochodziłem do siebie, lecz nie mieszkałem już z ojcem, który trafił do więzienia za nieumyślne spowodowanie śmierci – w pożarze tym zginęło dziewięć osób. Tak trafiłem na ulice. Po tym wszystkim rosła we mnie świadomość, że będę teraz obiektem drwin osób, które nie będą znały całej historii. Bałem się, że nie zostanę przez nikogo zaakceptowany.

Tak, jak już wspomniałem, wtedy wydawało mi się, że mój ojciec jest złym człowiekiem, skoro wiecznie jest pijany i ze mną nie rozmawia, nie przytula, nie gra w karty, nie gra na gitarze. A robił to wszystko, gdy była z nami mama. Z perspektywy czasu widzę, że nie mógł sobie poradzić ze stratą. Kochał mamę. Jako ich dziecko nawet po tylu latach, pragnę wierzyć, że była miłością jego życia.

Zawsze mnie śmieszyły te sceny w filmach, gdy rodzina dowiadywała się największych sekretów, kiedy ktoś leżał w szpitalu na łożu śmierci. Dziś mnie już nie śmieszą. Gdy dowiedziałem się, że ojca dotkliwie pobito w więzieniu, wówczas mieszkałem na ulicy już kilka lata i powoli odkrywałem swój dar. Nie utrzymywaliśmy nawet większego kontaktu, tylko czasami dostawałem od niego listy poprzez policjantów, gdy odsiadywałem drobne kradzieże i bójki. Zresztą listów tych i tak nigdy nie otwierałem. Nie odwiedzałem go, bo bałem się, że nie chce mnie widzieć. Ale po kilku dniach zadzwoniła do mnie pielęgniarka opiekująca się tatą i powiedziała, że prawdopodobnie zostało mu kilkanaście godzin, i że lepiej bym przyszedł się z nim pożegnać. Dowiedziałem się od niej także, że ojciec o wszystkim jej opowiedział. Jak bardzo musiało go to boleć, że zwierzył się obcej kobiecie? Może zbyt surowo go oceniłem jako dziecko? Może można tak cierpieć, że człowiek sam zamienia się w wielką zadającą ból machinę? Z nim chyba tak było…

W każdym bądź razie pojechałem do tego szpitala więziennego, a gdy wszedłem do sali dwudziestej szóstej na końcu korytarza, ścięło mnie z nóg. Leżał tam, taki mały, zwinięty, suchy jak rodzynek i taki bezbronny. Łzy spłynęły po policzkach. Pierwsze łzy od pogrzebu matki. Wtedy opowiedział mi to wszystko, co tłumił w sobie. Przepraszał, że nie dał mi takiego dzieciństwa na jakie zasługiwałem. A ja mu wybaczyłem, bo nagle te ostatnie lata przestały mieć jakiekolwiek znaczenie, bo w tamtej chwili poczułem, że w końcu odzyskałem ojca. Tego prawdziwego, który grał na gitarze, kiedy mama śpiewała gotując potrawy na Wigilię. I wiem, że odszedł spokojny.

Wiem, bo gdy przyszedłem go odwiedzić następnego dnia, wydawało mi się, że śpi i śni całkiem przyjemny sen. Uśmiechał się. Ale gdy chciałem go potrzymać za rękę, poczułem chłód. Wiedziałem, że jest już spokojny i tą ręką obejmuję mamę w pasie w zaświatach. I nie było mi smutno. Miałem wrażenie, że tam mu będzie lepiej, bo dla niego życie zaczęło tracić znaczenie wraz z wypadaniem włosów mamy.

Jakiś czas później wdałem się w uliczną bójkę toczoną przy użyciu noży, tasaków, siekier i innych narzędzi na tyle ostrych aby zranić. Nie wyszedł bym z tego żywy, gdyby nie pojawił się Jurru Buryune ze swoimi Wilkami – to właśnie oni są teraz moją rodziną. Chociaż tylko Jurru'emu, jako Dowódcy, opowiedziałem swoje poprzednie życie. Później, wraz z pomocą niewtajemniczonego do końca Smoak'a, odkryliśmy że pobicie mojego ojca nie było przypadkowe. Była to zemsta Gerarda Hotineya, obecnego szefa Smoków, za niepłacenie haraczu mieszkaniowego przez mojego staruszka.

Tak więc – pakiet dorosłości wysłano do mnie w paczce pełnej leków.

Gdy zakładam rękawiczki słyszę zza pleców przepełniony pretensjami krzyk:

– Znów mi się przez ciebie oberwało!

Odwracam się w stronę źródła głosu.

W drzwiach, oparty nonszalancko o framugę i szczerzący zęby w szerokim uśmiechu, stoi Qarix Rusty – ciemny blondyn o oczach barwy mlecznej czekolady. Jego mundur różni się od mojego jak noc od dnia. Ma na sobie jeansy, białą koszule, brązowe rękawiczki bez palców wzmacniane metalem, a na głowie zawiązaną brązową chustkę z wymalowaną na niej srebrną trupią czaszką. Co najbardziej dziwi, koszulę ma tylko wciśniętą w spodnie. Nigdy jej nie zapina, dzięki czemu zawsze można dostrzec tatuaż na jego sercu – wilka wyjącego do księżyca. Przynajmniej nie musi nosić obciachowych rękawiczek, aby było wiadomo do jakiego gangu należy. Jest wiecznym optymistą nie lubiącym brać życia na serio. Gdy walczy zazwyczaj posługuję się kilkoma sztyletami, którymi potrafi zabić mysz z odległości stu pięćdziesięciu metrów. A jeszcze jedno… jest moim ochroniarzem podczas walki, przez co to jemu się dostaje od szefa, gdy ja obrywam w wyniku mojej osobistej vendetty.

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa Ancyk, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.