19 października 2020 roku, godz. 19:10 1,9°C

RETROSPEKCJA 2

Lasy Pszczyńskie. Piękne i życiotwórcze Lasy Pszczyńskie. Lubię wracać przez nie z Tychów. Przyglądać się sarnom i łaniom pasącym się wzdłuż drogi krajowej nr 1. Lubię oglądać te wspaniałe pomarańczowe zachody słońca, a nawet totalnie czerwone. Lubię oglądać wschody księżyca, który też jest za każdą pełnią inny, ma inną wielkość i bardzo różne kolory przywdziewa. Teraz jestem tutaj i jadąc mogę rozmyślać o czasach bardzo dawnych, ale nie tak dawnych, abym nie był ich uczestnikiem.

Las, a w nim mała osada leśna, w której mieszkały cztery rodziny w poniemieckich domach robotników przedwojennych i pewnie wojennych. Wiem, że były tam walki, o czym świadczyły serie z karabinów maszynowych zaznaczone na cegłach naszego domu. Bawiliśmy się dłubiąc w niemieckiej cegle i wyciągając pociski. Była też inna wersja. Południowa ściana naszego domu była miejscem straceń polskich żołnierzy z oflagu, który znajdował się może kilometr od naszego domu. Uciekali. A jak ich złapali, to rozstrzeliwali ich pod południowym murem robotniczego domku. O tym oflagu niewiele wiedzieliśmy. Były jeszcze dwa groby w lesie, którymi w tajemnicy opiekował się stary leśniczy, który pracę w lesie rozpoczynał jeszcze przed wojną. Czasem odwiedzaliśmy je pasąc krowy. Władzą nie były one na rękę, ale nie przeszkadzały leśniczemu o nie dbać. Groby były czyste, wokół grobów było bardzo czysto i zawsze płoną znicz. Ciekawe jak teraz wyglądają?

W pierwszej części retrospekcji pisałem o pozyskiwaniu żywicy. To było główne zajęcie mojego ojca wiosną i latem, a potem mojego brata. Polegało to na tym, że najpierw przygotowywało się zimą sosnę do pozyskiwanie żywicy, czyli korowało się pień sosny do białego prawie drzewa. Trudna praca, bo gdy przyszło przygotować pień sosny pod pierwszy rok żywicowania jak mówiliśmy, to często trzeba było najpierw odrzucić śnieg i dopiero rozpoczynać korowanie, a zimy wtedy były bardzo mroźne. Najpierw nie było grubych skórzanych nakolanników, aby klęknąć na ziemi przy tej robocie. Pojawiły się w połowie lat osiemdziesiątych. Trzeba więc było tę robotę wykonywać w kucki. Piekielnie wyczerpujące zajęcie, a potem gdy było ciepło, to specjalnymi nożami nacinało się pień przez środek okorowanego drzewa i na końcu bruzdy klinem wybijało się kawał drewna, aby pod ten wybity kawałek wsunąć kubek do którego spływała żywica. Potem nacinało się raz z jednej i drugiej strony bruzdy pionowej bruzdy pod skosem i płynna żywica spływała do bruzdy pionowej, a nią do kubka. Jak kubki się wypełniły, to wybierało się żywicę z nich specjalnym łyżkami do metalowych wiader i po ich wypełnieniu zanosiło się pełne wiadra do wielkich metalowych beczek które były trzymane w drewnianych ziemiankach, gdzieś przy leśnej drodze. W latach siedemdziesiątych kubki zawieszane na sosnach były metalowe, więc wybieranie z nich żywicy było bardzo utrudniony, zwłaszcza, gdy żywicą wyschła. Potem w latach osiemdziesiątych wprowadzono elastycznego kubki PCV, które brało się między kolana, ściskało nimi i zawartość ich w większości wylatywała do wiadra, a potem łyżką czyściło się to co pozostało w kubku. Kiedy przyszło wybierać żywicę, to do jej wybierania do lasu udawała się cała rodzina drwala. Rodziny były sześcio i więcej osobowe i wszyscyśmy od dzieciństwa byli wprawiani do techniki wybierania żywicy. Nasz urobek był zabierany na przyczepy i ciągnikami wywożony na najbliższą rampę kolejową, gdzie wagonami był transportowany do zakładów przetwórczych. Żywica sosnowa, z tego co pamiętam, była wykorzystywana do produkcji prochu, w farmacji i chemii kosmetycznej. Czemu zaprzestano jej pozyskiwania nie wiem.

A zręb? Jak żeśmy nazywali doroczną wycinkę starodrzewia, rozpoczynającą się gdzieś w grudniu lub styczniu. Nikt wtedy nie protestował. Co roku pozyskiwano miliony ton ze starych drzew, bo po to są drzewa, aby był z nich opał, meble, domy i co tam kto tam sobie zapragnie. Jeden las się wycina drugi sadzi. Ludzkości potrzebne jest drewno nie puszcze, a w nich dęby "Bartki". Każdy więc dostawał od leśniczego działkę na zrębie i z niej pozyskiwał gałęziówkę dla swojego gospodarstwa domowego. Pilarze pojawiali się o świcie i kładli stuletnie sosny, świerki, modrzewie, buki, brzozy i dęby oraz pomniejsze drzewa, tak zwany podszyt , potem przychodzili drwale z rodzinami i dziećmi. Za moich lat nigdy nie wydarzył się na zrębie jakikolwiek wypadek. Ludzie wtedy byli bardzo odpowiedzialni. Nie było dzieci z ADHD, czy jakąś nadpobudliwością. Po prostu kretyńskie zachowania były karane kijem lub dostałby pewnie taki delikwent z liścia od pilarza, a rodzice zostaliby ze zrębu wyrzuceni przez leśniczego lub gajowych. Przychodziło się więc około dziesiątej jedenastej na zręb i często płonęły jeszcze ogromne ogniska, które zawierały mnóstwo żaru. Na jego krańcach był gorący popiół i żwir, w których poprzedniego wieczoru zostawiało się ziemniaki. Mieliśmy tę technikę dopracowaną do perfekcji i gdy przychodziliśmy, to najpierw zajadaliśmy się pieczonymi ziemniakami. Potem szliśmy do pracy, czyli przynosiliśmy gałęzie do spalenia i układaliśmy gałęziówkę wyrabianą przez ojca i starszych braci w metry. Byliśmy mistrzami drobnej kradzieży, bo w metry gałęziówki chowaliśmy metrowe wałki przeznaczone na papierówkę. W międzyczasie też ze ściętych sosen obrywaliśmy szyszki. Potem przychodził czas przerwy i w gorącym popiole odgrzewaliśmy zupy regeneracyjne, które robotnicy leśni dostawali codziennie. Były w tych puszkach wszystkie polskie zupy i bardzo smakowały, bo ludzie ciężkiej socjalistycznej roboty nie grymasili. Oczywiście jak szło się na zrąb, to nie do szkoły. Robota musiała być zrobiona. Nauka była czymś, co przeszkadzało w funkcjonowaniu rodziny chłopo - robotniczej. I tak było ze mną do dorosłości prawie. Widziałem się jako drwal, a nie na uczelni. Wszyscy niestety mówili, że jesteśmy nieprzeciętnie zdolni i powinniśmy się uczyć. Potem będzie w moim życiu moment, w którym z własnej soli będę chciał iść na uczelnie, kiedy miałem nawet sponsora na prywatne studia, ale wtedy byłem akurat nikim w swojej firmie, a nikt nie dostawał zgody na studia od pana i boga, czyli szefa firmy, a pracowałem we firmie na trzy zmiany i świątek i piątek i niedzielę. Nie było wtedy studiów online.

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa fyrfle, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.