30 września 2021 roku, godz. 9:07

SEZON OGÓRKOWY XXIV

Kiedyś pewien człowiek powiedział do pana Józefa Galicy - moje dziecko dostanie wszystko, co zapragnie, aby nigdy nie płakało. To dziecko potem wyrosło na alkoholika i narkomana. Finałem był związek z Cyganką, czyli używając poprawnego języka Romką. W centrum osiedla willowego i prominenckiego rodziła się "chata za wsią". I urodziła. Na oczach pana Józefa Galicy rodziło się i diabeł podsycał bezstresowe wychowanie do czynienia swojej dorosłości czym tylko zapragnie.

Widząc żniwo takie, żniwo tego zasiewu, pan Józef Galica z wdzięcznością wspominał cięgi od ojca i matki za nieprzestrzeganie reżimu dnia, za każde nieposłuszeństwo. Tamten ojciec tamtego syna był na wojnie i widział dzieci z matkami rozstrzeliwane panzerfaustem i stąd chęć w nim dania wszystkiego swojemu dziecku i bez jakichkolwiek ograniczeń. Zapomniał, że właściwie pojmowane: praca i porządek, naprawdę czynią wolność, nie ucieczka i strach przed złem, które jest od zawsze, po ostatnie tchnienie wszechświata.

W przypadku tamtego człowieka zło podstępnie i bardzo skutecznie urodziło zło. Paradoks, że klaps czyni dobro. W tamtych latach zło zbierało żniwo i wielu psychologów uznało, że porządek na miarę reżimu i klaps, to zło nieodwracalne. Diabeł tryumfował i poprowadził ich prawie zwycięskich w dwudziesty pierwszy wiek, na szczęście po stronie prawdy zawsze, ale to zawsze, Bóg stawia pięcioro sprawiedliwych. Dobrych. Normalnych. Rozsądnych. Wyważających. Odważnych.

Pan Józef Galica wspominał i rozważał tamto, patrząc do ogrodu sąsiada, gdzie dwóch nygusów - bajtle - cztery i sześć lat, skutecznie opróżniali zbiornik tysiąclitrowy z deszczówki, ganiając z konewkami koty i jątrzyć wodą owczarka podhalańskiego w kojcu. Dostało też się kurom, rodzinie jeży i sąsiadce idącej ulicą z zakupami. Matka ich siedziała w fotelu bujanym i przeglądała fiubździoka, gdzie postanowiła zamówić serum na kulistość pośladków, czyli była typowym okazem urodzonym po 1985 roku. A Igorkowi, a w ślad za nim Dawidkowi było mało i zaszli mamę z tatuażem ala Beksinski na plecach i wchodzącym we włosy i w rowek między pośladkami, a kończący się po drugiej bardzo wygolonej stronie kolczykiem u bram początku możliwości macierzyństwa. I luuuuuuu. Obaj ją po tym spajdermenowato behemotowanym dziargunku wodą. I wtedy wydała z siebie ryk bestii, jakby zbliżał się armagedon, a potem widocznie odezwał się od dawien dawna spychany rozsądek i po kolei w kanonadzie przekleństwa i wyzwisk obie zarazki dostały po serii klapsów na tyłki, co spowodowało, że starszy Igorek powiedział, że zadzwoni na Policję, a wtedy mamusia rozjuszona zabrała telefony potomstwu i wrzuciła je pod balkon pana Galicy, mówiąc, że jak sobie po nie pójdą, to dopiero będą dzwonić, ale za płotem mieszka facet, który obdziera ze skóry takie bachory jak oni.

Scenę tę widziała Maryna - żona pana Galicowa i powiedziała:

- Józiu! Dla takich chwil się żyje. O tym pisał Riedel. Schodzę po butelkę czarta, choć dopiero przedpołudnie, a ty proszę wyciągnij małosolniaki. Trzeba to opić.

- Amen - śmiejąc się w głos, powiedział pan Józef.

- Amen i chwała na Wysokościach za dar cudownej codzienności.

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa fyrfle, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.