15 lutego 2021 roku, godz. 11:51

WIELKA BESKIDZKA LEGENDA KOTA PODPŁOTA

Kiedyś mieliśmy rodzinny bar, w którym sprzedawaliśmy przede wszystkim piwo, ale i mocniejsze alkohole, drinki, wino, lody włoskie, oranżadę, czipsy, ciastka, cukierki i babcine ciasta oraz jej i mamy kwaśnicę, roladki z kapustą modrą i kluskami śląskim, bigos i krokiety oraz sałatkę żydowską z przepisu przedwojennego karczmarza starozakonnego z którym przyjaźnił się mój prapradziadek.

Bar był w naszym domu, a dom przy głównej ulicy we wsi, na wzniesieniu z którego rozprzestrzeniał się widok na Beskid Żywiecki i właśnie na główną ulicę wioski. Przesiadujący klienci, delektujący się alkoholem, napojami, grający w szachy, warcaby, brydża i człowieku nie irytuj się oraz w 66 przyglądali się temu co dzieje się w obejściach pod nimi i na ulicy, no i komentowali, opowiadali, plotkowali, rozważali, snuli plany, prognozy, przewidywali, marzyli raczej po cichu, ale często bardzo nie potrafili przełamać nieśmiałości i wyjść do szczęścia.

Południowa wystawa baru sprawiała, że przyjemnie się siedziało gościom w słońcu praktycznie do zachodu tegoż. Większość gości siedziało na tarasie, który ww razie deszczu zadaszany był specjalnym ruchomym dachem z plandeki, jak dzisiaj zadasza się stadiony. Siedzieli więc patrzyli, pili, jedli i czasem zaśpiewali góralską tęsknotę za czymś czego tak naprawdę nie znali, ale wiedzieli, że to jest. Nie wiedząc śpiewali o miłości i szczęści, co oni zawężali do dudków w swojej codzienności, stąd też nie umieli się w życiu odnaleźć. Gorzko im było i gorzkim czynili choćby życie sąsiedzkie.

Powiadają, że takie zdarzenia mają miejsce tylko na Podlasiu, ale ja wiem, że zdarzyło się to tutaj wpierwej nad Sołą, skąd krok w lewo, a nadepniesz na Beskid Żywiecki, a stawiając stopę w lewo kroczy się Beskidem Śląskim. Był lipcowy upalny dzień, a z upału zbierało się na burzę. Rozmawiałem wtedy z gośćmi na tarasie i przyglądałem się partii szachów rozgrywanej przez emerytowanego kolejarza i emerytowanego górnika, którzy obaj byli członkami OSP i Związku Podhalan. "Gojc" jechał "Ukrainą" z dołu od "Cesarki, a "Podpłot" z góry na "Uralu". Obaj jechali z konkurencyjnych barów, choć tak naprawdę w tedy nie, bo było ich we wsi z siedem i nikomu z nas nie brakowało klienteli. Chwiali się i wiadomo, że mieli przynajmniej po te statystyczne tutaj cztery promile na głowę, jak przystało na typowych kawalerów tutejszych utrzymujących się z prac dorywczych. Kiedy byli już blisko siebie, to "coś" jakby ich pociągnęło do siebie. "Gojc" jechał ww lewo do środka z prawej strony drogi, a "Podpłot" nagle bezwładnie skierował "Urala" od lewej strony drogi, w lewo i też jak najbardziej do osi jezdni. I zderzyli się. Spadli z rowerów na środku. Ludzie śmiali się i ronili sążniste łzy przez kilka minut na tarasie baru. Bohaterowie zdarzenia próbowali się podnieść z gorącego asfaltu, ale po prostu nie umieli, tak byli pijani i bezsilni wobec tego co się wydarzyło. Mężczyźni zatem zbiegli na ulicę i podnieśli obu. Byli zakrwawieni od obtartych naskórków na kolanach i czołach, a krew spływała po lepkiej smole i kamyczkach, którymi drogowcy wylali asfalt, aby go wzmocnić. Ściągnęli ich z drogi. "Gojc" został ułożony na pasie trawnika, właściwie mini łączce przy płocie sąsiada, a "Podpłot" oparty o pień wielkiej lipy, która wtedy rosła na młace. Zasnęli w najlepsze, ale już po kilku godzinach przyszli do baru na klina.

Potem kilka lat później "Podpłot" pojechał do wujka na Dolny Śląsk, tam pod dawną granicę polsko-niemiecką. Pojechał mu pomóc w zasiewach zbóż jarych i chyba w sadzeniu ziemniaków. A w sobotę wieczorem pojechali ze sąsiadem do miasta obejrzeć film w kinie, a za kinem był bar "bezrękiego", to seansie poszli na kilka piw i wracali w nocy do domu, a że "Podpłot" piwem tylko zapijał czystą, to te 8 kilometrów do domu wuja wracał na mocno zgiętych nogach i chwiejąc się przeszedł na pewno więcej niż osiem kilometrów, stąd też pewnie dlatego padł gdzieś w kolonii żarnowca w pasie drogowym między polem eskaerowskim, a drogą powiatową, pięćset lub sześćset metrów przed domem i gospodarstwem wuja. Spał w najlepsze w zieleni, gdy stary doświadczony traktorzysta - pan Pilszak zawrócił w żarnowcu swojego Ursusa nowej generacji z podniesionym pługiem. Koła traktora minęły śpiącego "Podpłota", ale kolczatka przetoczyła się po torsie i głowie. Wtedy się obudził, zerwał na nogi i zrobił karczemną awanturę staremu traktorzyście. Policzki, czoło, szyję i piersi miał poprzebijane ostrą kolczatką, a z ran tych specyficznie zadanych i kłutych nietypowym narzędziem spływały strugi krwi. Oczywiście, ża nasz bohater nie skorzystał z pogotowia, ale szybko zrozumiał, że jest inaczej potrzebujący, ale na szczęście doświadczony traktorzysta w zbiorniku na klucze miał kilka piw z browaru w Krotoszynie.

Było ze dwadzieścia pięć stopni mrozu. "Macica" widział jakąś babę idącą o północy do naszego baru i pod tym barem szwendającą się. A potem nasypało ze czterdzieści centymetrów śniegu. "Szpojs" jeździł szybko ogromnym "Krazem" z wielkim pługiem, bo starał się jak najwięcej dróg we wsi odśnieżyć, nim ludzie nie wyjadą autami do pracy". Skręcał właśnie z ulicy "Jana Pawła II" w ulicę "Habsburgów", gdy pług wraz ze zwałami śniegu coś wyrzucił w powietrze, na szczęście coś poleciało w zaspę w rowie, a nie pod koła rozpędzonego "Kraza". Zatrzymał wielkiego poradzieckiego automobila i szybko wyskoczył ze szoferki. Podbiegł kilka metrów za maszynę i nie musiał nawet szukać, zaspa kotłowała się i zaraz z niej jak kret wysupłał się jego kolega "Podpłot". Był w białej świątecznej koszuli i slipach szerokich jak spódnica i długich prawie do kolan. To dlatego "Macica" myślał, że widzi pod barem kobietę. Tajemnicą pozostanie jak "Podpłot" przeżył kilka godzin leżąc przysypany śniegiem w temperaturze minus 25 stopni. "Szpojs" poszedł zaraz do mieszkającego obok weterynarza i wezwał pogotowie. Razem z weterynarzem przynieśli "Podpłota" do domu weterynarza i stamtąd został przewieziony wstanie totalnego wychłodzenia do szpitala, ale wypisał się z niego przed południem i w południe z powrotem siedział już przy stoliku i opowiadał swoją historię, powoli rodziła się legenda.

Takich anegdot i cudownych zdarzeń miał jeszcze wiele, aż na początku Pan nasz zgasił płomień jego świeczki i zwyczajnie wpadł pod pędzącego pijanego w sztok kłada, przechodząc jak najbardziej prawidłowo przez przejście dla pieszych. Gwoli sprawiedliwości sprawiedliwość została wymierzona kierowcy kłada w stanie upojenia na miejscu. Badanie krwi wykazało ponad sześć promili u denata. Aniołowie i bliscy zmarli zaprowadzili go na Sąd Boży, a Pan był miłosierny i zaproponował zielne przestrzenie Niebios człowiekowi, który żył jak żył, ale swoją historią dostarczył współplemieńcom wiele zabawy, uciechy, a niektórym bogobojnej refleksji. Dusza "Podpłota" była odważna jak on sam i powiedziała do Pana - zawsze imponowały mi zazdrościłam kotom wygrzewającym się na blaszanych parapetach, kamiennych studniach, czy na trawie lub gdzieś pod tujami. Panie niech stanę się takim kotem i do końca ziemi niech wygrzewam się w promieniach wędrującego od wschodu do zachodu słońca. Proszę zezwól mi wrócić tam pod bar, pod tą lipę, obok tego strumienia wijącego się przez młakę. Pan zgodził się, bo czemu niebo nie maa być życzeniem duszy?

Często kierowcy jadąc w słońcu z jednego Beskidu do drugiego nagle widzą wielkiego złotego kota wygrzewającego się na konarze ogromnej lipy i uśmiechającego się do wybrańców. Powiadają, że kto zobaczy złotego kota "Podpłota", temu los szczodrze przysporzy radości i beztroski życia, wszelkiej uciechy, bachanalii, oraz szczęścia w życiu rodzinnym. Czasem złoty kot pod lipą nie jest sam i towarzyszą mu beskidzcy zbójowie i żołnierze szwedzcy i polscy polegli tutaj w czasie pamiętnego "Potopu". Tak to widzą kierowcy, choć lipy już nie ma, a młaka prawie cała wypełniona jest ludzkimi domostwami i dookoła nich ogrodami.

sasza90 Tatiana
 25 lutego 2021 roku, godz. 2:13

Zabieram do zeszytu :)