16 października 2020 roku, godz. 11:47 1,0°C

RETROSPEKCJA

Jadę przez jesienny las między Pszczyną, a Tychami, który zdaje się, że pochłonął Piasek i Kobiór. Ty Kochana prowadzisz lidera niezawodności, a mnie te drzewa u początków przyodziania się w jesienne zachwycające kolory przenoszą jakoś w nieistniejący już świat ludzi w tamtym lesie i w tamtej leśnej osadzie. Chyba u genezy tych przenosin jest pogarda z jaką spotykają się ludzie niewykształceni na internetowych stronach literackich. Pogarda, którą zadają im ludzie piszący prozę i wiersze, będący ludźmi wykształconymi, tak zwanymi elokwentnymi, oczytanymi, posługujący się tylko poprawną polszczyzną, tak zwani aspirujący do kolejnych szczebli kastowych hierarchii. Gardzą prostotą przekazu i rzeczywistym językiem, którym ludzie prości, ale uczciwi i wolni posługują się w swojej mowie i w swoim pisaniu, w których nie ma miejsce dla polonisty, dla ograniczeń habilitanta, który zamknął się w instytucie i tworzy zasady pisowni, które ile by się nie napocił, to są po prostu śmieszne i obrażają prawdę rzeczywistych ludzi - ich mowę i pismo.

Skoro urodziłem się w 1968 roku, to tamte wspomnienia wydarzyły się kiedy miałem trzynaście, może czternaście socjalistycznych lat. Na początku lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku w generalnej dyrekcji lasów państwowych musiał się przebić jakiś młody innowacyjny naukowiec albo wyszło to w efekcie pracy kolektywu socjalistycznych inżynierów leśnictwa, którzy badali potrzeby flory socjalistycznej flory leśnej. Wymyślili oni sadzenie sadzonek drzew na rabatach. Taka uprawa lasu polegała na tym, że późną jesienią i zimą był tak zwany przez robotników leśnych zrąb, czyli pilarze pod mądrym okiem doświadczonych leśniczych i gajowych wycinali wielkie połacie osiemdziesięcio czy dwuletniego lasu. Drzewa były pozbawiane komarów przez pilarzy, a dalej wkraczali drwale i siekierami ociosywali konary i powalone pnie z mniejszych gałęzi. Wtedy drwalem był każdy, bo siekier w leśnictwie było za mało, aby podołać wielkiemu zrębowi wielkiego lasu. Drwalami byli więc chlopi, chłopo - robotnicy, a nawet kułakowie przychodzili na zrąb, gdyż to właśnie tworzyło naród i społeczeństwo oraz wspólnotę. Wszyscyśmy palili drewnem w domach i deputatem węgla od umiłowanego państwa socjalistycznego pod skrzydłami wielkiego komunistycznego Brata na wschodzie Europy. Z pracy pilarzy i drwali pozostawały drobne gałęzie, które ze zrębu usuwali pomocnicy drwali. A pomocnikami drwali były ich żony, synowie i córki od 3 do 103 lat. Znosili gałęzie na ogromne stosy i przy pomocy benzyny do pił motorowych rozpalali gigantyczne ogniska. Do wiosny połać zrębu była oczyszczoną .Zrywkarze końmi bądź ogromnymi jugosłowiańskimi ciągnikami pościągali ogromne pnie stuletnich sosen lub świerków na skraj byłego lasu. Gałęziówkę ludzie wywieźli do domów. Pomocnicy spalili resztki. Pozostał wielohektarowy plac pełen karpiny, czyli korzeni drzew. Znowu przychodzili zrywkarze i końmi oraz ciągnikami wyrywali korzenie ściętych drzew. Kiedy oni uporali się z korzeniami, to potem znów wjeżdżały ogromne jugosłowiańskie ciągniki z wielkimi pługami o wielkich krojach i lemieszach i rozorywały ziemię pod nowy las. Tworzyły te wielki pługi głębokie bruzdy w ziemi i w te bruzdy wiosną wdadzano młode sadzonki drzew, pozyskane ze szkółek drzew, które wprowadziło wiele z leśnictw, w których znajdowały absorbujące zatrudnienie córki drwali i pilarzy oraz wagabundzi jak Edward Stachura - legendarny poeta wędrowiec.

A metoda sadzenia na rabacie sadzonek drzew była inna. Nie sadziliśmy drzew do bruzdy, tylko wiosną i przez lato szpadlami kopaliśmy ziemię w tych bruzdach i ją kładliśmy na grzbietach, które tworzyły się pomiędzy wyoranymi bruzdami przez pług. Na tych grzbietach z wykopanej ziemi z bruzd usypywaliśmy mniejsze grzbiety i dopiero na nich sadziliśmy młode drzewka. To był tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty pierwszy, może drugi rok. Tak wyglądało normalne życie dzieci drwali. Zrąb, kopanie rabat, sadzenie drzewek, koszenie upraw leśnych, przecinki młodników, zbieranie żołedzi, zrywanie szyszek, pomoc ojcom przy pozyskiwaniu żywicy z drzew. Rabaty kopało się i układało przez wiosnę i wakacje. Przy rabacie pracowało nas kilkanaścioro dzieci z naszej leśnej osady i wnuki brata pewnego starego leśniczego. Rano ktoś oczywiście musiał paść krowy i owce. Ten był siłą rzeczy wyłączony z kopania rabat i popołudniu też któreś z nas szło z krowami. Pozostałych życie toczyło się na rabatowisku. Niektórzy rywalizowali ze sobą i na wyścigi układali rabaty i dla większych pieniędzy, poza tym dochodziły niechęci pomiędzy rodzinami. Na szczęście dało się wszystkich nas zwołać na wspólne posiłki, czyli na kanapki owinięte w szpalty Dziennika Ludowgo albo Ziemi Kaliskiej i herbatę w butelkach po jabolach wypitych przez naszych ojców matki i starsze rodzeństwo, które to butelki zakorkowane były gniecioną Trybuną Ludu. Kanapki były z masłem najczęściej albo ze smalcem. Niektóre matki chciały wywyższyć swoje dzieci i wkładały im pomiędzy kromki kiełbasę zwyczajną.

Nasze dzieciństwo to była głównie praca. U robotników leśnych nikt nie przejmował się nauką. To było drugorzędne. Dzieci musiały paść krowy, kopać rabaty, załadować gnój i roztrząść go na polu, wybrać żywicę z kubków zawieszonych na sosnach, posadzić ziemniaki, kosić uprawy leśne, pielić ziemniaki i wyrywać z nich ognichę i osty, pomóc przy ścince drzew, pozbierać ziemniaki i nakopać ich na obiad, pomóc ojcu przy faszynowaniu rowów melioracyjnych w lesie, rozsiać nawóz w ziemniakach, zbożach i na łąkach, zrobić przecinki młodników, uczestniczyć w sianokosach i całym ich cyklu aż do zwózki i ułożenia stogu, pozbierać żołędzie, kasztany, orzechy leszczyny, szyszki świerku, sosny, modrzewia i nikt nie robił nam badań wysokościowych, jak też nie mieliśmy zabezpieczeń. W niedzielę starsze dawało w łeb królikowi i tak ogłuszało go szczapą drewna, po czym spuszczało mu wprawnym cięciem noża krew na czerninę, a potem młodsze chwytało za tylne nogi i trzymało zwierza, a starsze lub ojciec skórowało królika począwszy od pęcin po kolejne części ciała, aż do wybebeszenia bebechów i podrobów, a na finał wyłuskania oczu, bo tato lubił łeb, ale bez oczu.

Tak zwanego klimatu do nauki w poniemieckim domu drwala i gospodyni domowej nie było. Pamiętam jak dziś to zamieszanie, kiedy starsze rodzeństwo przychodziło ze szkoły i mówiło, że nauczyciele żądają i urzędnicy gminy, aby mnie wreszcie rodzice posłali do zerówki, bo w końcu milicjanci po mnie przyjadą. Tata i mama nie mieli do tego kompletnie głowy. On od świtu do nocy w robocie. Ona siedmioro proroków, hudoba i gumno do ogarnięcia. Pranie ręczne na tarce. Prąd będzie dopiero za rok. Dać żryć staremu, dzieckom i bydlętom. W końcu Królowa siostra wziena mnie na ramę rowera i któregoś dnia zawiozła do przedszkola - tam gdzie dzisiaj jest biblioteka gminna i trzeba było żyć. Dzieciuki się znały i lubiały. Ja bynem dzikus z lasu dla nich. Zostawały dla mnie najgorsze zabawki, ale i tak piękne. Wtedy w zerówce nikt nie uczył liter. Szlimy w pola i las, i tam uczyły nas jak się zachować na przejściu dla pieszych, jakie są drzewa i jak wyglądają ich liście, że nie wolno przejść obok sąsiada i nie powiedzieć mu dzień dobry, że jak się jedzie rowerem po wino ojcu, bo cza chłopu dać za bronowanie, to trzea jechać prawą stroną jezdni i mieć karteczkę do pani w sklepie GS, że wina som oćcu i podpisana musi być przez matkę. Uczyli życia.

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa fyrfle, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.