19 lutego 2016 roku, godz. 11:01 6

ISHMAEL.

ISHMAEL.

Teodor Valenty

***

Czwartkowe południe w czerwcu. O tej porze roku w Polsce pogoda była prześliczna. Ciepło i słonecznie, ale nie za upalnie, bujnie rozwinęła się zieleń, zarówno na polach jak i w miejskich parkach czy też na skwerach. Leniwie płynęła woda w Wiśle, obmywając swymi falami piaszczysty brzeg w okolicy Krakowa. Tak, to było właśnie to miasto, ze swymi wspaniałymi zabytkami i tym czymś, co trudno określić kilkoma słowami, a można zawrzeć w jednym słowie - klimat. Lubił to miasto, choć często zadawał sobie pytanie, "dlaczego?", to nigdy nie mógł znaleźć na nie jednoznacznej odpowiedzi. Ono miało w sobie właśnie jakiś specyficzny klimat, na który pracowały całe pokolenia ludzi przez stulecia.
W takie właśnie letnie dni uwielbiał siedzieć przy stoliku na rynku i pić kawę. Kawa to była jego słabość, zapewne jedyna. Patrzył wtedy wokół, bacznie obserwując tłumy turystów przewijające się tutaj, a pomiędzy nimi, co chwilę przemykał w tłumie ktoś miejscowy. Błogie lenistwo rozpływające się w słonecznych promieniach i ta różnorodność zapachów. W taki dzień przyjemnie było siąść sobie w cieniu parasola i delektować się kawą. Delikatny szmer rozmów, stukot kopyt konia ciągnącego dorożkę, dźwięk gitary ulicznego grajka dobiegający z za rogu, to tło, które uzupełniało ten idylliczny i błogi obraz. Czuł się tutaj tak dobrze i ten wszechogarniający spokój promieniował na całe jego ciało. Tak, po raz kolejny uświadomił sobie, że kocha to miejsce i ten czas. Swoboda i spokój, to właśnie było to, czego tak bardzo pragnął.
Pomimo rozluźnienia był wciąż jednak sobą, gdyż nagle z tłumu wyłuskał wzrokiem czerwoną sukienkę. Jej właścicielka powoli zbliżała się, jakby płynąc przez tłum. Wspaniałe rude włosy, kręcąc się i falując, spływały kaskadami na jej ramiona. Kobieta była coraz bliżej i mógł wtedy zobaczyć zarys jej twarzy. Śliczna z delikatnie zaznaczonymi kośćmi policzków, prostym niewielkim noskiem i mięsistymi karminowymi ustami. Nie był w stanie dojrzeć koloru jej oczu, bo zakrywały je przeciwsłoneczne okulary. Poczuł żal, rozczarowanie i coś jeszcze, czego w pierwszej chwili nie był wstanie zdefiniować jego umysł, tak zawsze pragmatyczny i praktyczny.
– Tak, tęsknota za tym, co stracone pomyślał znajdując w myślach właściwe słowa.
Tymczasem kobieta właśnie przeszła obok, minęła jego stolik kusząco kołysząc biodrami, a opinająca je krótka czerwona sukienka ukazywała w pełni piękno jej wspaniałych nóg. Wtedy też owiał go jej zapach, w którym oprócz słodkiej i ekscytującej nuty markowych perfum wyczuł coś innego. Coś niepokojącego, ale zarazem znajomego, coś, czego od dawna już nie spotkał. Zrozumiał, że nadeszła ta chwila, dla której tutaj właśnie był. Nadszedł jego czas, więc niespiesznie wstał od stolika i powoli ruszył w ślad za oddalającą się kobietą.
Ishmael łowca, był już gotów do polowania. Poczuł zło, którego od wielu miesięcy nie kosztował. Ishmael drugi anioł, brat Hahnela poczuł krew. Tymczasem rudowłosa weszła do najbliższej bramy i skierowała swe kroki do mieszkania znajdującego się na pierwszym piętrze. Zdawało się, że w całej kamienicy słychać stukot jej butów, gdy zadyszana biegła po starych drewnianych schodach.
Po chwili stała przed drzwiami z numerem trzynaście i szybko otworzyła je kluczem, który od pewnej chwili ściskała w dłoni. Drzwi skrzypnęły zapraszając ją do środka, a kobieta zdawało się, że bezszelestnie wślizgnęła się za próg, jednocześnie pozostawiając za sobą niedomknięte. Jedynym znakiem jej obecności był intensywny zapach perfum roznoszący się wśród murów kamienicy.
Za tym tez zapachem podążał, spiesząc się, Ishmael. Na chwilę jakby się zawahał, spojrzał do góry, by po sekundzie biec już po schodach. Wystarczył jeden rozbłysk światła wpadający przez brudną szybę małego okienka i mężczyzna stał przed tajemniczymi drzwiami z ową magiczną liczbą wymalowaną białą farbą pośrodku. Niczym dziki kot, sprężystym krokiem wkroczył w ciemność, dokładnie zamykając za sobą owe drzwi.
Ona już czekała i gdy tylko stanął w wąskim korytarzu przywarła całym ciałem do niego, oplatając go ramionami, a jej szkarłatne usta przywarły do jego warg, zachłannie się wpijając.
Przez cieniutki materiał sukienki Ishmael poczuł jej ciało sprężyste i kształtne, zaś sutki jej piersi wbijały się w jego pierś. Delikatnie uniósł ją do góry, jej uda zacisnęły się na jego biodrach i tak spleceni powoli ruszyli w głąb mieszkania. Wędrówka ich była krótka, a zakończyła się, gdy oboje upadli na włochaty dywan, leżący na środku pustego pokoju.
Jego dłonie zachłannie krążyły po jej ciele, próbując je poznać i zgłębić. Pod palcami czuł jedwabistość jej skóry i żar ciała, który też go ogarniał. Dłonie powoli wędrowały wzdłuż ud, delikatnie je gładząc i powoli zbliżały się do krągłych bioder, by po chwili bez litości zerwać z niej sukienkę. Ujrzał ją wtedy przed sobą w całej okazałości, niczym, jaką boginię owiniętą szalem miedzianych włosów. Spośród nich przebłyskiwały lekką opalenizną piersi, poniżej zaś płaski brzuszek, który wskazywał drogę do krainy rozkoszy.
Leżała przed nim naga i rozpalona, gotowa się kochać. Czuł to każdą komórką swego ciała. On też jej chciał i pragnął jak nikogo innego na świecie. Klękną u jej stóp i powoli pochylił się nad nią, jednocześnie delikatnie przesuwając swoje dłonie po jej wspaniałych nogach. Podążał dalej gładząc i pieszcząc jej ciało, a ona drżała i wiła się na myśl o czekającej ją rozkoszy. Dłonie Ishmaela podążały dalej, doszły w swej wędrówce do piersi, na chwilę tu się zatrzymały gładząc sutki i ruszyły znów dalej.
Kobieta poczuła delikatny ich dotyk na swej szyi, gdy powoli muskały jej ramiona. Nim zdążyła pomyśleć, ich brutalny i gwałtowny ruch był dla niej ostatnim wrażeniem, jakie poczuła. W tej to właśnie chwili Ishmael złamał jej kark. Piękne oczy o kolorze miodu, zaszły nagle mgłą, a wspaniałe ciało zadrżało w ostatnim spazmie.
– Jakie śliczne oczy – przez chwilę natrętna myśl kołatała się w głowie zabójcy.
Po godzinie z kamienicy powolnym krokiem, wyszedł mężczyzna i wmieszał się w tłum turystów.

***

Czarnoskóry mężczyzna, o europejskich rysach twarzy, zatrzymał się przy budce telefonicznej. Spokojnie rozejrzał się wokół i niespiesznie wszedł do jej wnętrza. Pewnie wybrał numer i już po chwili usłyszał dźwięczny sygnał w słuchawce, a następnie uzyskał połączenie.
– Ishmael – tylko to jedno słowo wypowiedział do mikrofonu.
– Łącze – usłyszał w odpowiedzi.
– To ja – kontynuował po chwili mężczyzna.
– Cel zlikwidowany? – padło po przeciwnej stronie linii krótkie pytanie.
– Tak – potwierdził. – To Natalia Haste.
– Dobrze. Punkt kontaktowy ulica Złota dwadzieścia jeden – zakończył tajemniczy głos i natychmiast przerwał połączenie.
Mężczyzna spokojnie odwiesił słuchawkę i opuścił budkę kierując się w stronę pobliskiego przystanku autobusowego. Widocznie jednak rozmyślił się i zrezygnował z oczekiwania na autobus, gdyż zatrzymał przejeżdżającą taksówkę.
– Złota dziesięć proszę – zadysponował kierowcy.
Nigdy nie podawał taksówkarzowi dokładnego adresu swego celu podróży. Zawsze wysiadał, co najmniej kilka domów wcześniej, by mieć czas na poszukanie ewentualnej drogi ucieczki.
Korki uliczne spowodowały, że kierowca na miejsce dowiózł ciemnoskórego mężczyznę dopiero po około czterdziestu minutach. Wtedy, tak jak się tego spodziewał, znalazł się on na spokojnej i cichej ulicy, wzdłuż której z obu stron rozsiadły się domki jednorodzinne, otoczone licznymi drzewami i krzewami. Większość z nich pamiętała jeszcze okres dwudziestolecia międzywojennego, a kilka to może nawet koniec XIX wieku.
Ishmael poczekał, aż taksówka zniknie za rogiem ulicy i niespiesznie ruszył pod wskazany adres. Po kilku minutach stał przed pordzewiałą furtą znajdującą się pośrodku leciwego już, ceglanego muru. Z miejsca, w którym stał widać było tylko fronton willi ze schodami i fragment starych dębowych drzwi, częściowo osłoniętych dwoma kolumnami. Przez okna budynku nic nie można było zobaczyć, gdyż były dokładnie zasłonięte ciężkimi kotarami. Jedynym elementem, który kłócił się z otoczeniem był nowoczesny wideofon umieszczony na murze i zamek elektromagnetyczny przy furcie.
Mężczyzna wcisnął przycisk wideofonu. Po upływie minuty zabrzęczał elektromagnes i furta została otwarta. Ishmael wszedł do ogrodu i ostrożnie podążył w kierunku drzwi wejściowych.

KONIEC

*************************************************************************************************************************************************************
© Co­pyright by Teodor Va­len­ty, 2013.
Wszel­kie pra­wa zas­trzeżone. Roz­pow­szechnianie i ko­piowa­nie całości lub części ni­niej­szej pub­li­kac­ji jest zab­ro­nione bez pi­sem­nej zgo­dy auto­ra. Zab­ra­nia się jej pub­liczne­go udostępniania w In­terne­cie oraz od­sprze­daży.
Ko­rek­ta: Di­sarm

Klaus Zuber
 10 czerwca 2020 roku, godz. 22:10

Długo myślałem czy nie podkrasc tego utworu ...Fascynacja nim trwa i trwa..tak jak fascynacja Twoimi wierszami 😊😜