2 grudnia 2021 roku, godz. 11:18 11,5°C

LOKOWANIE PRODUKTU (Adwent homo felix)

Dzień dobry. Dzisiaj "Belfast" z browaru Jabłonowo. Nowość na półce z afrodyzjakami w naszym wiejskim jedynym supermarkecie. Byłem wczoraj, oczywiście zauważyłem, oczywiście do koszyka włożyłem. Lubię bardzo stouty i przez nie mam wspomnienia z Irlandii, z dzieciństwa, muzyczne, są otwarciem łez po zgilotynowaniu przez koncern Heineken piwa irlandzkiego z browaru w Namysłowie. Cześć jego pamięci, niech spoczywa w pokoju, spokój jego nieśmiertelnej duszy.

Irlandia. Wakacje w hrabstwie Kerry i tamtejsze piwa, choćby z browaru w Killarney, a poza tym spacery w rynnach fuksjowych do oceanu, spacery na zboczach gór pomiędzy owcami, sklepy z odzieżą z wełny, łąki z setkami królików i zajęcy, krów, osłów. Park Narodowy Killarney z niesamowitymi jeziorami, wodospadami i roślinnością zapierającą dech w piersiach. Taka ogromna zielona wieś, na północ od cywilizacji.

Dzieciństwo. To niekończące się wiadomości w DZIENNIKU, że protestanci biją się z katolikami w Belfaście, że marsze, że starcia, że bomby, zamachy, egzekucje. Religia i nacjonalizm. Że Bóg z Protestantami i, że Bóg z Katolikami. I gdzieś jeszcze wciąż "Gott mit uns" tliło się we wspomnieniach z lekcji historii. Dlatego wolałem ten Befast z piosenki kultowego zespołu disco tamtych lat, boskiego Boney M. Belfast był prawie tak szatański w moich oczach, jak Liban.

No dobrze. Brązowa butelka. Ciemnobrązowa prosta etykieta informująca, że sześć i pół procent kubatury, to środek przeciwbakteryjny i chociaż rozweselający wirusy, co na pewno czyni je bardziej spolegliwymi z układem odpornościowym człowieka szczęśliwego. Na pewno interesującym jest fakt, że producent podaje na drugiej etykiecie, z drugiej strony owalu butelki, że eliksir zawiera płatki jęczmienne i słody. Najpierw powonienie, które czerpiemy wprost z butelki. Woń jest bardzo delikatna, na początku raczej palony delikatnie karmel, potem jeczmień, a na końcu wreszcie we fali słodu karmelowego, powoli rodzi się głeboki dżin, jakby wywabiony z butelki- chmiel i nawet nie jest to goryczka. Tym bardziej pytam siebie - co to będzie?

Pierwszy zdrowy, obfity łyk i zaskoczenie, bo po całości ten przypływ jawi się jako fala, nie fallus, jak podpowiada smartfon, delikatności absolutnej, jakiejś dziewiczej pieszczoty, wdzięcznej za pierwociny rozkoszy boskiej. Nie wierzę sam sobie, więc ponawiam odciąg, ale teraz przyczłapiam się do tego rozlewiska w ustach językiem i całym podniebieniem, nabierając całość kubatury wszystkimi dostępnymi kubkami smakowych i jessssttt! Ależ wyławiam wszystkie wręcz płatki jęczmienia, słodycze słodu. Bajecznie i zaraz zostaje zastrzelony gromem, serią gromów. Nagle kilka chmieli rozstrzeliwuje moje usta, zamieniając je w edenowy sad, w którym rosną takie cudne niebiańskie goryczki, że strażnicy bram niebios nie są w stanie zatrzymać chętnych i zrywają je wszyscy diabli i dusze czyścowe porzuciły refleksję nad życiem, dusze wszystkich kręgów piekielnych wyzwoliły się z potępienia, chóry anielskie tańczą piją, śpiewają, a i zbawieni opuścili Ojca mieszkań wiele na rzecz nowego cudownego nieopisywalnego.

Trzeci łyk tej original recipe. Słody i chmiele przebijają się do gardła, przełyku, a towarzyszy im cichy bohater destylat. Dyskretnie przebijają ścianki i rozpowszechniają się w naczyniach krwionośnych. Płytki krwi rozweselają się, dostają energii, przyśpieszają bieg po człowiecze szczęście. Policzki powoli zaczynają grzać, jak kaloryfery w domu, gdy gospodarz zeszedł do kotłowni, otwarł drzwi pieca i na wczorajszy żar położył szczapy szczypy i suche drewna świerkowe, a gdy się rozpaliły, to na ich ogień sypnął łopatę drobnego węgla z kopalni w Rydułtowach. A gdy temperatura sięgnęła pięćdziesięciu stopni, to sypnął drugą łopatę, już grubszego węgla, włączył pompkę niemiecką w polskim piecu i spokojnie poszedł do kuchni delektować się powolnym odczuwaniem rosnącej temperatury i temu komfortowi jaki zaczyna dziać się w ciele ludzkim, któremu jest ciepło. Szczęście.

Spokojnie już, świadomy obcowania ze strukturą anielską, przechylam i ssę jak dziecko pierś matki łyk czwarty. Jest bukietem słodów, delikatnie podszprycowanych chmielami, które jednak pozostają w drugim planie, jak dobra muza wielkiego artysty. Policzki prawie w spiekocie, niczym dziewica raka, na jednoznaczną propozycję rozkoszy. A tymczasem do grona szczęśliwych enklaw ciała, pragnie dołączyć klatka piersiowa i czyni pierwsze iskry, jakby smagnięcia promieniami słonecznymi, które być może doznawał i Jan Kochanowski, siedzący pod lipą, w cieniu jej liści, kiedy w upalny lipcowy dzień zerwał si wiatr zwiastujący burzę i przez poruszające się liscie, gdzieś między nimi właściwie, przedzierały się promienie, jak Kasanowa do mniszek cel, pomiędzy strażami.
Trochę zajęć domowych i trzy zdecydowanie namiętne pociągnięcia z ujścia szyjki brązowej butelki. Chłodek wypełniający przewód pokarmowy i zaraz eksplozja gorąca przeszywająca serce, że czuje się na raz oba przedsionki, obie komory i szczęśliwie zastawiające się zastawki, jak te świstaki, co w te sreberka. Normalnie czuć, że chcą, że zrobią wszystko dla krwioobiegu, jak chrzestni na komunie są teraz moje zastawki, czuć tą chęć i wenę, poczucie konieczności dziejowej, tradycji i mocy wiary, pełne zastaw się, a postaw się, co prowadzi do wzmożonej energii ciała, że idę w ogród, że z kotami jestem za pan brat, karmię piosenką sikorki i liście głogu, a co zmarzło powstaje ze zmarzłych.

Posmakowało. Poczułem możliwości. Uwierzyłem w siebie i w lotność swoją ikarejską, choć lepszą, bo bez skrzydeł, bez w nich piór na wosku. Zwietrzyłem okazję spotkania się ze swoją duszą, a Anioł Stróż nie proyestował, więc już wiedziałem - to było dobre, bo z dobrego, a nawet nieopisywalnie dobrego, choć jestem zadowolony, ze zdań, którymi świadczę o prawdzie. Powróciłem i następne dwa pieszczoty pełne łyki moich ust i już wiem, czego chcę, co za chwilę będzie. Dusza się wyrywa spod serca i śledziony, nosem i uszami, rwie ku przestrzenią Niebieskim. Chwytam ją i gnam, i pędzę jak sąsiad swoim Tico o pędzonym, a przed radiowozem z posterunku, galopuje jak jak ta klacz, znana tylko poetom ! Tak! Tą sama, co zerwała się z dyszla Wielkiego Wozu, gnąc go w kształt Baby Jagi nosa, czy innych klasycznych teściowych. Przyśpieszam w te i w tamte. W tamte widzę prawdę, która była była, a teraz w te ależ będzie się dzieło, przecież w tej przyszłości, zostało jeszcze prawie pół butelki, a co się z niej pocznie...

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa fyrfle, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.