2 czerwca 2020 roku, godz. 8:52 3,2°C

"CIEMNOGRÓD"

Dwudziesty szósty maja - Dzień Matki. Dzień wypełniony przez naturę przede wszystkim ulewnymi falami deszczu. Przychodziły zarówno od Skrzycznego,jak i od Grojca. Kiedy ludzie mają już ponad pięćdziesiąt lat lub zbliżają się do szóstego płatka róży życia, to przeważnie rodzice są już tylko filozoficznym wspomnieniem i wesołych anegdot treścią. Jak to tutaj należy do tradycji i oczywistej oczywistości, dali na mszę za swoich rodziców. Miała zostać odprawiona dzisiaj w jednym z okolicznych sanktuariów maryjnych. Epidemia pokrzyżowała plany, więc ze względu na bezpieczeństwo uczestniczyli we mszy w ramach transmisji na you tube. Gdy się już pół wieku chodzi po ziemi, zwłaszcza tej ziemi,to wiadomym jest współistnienie z duchem i ciałem ludzkim tak zwanych chorób współistniejących. Kościołów tutejszych nawet w randze bazylik nie dezynfekują po każdej mszy.

Wyszli po kolacji w ramach codziennego spaceru, ale tym razem przedłużyli te pięć tysięcy około kroków o jeszcze kilkaset. Celem był cmentarz. Uszli kilkadziesiąt kroków od domu i zatrzymał ich interesujący widok. Dzięcioł stukał w drzewo. Był dziwny. Taki szary, bez kolorowych piór na głowie czy końcówkach skrzydeł. Dziwnym było drzewo w które stukał. Słup elektryczny TAURONU. Dziobem uskuteczniał serię jak z kałasznikowa,a potem zajadał się kornikami.

- Może to jakiś niemiecki dron? - zażartował mąż.
- Albo efekt prac laboratorium w Wuhan. - odpowiedziała żona.
- Atak na fundamenty bezpieczeństwa energetycznego kraju - dorzucił jeszcze raz mąż.
- Perfekcyjna broń biologiczna - kontynuowała żona.
- Raczej jednak powodem jest zwyczajny głód - skonstatował mąż.
- I leciwość słupa, czyli impregnaty przestały działać, więc korniki robią co swoje - dopełniła żona.

Potem szli w ciszy i milczeniu. Milczeniu ustnym,bo myśli pojawiały się w normalnych ilościach, czyli przygotowały grunt pod przyszłe działanie. Żona rozmyślała o dorosłych dzieciach, które narzekały na rodzicielstwo, ale jednocześnie każdą podpowiedź uważały za podważenie ich dorosłości, wiedzy i wykształcenia, a te przecież opierały się o autorytety książkowe. Martwiła się. Domyślała tych książek. Autorami pewnie bezdzietni i lewacy. On już myślał nad fraszką na temat słupa i dzięcioła. Atakowały go jak co dzień sprośne i plugawe limeryki. Ale dobrze mu było z tą niepoprawnością. Oboje rozglądali się idąc. Zwracali uwagę na kapliczki.Ich architekturę i rękodzieło ludowe,które zawierały ich wnętrza. Kapliczki są modlitwą tutejszych. Nieustającą prośbą do Boga o pomyślność dla rodzin, placów, wsi i regionu oraz kraju. Sama obecność kapliczek niestety nie czyni ich serc sercami, a dusz cichymi, zaś rozmów serdecznymi i pracowitymi.

Zaszli na cmentarz. Cieszyło ich, że wiele pomników było rozświetlonych światłem zniczy i normalnym wkładem olejowym, a wiele już niestety tylko błyskiem żarówki ledowej. Cieszyły ich kwiaty na grobach rosnące i kwitnące kolorowo. Na grobach i dookoła grobów. Kwitło wiele gatunków skalnych, orliki, irysy, tulipany, azalie, rododendrony. Cieszyli się, że jest tak tradycyjnie, normalnie, czyli po ludzku. Cieszyli się, że jeszcze wielu mieszkańcom chce się. Dbają o groby zmarłych bliskich, wbrew tendencjom do spopielania zwłok i rozrzucania prochów w różnych dziwnych miejscach, a na cmentarzu upamiętniania ich tabliczką wmurowaną w ziemię, a potem niepamięcią.

Doszli powoli do grobu rodziców męża. Wylali wodę z dużych mis, w których stały wielkie donice z bratkami. Lało niemiłosiernie, więc zapalenie wkładów zniczy wymagało cierpliwości i techniki. Trzeba było osłonić je przed zacinającym od północy wiatrem, niosącym ze sobą strugi wody. Zanieśli je więc między pomniki zbudowane w położeniu wschód-zachód, że kamienne bloki hamowały wiatr i wodę. Tutaj jeszcze przysłonili parasolami i zapalili najnowsze znicze studwudziestogodzinne, które zaoferował im narodowy dyskont.

Stał pod parasolem mąż i dumał gorzko, a w gardle mu schło i zaczęło drapać. Miał jeszcze troje rodzeństwa. Z tego co zastał, widział, że o dniu matki pamiętał jedynie on. Smutno mu się zrobiło i trapiła go myśl, że kiedyś tutaj może być tak ateistycznie i nieludzko jak w Czechach na przykład. Wyburzą odczłowieczeni i pełni zaraz ideologicznych te cmentarze. Wybudują siłownie, kasyna. Pot i chciwość będą wsiąkały w kości pokoleń człowieczeństwa. Zapalając ogień wkładu olejowego wierzył, że jest taak jak mówiła mu mama, a jej jej mama i co on opowiedział swojemu synowi i córkom, że w raju jest pięknie, ale domem wybudowanym przez ludzi jest ziemia, dlatego czasem dusze wracają tutaj, jak my odwiedzamy rodzinę i groby bliskich. Odwiedzają zatem duszę ziemię, przychodzą do starych dobrych miejsc. Lubią też być przy kolejnych pokoleniach - dzieciach, wnukach i prawnukach, i kolejnych potem pokoleniach. A kiedy leje deszcz, przychodzą do światła i ciepła znicza. Tam ogrzewają dusze się najchętniej i czekają przy zniczu na przyjście i modlitwę kolejnych pokoleń. Wtedy są najbardziej szczęśliwe w tej jedynej najwspanialszej wspólnocie- obcowaniu umarłych z żywymi. Modlą się z nim i jednają im łaski Boga, upraszają Ducha Świętego o pracowitość i humor żywym, Jezusa proszą o dar umiejętności odpoczynku i szukania w każdym dniu pożyteczności.

Potem chwycili się za dłonie i w ciszy serc poszli do grobu jej rodziców, który był na szczycie cmentarnego wzniesienia. Stali modląc się. Błyski rozświetlały kotlinę.

- Ciekawe, czy im nie smutno. Nikt poza nami nie przyszedł - zastanawiał się głośno mąż.
- Nie. Mają siebie, Boga i mają nas.

Pospacerowali jeszcze alejami cmentarza. Odwiedzili groby dziadków, wujów,ciotek, znajomych, sąsiadów. Kiedy wychodzili z cmentarza było już bardzo ciemno. Kolejne samochody podjeżdżały na parking przzy cmentarzu. Ludzie wychodzili z nich z reklamówkami zniczy i donicami z kwiatami. Poszli oddać hołd Matkom po katolicku. Jeszcze Polska nie zginęła.

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa fyrfle, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.