10 stycznia 2021 roku, godz. 16:31 49,2°C

Opowieści zajechanej (4)

Dwa miesiące później poruszałam się pomiędzy oddziałami; swoim i onkologią. Przywiązanie do obcej osoby stanowiło dla mnie niewytłumaczalne zjawisko.
Jak Anioł, snułam się we mgle, i wypatrywałam jego. Jednak się nie pojawił. Mój narzeczony, jej bratanek.
Organizm Michaliny nie przyjął leczenia, chłoniak siał błyskawicznie i zbierał plony. Utrata wagi, brak apetytu i podwyższona temperatura, do tego uporczywe świąd skóry były przeciwwskazaniem do operacji. Roman prawie zamieszkał w szpitalu, czuwał dzień i noc. Ciotka Magoniowa powoli odchodziła.
Ostatni dzień kwietnia. Jutro miał się rozpocząć długi weekend majowy. Miałam pojechać z Elżbietą w góry, jednak zadecydowałam pozostanie w Krakowie. Po obchodzie wpadłam do Michaliny. Gdy mnie zobaczyła, szepnęła:
— Zabierz mnie do moich gór, do Zawoi — proszę.
— Dobrze, zabiorę cię — wydusiłam z siebie, walczyłam z oczami, a kiedy usnęła, wybiegłam z płaczem.

Nazajutrz jechaliśmy w trójkę na południe. Michalina była taka szczęśliwa. Maj tego roku wybuchnął kwieciem i ciepłem. Roman codziennie wynosił jej kruche ciało do sadu. Patrzyła na kwitnące jabłonie i uśmiechała się z grymasem twarzy. Jej oczy coraz bardziej zachodziły mgłą. Pomimo morfiny, widać było jak cierpiała.
Trzy tygodnie potem. Wiatr pachniał sadem, słońce oblało niebo odcieniem niedojrzałych jeszcze czereśni, podświetlając sznur bocianów na niebie. W oddali szczekał pies i słychać było odgłosy bawiących się dzieci.
Odeszła tak cicho... cisza też wokoło nastała, tylko słychać było moje szlochanie.
— Nie płacz — powiedział Roman. — Chodź, zatańczymy. Ona by tego chciała.

Wtuliłam w jego ramię twarz i tańczyliśmy, Michalina leżała spokojnie i pewnie udawała, że się nie patrzy. Ja wiem, że spoglądała z góry.
Wróciłam do Krakowa, Roman został ze swoją żoną, wreszcie miał swój dom. Tylko szkoda mi będzie tych nocnych rozmów w tej śmietnikowej klatce i dereniówki.
Kiedy podjechałam pod dom i spojrzałam w ciemne okna, ogarnęła mnie pustka. Poczułam łzy na policzkach i ucisk w żołądku. Weszłam do windy, wcisnęłam guzik na czwarte piętro. Otworzyłam drzwi i bezgłośnie weszłam do mieszkania. W przedpokoju poczułam zapach róż. Pierwsza myśl… on czeka na mnie. Niestety, czekała tylko jego nieobecność i cisza, która była pusta. Niewypełniona niczyim oddechem, niczyim spojrzeniem.
Obok opadłych, podsuszonych czerwonych płatków leżała kartka. Rozłożyłam i odczytałam. Przez chwilę będziemy szczęśliwi. Na zawsze Twój Roman.
Michalina zapomniała zabrać.
Odsłuchałam wiadomości i puściłam wodę do wanny. Zaczęłam powoli rozgaszczać się w betonowej szczelinie. Po kąpieli, z butelką śliwowicy usiadłam w fotelu i opuściłam igłę głowicy gramofonu na moją ulubioną płytę. Towarzyszył mi jednostajny rytm podany na werblu na początku utworu. Dynamika narastała przez włączanie w tkankę dzieła kolejnych instrumentów. W moje arterie też powoli wpływał aromatyczny płyn i łączył się z bólem. Płakałam i krzyczałam coraz głośniej i kiedy po siedemnastu minutach kotły zakończyły utwór, moja butelka też była pusta, i ja urżnięta w cztery dupy. Ukochany Ravel pożegnał mnie z Michaliną.

Osiem miesięcy później… cdn

https://www.youtube.com/watch?v=8KsXPq3nedY

maba Ewka... albo nie
 11 stycznia 2021 roku, godz. 00:32
Edytowano 11 stycznia 2021 roku, godz. 11:09

Piękna opowieść, wzrusza... Czasem szczęście trwa tylko chwilkę, ale i tak warto go szukać. I celebrować.