11 stycznia 2016 roku, godz. 21:56 6,3°C

Kuszenie

Do osobistych pokoi ówczesnej władczyni Rosji nie mógł wejść bez pozwolenia żaden człowiek. Przy głównym, w zasadzie jedynym, wejściu dzień i noc pełniło wartę dwóch żołdaków. Nikt nie wszedł do komnat, ani ich nie opuścił bez wiedzy i powolnienia ich pani – Katarzyny II zwanej Wielką.
Tej nocy caryca spała niespokojnym snem, raz po raz zmieniała ułożenie swego ciała. Miotała się, przygryzała dolną wargę przez sen, dusiła się nie mogąc złapać powietrza – co wyglądało jakby coś ciężkiego ugniatało jej klatkę piersiową.
Cztery bogato zdobione płaskorzeźbami kolumny z dębowego drewna otaczały łoże, na którym spała pulchna tyranka wielkiego rosyjskiego narodu. Przytrzymywały one wielki szkarłatny baldachim z jedwabiu. Za uchylonym teraz oknem świecił księżyc w pełni. Jego nienaturalnej barwy światło padało na twarz carycy, na której dało się dostrzec krople potu.
Wybiła północ.
Tajemnicze cienie otoczyły śpiącą Katarzynę. Uważny – i odważny! – obserwator mógłby dostrzec dziwne kształty tychże cieni. Dałoby się dostrzec, że ci którzy rzucają owe cienie mają rogi, kopyta i ogony. Okrążyły swoją dzisiejszą ofiarę.
Wśród panującej dookoła ciemności dało się słyszeć cichą rozmowę, którą toczyły między sobą cienie.
– Depcz! Chwytaj!
– Zasnęła. Wpadnę w sen jej jak dziki zwierz!
– Dusze do piekieł wrzuć. Smaż! Piec!
Postać na łóżku zaczęła się jeszcze bardziej miotać. Do cieni otaczających carycę dołączył jeszcze jeden, większy od pozostałych.
– Wara! – wydał rozkaz odsuwając jednocześnie inne cienie od śpiącej kobiety. Ta po chwili uspokoiła się.
– Coś ty za jeden?
– Voland.
– No i co z tego wynika?
– Mej ofiary nie płoszcie!
– Ale odkąd zasnęła tyranka do mnie należny. Jam jest Smarra! To ja mam ją we śnie! – sprzeciwił się Volandowi jeden z pomniejszych diabłów.
– Gdy we śnie pokażesz jej kary jakie na nią czekają po śmierci zlęknie się. Jutro, gdy przypomni sobie sen, może z obawy przed karą się poprawić. A daleko jej jeszcze do śmierci. – Pouczył młodsze diabły.
Niedoświadczone demony zaczęły się śmiać ze słów i ostrzeżenia Volanda.
– Pozwól nam sna zabawę. Czy ty się o nią boisz? – Naśmiewały się. – Gdy ona się poprawi, my weżniemy w ręce krzyż i będziemy Go wychwalać!
– Jak za bardzo ją nastraszysz, gotowa będzie oszukać nas po tym, jak przypomni sobie swój sen – tłumaczył cierpliwie Voland. – Wypuścisz myszkę z łap!
– Ale siostrzyczka ma, ta ma najsłodsza córa… – Wykłócający się Smarra, diabli młodzik, spojrzał z żalem w czerwonych ślepiach na śpiącą Katarzynę II. – Będzie ona spała bez mąk? – spytał Volanda, a gdy nie doczekał się odpowiedzi ponownie spojrzał na twarz swej ukochanej ofiary. – Nie chcesz? Ja ją pomęczę sam!
– Łotrze! Wiesz kim jestem?! – zapytał wściekły Voland.
Diabły otaczające Zofię Fryderykę Augustę von Anhalt-Zerbst z zaciekawieniem oglądały tę wymianę zdań.
Smarra pokręcił głową w geście zaprzeczenia.
– Nad duszą tą – wskazał ruchem głowy na śpiąca monarchinię – władzę dostałem od Lucypera!
Usłyszawszy to diabły pochyliły swe rogate głowy przed Volandem.
– Pardon – odrzekł Smarra. – Co każesz Waść?
Zyskawszy posłuch wśród zebranych w carskiej sypialni diabłów, Voland miał wreszcie czas aby wymyślić plan pozyskania dla swego Pana duszy Katarzyny Drugiej.
– Na jej duszy nam zależy – mruknął pod nosem. Podniósł oczy na Smarra, diabeł wyraźnie skurczył się pod jego spojrzeniem, które pełne było podstępu, chytrości i dumy. – Możesz połechtać jej dumę. Możesz utopić ją w jej własnej pysze. Ale o piekle – sza!
Zaraz po tym jak Voland wypowiedział ostatnie słowo, w ciemnym pokoju rozległo sie ciche „puch”, a w powietrzu pojawił się delikatny smród kojarzący się ze spaloną ziemią. Volanda już nie było.
Na placu boju pozostał tylko Smarra klęczący przy zagłówku wielkiego łoża. Łakomym wzrokiem spoglądał na swą ofiarę. Wyciągnął dłoń w jej stronę, dotknął jej twarzy. Zadrżała czując na swoim ciele wpływ przeklętego dotyku.
– Ah, morderczyni, drżysz? – spytał uradowany Smarra.
Położywszy już obie dłonie na skroni zaczął sączyć w jej umysł stworzony przez siebie, specjalnie dla niej, sen.
Tuż przed rozpoczęciem kuszenia usłyszał jeszcze ostatnią wskazówkę Volanda:
– Tylko ją bierz do rąk lekko, jak kocur mysz.

***

Na plac boju o duszę carycy wybrałem salę tronową wszystkich władców Rosji, zarówno tych co już byli, jak i tych którzy dopiero nadejdą. Sama Katarzyna Druga znajdowała się w sercu bogato zdobionej komnaty – siedziała na misternie zdobionym tronie ze złota, podszytym szkarłatnym jedwabiem. Stopy wspierała na podnóżku zrobionym z tych samych materiałów co tron. Na jej głowie błyszczała Wielka Korona Cesarskiej Rosji, mająca formę mitry złożonej ze stylizowanych gałązek i liści laurowych układających się na kształt dwóch srebrnych półkul, w obręczy korony u podstawy kabłąka lśnił dumnie czerwony brylant.
Wszedłem stanowczym i dumnym krokiem do sali, wokół głośnym echem zabrzmiał stukot moich racic. Kobieta zasiadająca na tronie podniosła na mnie swój zdezorientowany wzrok. Na jej twarzy pojawiło sie obrzydzenie, wiedziała kim jestem. Zresztą trudno by było mnie nie rozpoznać. Postanowiłem nie przebierać się za rosyjskiego magnata lub szlachcica, tak jak robił to Boruta w kraju Lachów. Po co? Wybrałem zaś tradycyjną postać pół kozła, pół człowieka. Chciałem tym sprawić, aby odczuła przede mną respekt, lecz nie strach, chciałem aby sądziła, że mogę spełnić to, co jej obiecam.
– O demonie nocy! – przywitała mnie wyniosłym tonem. – Czemu zakłócasz mój odpoczynek? Nie kuś, nie pójdę! Jesteś złem!
– O ty piękna, jam twój pocieszyciel! – zacząłem ją przekonywać o tym, że mam dobre zamiary. – Nie bój się! Tam gdzie ja, tam i rozkosz więc doceń moją boskość!
Nic nie odrzekła na moje deklaracje. Jednak dało się dostrzec z ruchów jej ciała, że zaczyna mi wierzyć. Nie, to za dużo powiedziane. Caryca przestała się mnie bać, a gdy zło przestaje nas przerażać – zaczyna kusić. Postanowiłem zacząć działać.
Wolnym acz zdecydowanym chodem zbliżyłem się do tronu, na odległość nie większą niż długość dwóch kroków. Ukłoniłem się, po czym zacząłem swoją przemowę.
– O, Semiramido Północy! Wenus Starego Kontynentu! – Już od dawna wiedziałem, że na ludzi próżnych najlepiej działają komplementy. – Jam jest Smarra, który przybył zaoferować ci swe usługi, pani.
– Co ty możesz mi, carycy Wszechrosji, zaoferować demonie? – spytała z wyższością w głosie. – Przecież mam już wszystko o czym mogłabym marzyć. Blask klejnotów, sługi na każde wezwanie, szacunek i uległość innych władców a nawet ich zazdrość. – Spojrzała w moje oczy bez lęku. – Pytam więc jeszcze raz, a ty przed udzieleniem mi odpowiedzi dobrze się zastanów, Smarra. Co możesz mi zaoferować czego już sama nie zdobyłam?
Z doświadczenia zdobytego podczas kuszenia niezliczonej ilości ludzi, począwszy od biednych chłopów a skończywszy na koronowanych głowach, wiedziałem, że tylko to co niezdobyte, tylko to co niewyjaśnione, tylko to co zakryte – kusi.
Wyciągnąłem przed siebie dłonie, na których po chwili pojawiły się makiety dwóch miast. Nie były to jednak zwyczajne makiety. Na ich ulicach widać było spacerujących ludzi, po licznych kamiennych drogach poruszały sie równie liczne powozy ciągnięte przez piękne rumaki. Już na pierwszy rzut oka dało się rozpoznać owe miasta.
Stambuł i Warszawa.
Katarzyna zwana Drugą pochyliła się nad owymi makietami. W każdym jej geście ukryta była żądza władzy nad państwami, których serca stanowiły ukazane przeze mnie skupiska ludzi, zwierząt i budynków. Kłamstwo, jak te miasta, przyciąga gwarem i światłem, mami blichtrem i bogactwem, kusi tempem i różnorodnością.
Gdy uznałem, że caryca już zbyt długo wpatruje się w stworzone przeze mnie iluzje, zaprzestałem ich tworzenia.
– Po co mi to pokazałeś, demonie?! – spytała wzburzona była księżniczka anhalacka.
– Ponieważ chciałaś wiedzieć, co mogę ci zaoferować.
Zlękła się mojej pewności siebie, którą ujawniłem poprzez to co jej zaoferowałem. Ale to dobrze. To poczucie lęku i zagrożenia sprawia, że odczuwamy w sobie pragnienie panowania nad drugim człowiekiem. Utkwiła we mnie wzrok, z którego biła żądza władzy, zdecydowanie i pycha.
– Co muszę uczynić, abyś mi to dał?
– Nic wielkiego. Wystarczy tylko twój jeden podpis i dostaniesz to czego pragnie twe serce – skłamałem poprzez nie mówienie wszystkiego. Wyjąłem cyrograf spisany na koźlej skórze, wręczyłem go Katarzynie do podpisania.
Widziałem, że w jej wnętrzu rozgorzała bitwa.
„Zrób to, zrób to” – kusiło ją serce. „Nie rób tego!” – podpowiadał rozum. „Nic nie musisz. Rób co chcesz” – szeptała dusza. Stała teraz na rozstaju dróg, między dobrem a złem. W która stronę pójdzie?
Tam gdzie więcej jest ludzkich łez…
A ty jakbyś wybrał?

CЯuelCOMA Michał
 11 stycznia 2016 roku, godz. 23:57

Dobre pytanie. Super opowiadanie, wciągnąłem się ^^