13 lipca 2021 roku, godz. 23:54 24,3°C

Przeszłość zapuka do drzwi barmana [02]

Długo walczyłem z otwarciem drzwi, aż wreszcie puściły. Wszedłem i poczułem wolność, ale nie miałem odwagi zejść do piwnicy, dlatego stałem pod drzwiami. Nasłuchiwałem. Ta przerażająca cisza niczego dobrego nie wróżyła i nie myliłem się. Oparty o framugę powoli zsuwałem swoje ciało do parteru, poczułem błogi stan.
Sen mnie otulił szalem i ujrzałem tłum ludzi zmierzający w moim kierunku. Pośród nich dominował barman, nie był już taki sympatyczny.
— Rozpracowałem cię, ty draniu! — krzyczał. — Już nie uciekniesz, odpowiesz za to, co zrobiłeś. Mówiłem ci, że jestem spowiednikiem i przede mną nic się nie ukryje.
Z oddali słyszałem sygnały dźwiękowe.
Obudził mnie głośny łomot do drzwi, ciemność rozjaśniały rozbłyski migające po ścianie. Szybko zorientowałem się, gdzie jestem i co robię na podłodze pod drzwiami piwnicy. Powoli powracała do mnie świadomość, poruszyłem się, czułem silny ból ścierpniętych nóg. Odkaszlnąłem zaschniętą wydzielinę z gardła, z trudem podniosłem się z podłogi i skierowałem kroki w stronę drzwi wyjściowych.
— Kto tam? — zapytałem głośno.
— Otwieraj i wyjdź z podniesionymi rękami! — wrzeszczał ktoś, aż się ściany trzęsły. — Dom jest otoczony i radzę nie utrudniać niczego.
Zadudniło w uszach. Wyszedłem, stosując się do poleceń, mocny blask świateł bił po zmęczonych oczach, nic nie widziałem. Ktoś mocno złapał moje ramię, podciął nogi i rzucił na ziemię. Na przegubach dłoni poczułem ból i zgrzyt zaciskanych kajdanek, następnie postawiono z powrotem moje ciało do pionu.
— Masz prawo do... Gość w ciemnej marynarce przekazał mi jednym tchem, wyuczoną na pamięć pustą regułkę o moich prawach.
Dopiero teraz przejrzałem na oczy. Otaczało mnie czterech mundurowych w czarnych kominiarkach, z długą bronią typu Mossberg. Pomimo późnej pory, wzdłuż trawnika stał spory tłum gapiów, a wśród nich sąsiadka w szlafroku i z papilotami na głowie, krzyczała w moim kierunku.
— Wiedziałam, że prowadzi pan jakieś szemrane interesy — wyrzuciła z siebie. — Tyle lat mieszkałam obok mordercy.
Co do cholery się dzieje, pomyślałem. Skuty pod eskortą, przechodziłem obok rozkrzyczanej grupki ludzi, gdyby tak mogli, pewnie by mnie zlinczowali. Jeden z funkcjonariuszy kiwnął ręką i z szarości wyłonił się barman. Ten bardzo dociekliwy, pieprzony spowiednik.
— To on — powiedział z cynicznym uśmieszkiem na twarzy.
No to już jestem w domu, wszystko jasne.
— Ciekawe kto się będzie śmiał ostatni — mruknąłem pod nosem.
Wsadzili mnie do radiowozu, spojrzałem na swój dom. Cały był oświetlony, a wkoło biegali mundurowi. Przeprowadzają pewnie dokładną rewizję i szukają czegoś, czego nigdy nie znajdą, jeśli ja im nie powiem, o co chodzi. Zamknąłem oczy i myślałem byłem tam, gdzie zobaczę głupią minę barmana. Za ten widok warto było to zrobić. Nie wiem, dlaczego wożono mnie tak długo po obrzeżach miasta, ale w końcu wjechaliśmy w autostradę A4, a potem prosto do Krakowa. Może kiedyś się dowiem?
Kiedy dojeżdżaliśmy, już świtało. Słońce wschodziło czerwoną kulą, wyglądało jak olbrzymia pomarańcza. Zapowiadał się upalny dzień. Dopiero teraz poczułem wewnętrzny strach przed tym wszystkim, co się może stać. Miałem Saharę w gębie i tak bardzo pragnąłem, chociażby jednej kropli wody. Oczom ukazała się półka w mojej lodówce i zimne piwo. Coraz mocniej do nozdrzy dochodził zapach ostrego potu. Ci panowie w czerni pewnie tego nie czują i nie wiem, czy pozwolą wziąć prysznic, nie zabrałem żadnych przyborów, szczoteczki do zębów, telefonu, bielizny na zmianę, a co z domem. Wszystko, co posiadałem, cały majątek zostawiłem niezabezpieczony, obcy ludzie w tej chwili demolowali mój azyl spokoju.
Wysiedliśmy z radiowozu przy Mogilskiej, głównej siedzibie CWŚ. Jak przestępcę w kajdankach i pod eskortą uzbrojonych policjantów prowadzono mnie korytarzem do sali przesłuchań. Chciałem krzyczeć, ale wiedziałem, że nic to nie da, wręcz przeciwnie może zaszkodzić. Od dziecka miałem wpajane, że tylko spokój może uratować. A jeśli znajdą paragraf i oskarżą o coś, czego nie zrobiłem?
Wprowadzili mnie do pomieszczenia z szybą przyciemnioną, zwaną lustrem weneckim. Posadzili przy stole i wyszli, jedynie strażnik pozostał z lufą skierowaną w moją stronę.
— Czy mogę prosić o szklankę wody? — wypowiedziałem w jego stronę prośbę. — Cisza. — Proszę? — ponowiłem zapytanie.
Stał jak posąg, nawet nie drgnął. Tylko oczy z otworów kominiarki błyskały. Musiałem zadowolić się przełknięciem śliny. Która godzina i ile jeszcze będę tutaj tkwił, chciałem zapytać, ale to nie miało sensu... więc dałem spokój.
Zalazłem się na scenie i grałem rolę seryjnego mordercy, ona leżała naga i taka czysta. Śmiała się ze mnie. Publiczność krzyczała, spal ją, i jej wszystkie ślady zmień w popiół. Skończ z tym kabaretem, nigdy nie staniesz się sławnym, bo nie masz jaj. Bądź wreszcie sobą i zakończ ten romans jak prawdziwy mężczyzna. W pierwszym rzędzie siedziały tylko dwie kobiety, babka Sydonia i matka Eleonora, to one były moją kulą u nogi. Za nimi rozwrzeszczany tłum skandował. Tylko one nie krzyczały, bo tylko spokój...
— Obudź się, tu nie hotel pięciogwiazdkowy.
Poczułem uderzenie w ramię i donośny głos. Zobaczyłem wreszcie twarze bez kominiarek.
— Ściągnij kajdanki. — Śledczy rzucił polecenie w stronę ponętnej szatynki. Po czym zwrócił się do mnie.
— Inspektor Krzysztof Lemański, a to komisarz Lidia Kotela — ciągnął — jeśli będziesz z nami współpracować, to szybko zakończymy sprawę — oznajmił.
— Czy mogę dostać szklankę wody? — spytałem oschłym głosem.
— O proszę, nawet umiesz mówić! — krzyknął i wykonał gest ręką.
Po chwili drzwi się otworzyły i przyniesiono wodę. Wypiłem jednym haustem, poczułem taką ulgę, której nie zapomnę do końca życia.
— Co my tu mamy panie Kolankowski? — Zaczął przeglądać jakieś papiery.
— Czterdzieści sześć lat byłeś przykładnym obywatelem i po co teraz ją zabiłeś, i gdzie są zwłoki, jak nazywała się denatka? — Spojrzał na mnie. — No słucham, co masz nam do powiedzenia?
— Panie inspektorze, to jakieś nieporozumienie — odpowiedziałem.
— Co wy mi tu pierdolicie. — Rzucił w moją stronę arkusz papieru. — Tu są zeznania świadka, barmana z lokalu Pod Papugą. Plan morderstwa dokonanego w twojej piwnicy. — Zapalił papierosa i mocno się zaciągnął. — Więc zacznij gadać prawdę albo zgnijesz w więzieniu.
— Czy mogę zapalić? — spytałem.
— Pal! — wrzasnął i przesunął paczkę w moim kierunku, a pani komisarz podpaliła papierosa.
Zaciągnąłem się mocno i zacząłem swoją opowieść. Było już ciemno, kiedy skończyliśmy i wyszedłem na zewnątrz. Oddano mi telefon i dokumenty oraz kilka pomiętych banknotów. Skierowałem się w stronę Ronda Mogilskiego.

https://www.youtube.com/watch?v=z-2mO3KTVHg

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa zielonakredka, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.