26 grudnia 2015 roku, godz. 16:43 1,9°C

Imperium przyszłości

CZĘŚĆ I
     Jest rok 5385. Podróże między planetami są na porządku dziennym. Ludzkość ma swoje kolonie na trzech planetach - Traeh, najstarszej, Epoh i Raef, najmłodszej, w trzech różnych galaktykach. Jest jeszcze oczywiście Ziemia, ale tam pozostali w większości konserwatyści i ludzie starzy.
Na świecie nie ma już wojen, podziału na państwa czy religie. Na każdej z planet jest osobne imperium z jednym przywódcą. Ma on władzę absolutną. Każda próba wszczęcia powstania przeciwko imperatorowi tłumiona jest krwawą potyczką. Zniesiono sejmy i senaty w 3009, uznano je za mało pożyteczne. Ostatnia wojna rozegrała się w latach 3000-3009 pomiędzy chrześcijanami a islamistami. Ci drudzy gnębili katolików, zabijali ich, publicznie upokarzali. Papież Karol XIII postanowił wziąć sprawę w swoje ręce i wezwał wszystkie kraje chrześcijańskie do walki. No i stanęli. Po kilku latach wojna religijna przerodziła się w polityczną. Ludzkość zmalała o 60 milionów osobników.
     Złączenie wszystkich krajów w jedność nastąpiło po osiedleniu się pierwszych 100tysięcy ludzi na Traeh w 3798 roku. O dziwo, planeta ta nie była zamieszkana. Była na tyle młoda, że nie zdążył wykształcić się żaden organizm. Niestety, na Epoh mieszkańcy zmuszeni zostali do życia razem z nami. Pod groźbą użycia broni, oddali nam spore tereny. Jednak dla nas było za mało i od kilkuset lat mieszkamy między sobą . Na Raef także próbujemy integrować się z tubylcami, jednak wychodzi nam to mniej-więcej tak, jak przed 1862, kiedy to Murzyni traktowani byli gorzej niż psy. Raefianie to nasi słudzy. Strasznie się panoszymy w tym kosmosie.
     Ja mieszkam na Epoh. Jest to piękna kraina. Przypomina nawet trochę Ziemię. Są góry, morza, jeziora, rzeki... Ale czerwone. To przez pierwiastek w wodzie, kalicyt. Wszystko inne wygląda podobnie, oczywiście oprócz roślin, zwierząt i nocnego nieba. Największym miastem na Epoh jest Lapal. Liczy sobie ponad 50milionów ludzi ściśniętych w jedną, wielką kupę, w tym mnie. Mam 16 lat epohowych. Od kilku miesięcy (jest 17 miesięcy, w każdym z nich 41 dni) jestem pełnoletnia. Uczę się ostatni rok na uczelni, która ma mnie przygotować na odkrywcę kosmosu. Poszukiwacza nowych planet. Podróżnika nieodkrytej przestrzeni.
     Lecę właśnie na miesiąc do Rawr, miasta na Traeh, na spotkanie z profesorem kosmopologii o dziwnym nazwisku, niemniej ważnym w swoim świecie. Uniwersytet wynajął mi pokój w jednej z międzyplanetarnej sieciówce hoteli. Wybrali mnie do takiego zaszczytu, gdyż wygrałam losowanie wśród najlepszych uczniów. Mijam właśnie Księżyc ziemski. Jest piękny. Na pozostałych koloniach jest kilka księżyców, jednak żaden nie dorównuje swoją prostotą i wdziękiem z tym tutaj. W jednym słowie - majstersztyk.
     Po trzech ziemskich godzinach ląduję na lotnisku w Rawr. Po kolejnej godzinie jazdy w zatłoczonym mieście kładę się na wielkim łożu w swoim pokoju. Pośpię sobie trochę.
     Budzę się po niecałej godzinie (treahowska godzina liczy sobie 75 minut ziemskich). Postanawiam udać się na spacer, najpierw jednak się przebieram. Moda różni się na Traeh od tej na Epoh. Królują tutaj stroje kolorowe, wielkie, bez żadnych granic. Zakładam więc czerwone spodnie, czarną bluzkę i narzucam na ramiona czarny sweterek. Za bardzo nie przywiązuję wagi do mody. Brązowe włosy rozpuszczam, które opadają mi na plecy. Są dosyć długie. Wsuwam jeszcze na stopy czarne botki i wychodzę.
     Rawr to ogromne miasto. Są tutaj ogromne budynki, ogromne drapacze chmur, ogromne samochody, ogromne wszystko. Wysokie na kilometr budowle zbudowane są niemal całe ze szkła. Odbijąją się w nich lekko różowe niebo, obłoki chmur i inne szklane totemy. Urzekli mnie zwłaszcza kolorowi traehanie. Różnią się oni od człowieka. Mają większą głowę i dłuższe kończyny. I kolorowe włosy od urodzenia. Ubierają się na kolorowo, wierzą, ze odgoni to od nich kinrepów, małych i podstępnych stworków, łudząco podobnych do ludzi.
     Przysiadam się na ławce do jednego z nich, tęczowego od góry do dołu. Czytał coś. Zezował na mnie i odszedł. No nic. Traehanie są kolorowi, ale w duszy nie bardzo.
     Siedzę więc sama i rozkoszuję się ostatnimi tego dnia promieniami Kinz, inaczej Słońca. Twarz zwróciłam ku niemu, przymknięłam oczy. Jest mi tak dobrze i przyjemnie... Nigdy nie pomyślałabym, że w najbliższym czasie miejsce będą miały tak okropne zdarzenia.

sernik Ola
 26 grudnia 2015 roku, godz. 17:36

Zrobię tak, że się pomieści. :)

sernik Ola
 26 grudnia 2015 roku, godz. 17:31

Że takie słabe, że się nie zmieści?

sernik Ola
 26 grudnia 2015 roku, godz. 17:21

Okaże się w drugiej części