1 marca 2010 roku, godz. 16:55 5,7°C

ucieczka w nieznane

część 1

- Gdy brakowało mu słów, podchodził do okna i na zaparowanej szybie rysował dla mnie serce. Robił to każdej zimy - pomyślała, patrząc w okno w sypialni.
Szczęśliwe, zgrane małżeństwo. Któż mógł przypuszczać, że ich losem zawładnie przypadek? Ona... Pełna szyku i elegancji. O uwodzicielskim spojrzeniu. Nie widziała świata poza swoim mężem. Do czasu. A ten płynął nieubłaganie i przynosił niespodzianki. Nie zawsze najszczęśliwsze. Podróżując koleją losów, człowiek nuży się monotonią. „Kocham. Tęsknię. Serca na szybie...” Gesty. To tylko gesty, które z początku wznoszą ponad wyżyny, a później są przyjmowane bez większego wydźwięku. Sprawiają, że człowiek jak w trybiku... Machinalnie wykonuje czynności.
Podobne myśli miała Anka, patrząc na swój związek. Zdrada przyszła z łatwością. Stała się jej przyjaciółką, na ten jeden wieczór, który będzie ciężkim brzemieniem w przyszłości. Kryzysu w małżeństwie nie można leczyć przez seks z obcym mężczyzną. Nic nie usprawiedliwia zdrady. Ona tylko zwielokrotnia problem i staje się drzazgą, która kłuje nie tylko sumienie.
- Mężczyzna idealny. Przystojny, pełen klasy, z błyskiem w oku i intrygującym dołeczkiem w policzku. O głosie męskim, twardym a zarazem kuszącym. Szatyn. O brązowych oczach. Gentelman w każdym calu. Dociekający rzeczy banalnych. W jego spojrzeniu każda kobieta była ważna, interesująca, piękna. - wyliczała w myślach, wracając do wieczoru, który stał się rozpadem jej związku.
Nie zdziwiła się, że nie spytał o obrączkę. Nie zastanowiła się nawet przez moment, co on tutaj robi. Rozmawiali ciągle o niej: Kim jest. Co robi. Dlaczego siedzi tutaj samotnie.
W czasie rozmowy niby przypadkiem dotknął jej ręki. Niby nieśmiało szepnął na ucho komplement. Niby niewinnie złożył pocałunek na jej policzku. Serce przyśpieszyło swój puls. Iskrzyło... Tak niewiele było trzeba, by wzniecić płomień. Jeden krok. Oddała się w zapomnienie. Jego ciepły oddech paraliżował jej ciało. Oddechy rytmicznie współgrały. Nawzajem szukali najczulszych punktów. Szybko... Wolno... I jeszcze... Blask księżyca tulił ich swym światłem. Jęki... Noc, dzień... Nic już nie było ważne. Byli ponad problemami. Ponad szarym życiem...

Patrzył na osuszone promieniami słońca okna. Nie było już śladów po narysowanych znakach i pisanych z uczuciem literach. Wyparowała osadzona na szybach wilgoć, tak jak miłość, która miała trwać wiecznie. Wyciągając powoli z szafy wieszaki ze swoimi ubraniami, jeszcze raz przyjrzał się garniturowi, który miał na sobie w dzień ślubu. Ręką wyjął resztki ryżu sypanego na szczęście.
- Czy tak wygląda szczęście? Jeśli tak, to czemu wszyscy o nim tak marzą...
Wyciągnął zaschnięty kwiat herbacianej róży z butonierki, przewiązany białą kokardą. Chwilę obracał w palcach, patrząc na niego wilgotnymi oczami, później rzucił w kąt. Upadł na ziemię, rozsypując się na drobne kawałki. Tak jak jego życie.
- Dlaczego? - ciągle zadawał sobie to pytanie, ale nikt nie udzielał odpowiedzi.
Nie wiedział, dokąd jedzie samochodem. Po prostu jechał. Przed siebie. Byle dalej. Choć... Wystarczyłoby tylko jedno słowo: „Zostań.”
Zatrzymał się nasłuchując.
Cisza...

W milczeniu patrzyła, jak wchodzi do sypialni z walizką. Chciała coś powiedzieć. Lecz nie mogła. Nie potrafiła spojrzeć mu w oczy. Siedziała samotnie w kuchni, robiąc sobie herbatę. Z pokoju dochodziły dźwięki wyjmowanych ubrań.
- Żyj chwilą - przypomniały jej się słowa przyjaciółki.
- Tamtej nocy żyła chwilą - pomyślała. - I ta chwila zniszczyła mi życie.
Bierna do samego końca. Nie zrobiła nic, by go zatrzymać. Wyszedł. Nawet na nią nie spojrzał.
Obserwowała z mieszkania jego samochód. Widziała, jak pakuje walizkę do bagażnika. Jak zatrzymuje się przed drzwiami. Jakby się wahał... Nie był do końca pewien... Po czym odjeżdża. Pozostawiając pustkę.

życie ty podły zdrajco
plątasz naszymi drogami
tak że nie mamy szans iść prosto
kluczymy szukając kwiatu szczęśliwego
ścierając krew z podrapanej twarzy
i wyciągamy ciernie z serca
nie ma kwiatu szczęścia
życie ty podły zdrajco
kochamy cię

Zmierzchało już, gdy Andrzej zaczął uważniej rozglądać się po okolicy zza szyb samochodu. Teraz dopiero zdał sobie sprawę, że ciągle jechał autem.
- Gdzie ja jestem? - mówił na głos do siebie, szukając w mijanych widokach czegoś, co pozwoli mu określić miejsce, w którym się znalazł. Nie wiedział. Nie poznawał nic. Ręką szukał za swoim siedzeniem, gdzie przeważnie znajdowała się jakaś butelka z piciem. Miał język i usta tak suche, że każde wymawiane słowo, stanowiło dla niego bolesne doświadczenie. Pusto. Nie ma nic do picia.
Na wielkiej białej strzałce widniał napis: Zajazd narciarski „Łysa Góra”. Po chwili dobijał się do drzwi, zamkniętych na cztery spusty.
- Hallo! Czy ktoś tu jest?
- Czemu pan tak się dobija? Przecież jest napisane, że czynne tylko w sezonie, gdy chodzą wyciągi na zboczu Łysej Góry - te słowa płynęły z ust starszej, bardzo zadbanej kobiety.
- Proszę pani... - powiedział. - Ja tylko chcę szklankę wody.
W salce wyłożonej surowymi deskami z oflisem, panował lekki chłód. Kazała mu usiąść przy barze i chwilę poczekać. Z zaplecza dochodził stuk naczyń kuchennych i gwiżdżącego czajnika. Patrzył na twarz tej kobiety. Miała bardzo ciepły wyraz oczu. Taki matczyny. Ona też mu się przyglądała przez opary herbacianego płynu.
- Pan jest nietutejszy. Zagubił się pan. W pana oczach... Widać jak bardzo się pan zagubił - mówiła powoli, delikatnie bujając swym ciałem na wysokim krześle.
Po twarzy Andrzeja zaczęły płynąć łzy. Najpierw powoli. Potem już w sposób niekontrolowany. Ciągle nie wiedział, dlaczego to wszystko się działo. Dlaczego nikt nie powiedział: „Zostań.”

Wypijając do końca herbatę, zostawiła brudny kubek w kranie. Sama natomiast usiadła na kanapie w salonie.
- Odszedł - przemknęło jej przez myśli.
Wpatrywała się w przestrzeń mieszkania, którą z upływem chwil pochłaniał mrok.
Wzięła długi urlop w redakcji. Miała wyjechać... Odpocząć. Nabrać energii do pracy. Przyjechać z materiałem na pierwszą stronę... Teraz? Nie miało to sensu. Bezradność chwyciła ją w swe szpony i nie opuszczała przez kilkanaście dni. Jej dom stał się fortecą żalu i smutku. Świat? Nie miał znaczenia. Co za różnica, czy zdobyto 1 czy 4 miejsce w Olimpiadzie... Co za różnica, że zginął kolejny pijany kierowca... Co za różnica...
Kiedy wpada się w otchłań rozpaczy, cóż obchodzi nas obcy świat... Skoro ten mój, znany, do którego przyzwyczaiłam się od urodzenia, znika z powierzchni ziemi w gruzach i cierpieniu dwojga ludzi.
Noc zlewała się z dniem. Minuty upływają w ślimaczym tempie. Człowiek jest wstanie powiedzieć, że cierpi na weltschemerz, uznając się za bohatera powieści Goethego.
W takiej samotni, z postawami nazbyt przerysowanymi tkwiła Anka przez kilka dni. Przez głowę przechodziła tylko jedna myśl. Przedzierała się przez żyły, krążyła w obiegu, wydostawała się na światło dzienne pod postacią łez. I milczała w głuchym "odszedł".
- Czy było warto? - pytała samą siebie.
- Nie było - padała odpowiedź znikąd i znikała w głąb mieszkania.
- Muszę coś zrobić - postanowiła ocierając łzy dłonią. - Muszę - powtórzyła szeptem, przerywają kilkudniową ciszę.
Wstała. Z półki ściągnęła dawno nieużywany telefon. Komórka jednak była wyładowania. Podłączyła ją do prądu i włączyła ponownie. Po kilku minutach jej skrzynka była zapełniona wiadomościami.

____________
weltschmerz - ból istnienia
Goethe - autor „Cierpienia młodego Wertera”, który cierpiał na weltschemrz, a w ostateczności popełnił samobójstwo z miłości.

eyesOFsoul Kaś(ka)
 10 czerwca 2010 roku, godz. 23:10

:)))

jendza Madzialena
 5 czerwca 2010 roku, godz. 15:19

Jakże mi brakowało przeczytania czegoś Twojego Kasiu:)
Ten styl, jest nieziemski, każde słowo pasuje do poprzedniego następnego, wszystko pasuje do siebie:)

I ten nastrój, cudownie potrafisz stwarzać klimat.:)

Skaczę do następnej części, bo wciągasz jak czekolada :)

eyesOFsoul Kaś(ka)
 2 marca 2010 roku, godz. 17:40

Dziękuję za uwagę Papirusko...
Właśnie tego zdania szukałam :)
Zaraz zmienię i dodam część 2.

malagwiazda Luk
 2 marca 2010 roku, godz. 14:27

Przypadkowo przeczytalem. Podoba mi sie. Ciekawe co dalej? Czekam na druga czesc. Pozdrawiam

eyesOFsoul Kaś(ka)
 1 marca 2010 roku, godz. 21:05

Tekst ma ponad 8 tysięcy słów, więc zadźgano by mnie, gdybym ot tak wrzuciła całość.
Poza tym... Im dłużej go czytam, tym bardziej mi się nie podoba i zmieniam, dopieszczam, dodaje przecinki :D

A do Ciebie, rzecz jasna wpadnę - jak znajdę natchnienie, na czytanie ;)

skubson tomek
 1 marca 2010 roku, godz. 19:20

Jestem zbulwersowany zły i wkurzony na.... to że pierwsza część była taka krótka ;) czekam na wiecej bo zapowiada się ciekawie .

ps. zapraszam do mnie :)