2 marca 2010 roku, godz. 17:43 16,3°C

ucieczka w nieznane

część 1 http://www.cytaty.info/opowiadanie/czesc2/1

część 2

Sezon zaczyna się już za kilka dni. Teraz po pierwszych opadach śniegu i gdy temperatura spadła tak mocno poniżej zera, mogą pracować armatki śnieżne.
- Myślę, że już w następną sobotę będziemy mieli pierwszych gości - mówiła pani Wiesia, mocniej otulając się puszystym kocem z wizerunkiem milutkich kociaków.
Andrzejowi też zrobiło się chłodno. Teraz dopiero zauważył, że szyby w zajeździe są całkiem zamarznięte. Podszedł do okna i dotknął palcem mrozowego witrażu. Miał ochotę coś narysować, ale czuł, że nie potrafi. Dotknął rury biegnącej do kaloryfera. Zimna. W samym pomieszczeniu też było zimno, a mimo to, czuł panujące tu ciepło. Takie inne ciepło...
- Pojadę już. Bardzo dziękuję za gorącą herbatę. - Andrzej podszedł do pani Wiesi, by podać jej dłoń na pożegnanie.
Stał przed nią z wyciągniętą dłonią, a ona patrzyła w jego smutną twarz. Nie tylko ona wpatrywała się w niego. Robił to też wypchany trocinami lis i jastrząb myszołów siedzący na kawałku gałęzi przykręconej do ściany.
- Jeśli nie chcesz i nie musisz, to nie jedź. Po śmierci męża mieszkam tu sama. Na sezon przyjeżdża syn z Wrocławia i pomaga mi poradzić sobie z obsługą zajazdu, wynajmujemy też pracowników sezonowych. Jeśli nie musisz jechać, to zostań - słowa tej kobiety dźwięczały w uszach Andrzeja.
Przecież jeszcze kilka godzin temu tak bardzo chciał je usłyszeć. „Zostań.” Może jeszcze jego życie nie jest do końca stracone? Wstawili jego samochód do garażu. Potem zapalili w kominku. Później jedząc kolację przy małym stoliczku, milczeli zastanawiając się nad tym, co będzie dalej. Jeszcze nigdy kilkudniowy chleb i jakieś parówki nie miały takiego smaku
jak teraz. Postanowili, że Andrzej będzie pracować w zajeździe w zamian za wikt i opierunek, i jakieś niewielkie pieniądze na swoje wydatki. Dostał pokoik na poddaszu. Może niezbyt wielki, ale za to z pięknym widokiem na trasę zjazdową i bardzo ciepły, z racji swojego usytuowania przy kominie.
- Gdzie ja podziałem swój telefon? - znowu mówił do siebie przeszukując kieszenie.
- Chyba został w samochodzie. Jutro go znajdę - pomyślał. - I tak pewne nikt nie zadzwoni.

Mrok drapał już w szyby. Na ulicach robił się spokój. W oknach sąsiednich bloków zaczęły zapalać się światła. Anka usiadła na parapecie z popielniczką i papierosem w dłoni. Rzuciła palenie w dniu ślubu. Czasami tęskniła za tym nałogiem. Lubiła zapach dymu, który unosił się w powietrzu. Był niczym mgła. Osaczał. Uspokajał. Przypominając sobie dawne czasy zapaliła. Powietrze było szorstkie. Wieczory z dnia na dzień stawały się mroźniejsze. Z oddali czuć było nadchodzącą zimę.
Spojrzała na telefon. Po odebraniu kilku wiadomości z redakcji, od Magdy - przyjaciółki, i brata, rzuciła komórką w kąt. Nie zadzwoniła, tak jak prosił ją o to brat i nie wysiliła się, by odebrać pocztę z nowym tematem artykułu.
- Magda... - szepnęła, jakby to imię było magicznym zaklęciem.
- Chyba powinna z nią porozmawiać - pomyślała, zeskakując z parapetu.
***
- Chcesz mi powiedzieć, że przespałaś się z tym fagasem, nie widząc jak się nazywa, gdzie mieszka i w dodatku ze skruchą poleciałaś do swojego męża, by mu się z tego wyspowiadać? - gdyby wzrok Magdy mógł zabijać, Anka już po pierwszych słowach powinna nie żyć. - Czyś ty na głowę upadła? - kontynuowała dalej. - Dlaczego, dlaczego do cholery jasnej nie przyszłaś z tym do mnie? Wyprowadził się? - to ostatnie, było raczej stwierdzeniem niż pytaniem skierowanym w stronę winowajczyni.
- Na drugi dzień. Spakował walizkę i odjechał. Z tego, co wiem wziął sobie L4. Nikt z jego znajomych nie wie gdzie jest. Gdy do niego dzwonili mówił, że musiał wyjechać i się rozłączał. Myślisz... - ściszyła głos Anka. - Myślisz, że on mi kiedyś wybaczy?
- Słońce - powiedziała hardo Magda. - Z tego, co mówisz, ty z nim w ogóle na ten temat nie rozmawiałaś. On wie tylko tyle, że go zdradziłaś, że przespałaś się z innym facetem, i nie zrobiłaś nic, kompletnie nic, by go zatrzymać. Mówi się, że kobieta wybacza, ale nie zapomina... A on? Może jest w nim pierwiastek kobiecości? - zażartowała Magda, by rozluźnić panującą atmosferę. - Musicie porozmawiać. On cię kocha. Ty zresztą też go kochasz. Nie widzisz świata poza nim. T w o j a z d r a d a nie może przekreślić kilku lat małżeństwa. Musisz się jednak liczyć z tym, że on mógł stracić do ciebie zaufanie. Nigdy, słyszysz? Nigdy nie będzie tak jak przedtem. I nie licz, że słowo przepraszam i zostań odbudują to, co zniszczyłaś. Porozmawiaj z nim. Bo chyba o tym zapomniałaś.
- Tak... Dziękuję... - powiedziała Anka, smutno patrząc w szarą przestrzeń. W tym samym czasie Magda szukała czegoś w swoim notesie.
- Masz - powiedziała, dając Ance jakąś kartkę papieru. - Muszę już lecieć - rzuciła, całując ją w policzek. - Zastanów się nad tą historyjką - dodała, znikając z kawiarni.

"Jej miłość do mnie była, jak rezerwacja stolika w kawiarni na rogu. Natknęliśmy się na nią przypadkiem, gdy zgubiliśmy drogę do domu. Był wtedy pochmurny wieczór. Lampy swym światłem dawały znać, że czas szukać drogi powrotnej, albo wybrać miejsce na spędzenie wieczoru poza domem.
Owa herbaciarnia - bo tak zaczęliśmy na nią mówić - była małym, przytulnym lokalem. Miała w sobie pewien urok. Klimat, który przyciągał nas do niej. Wchodząc do środka czuć było aromat wanilii. A nad głowami cichutko szemrały dzwoneczki. Ściany pokryte były cegłami. Posiadały też wnęki, w których właścicielka lokalu trzymała swoje impresjonistyczne obrazy. Podłoga lekko skrzypiała. Sufit pokryty był drewnianymi belkami. Blade światło wydobywało się z świec, które ustawiono na każdym stoliku. Stoliki były drewniane, o kształcie kwadratowym, w kolorze dojrzałego wina. A zamiast krzeseł znaleźliśmy fotele, pokryte kwiecistym materiałem.
Zakochałem się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia.
W tej herbaciarni spędzaliśmy razem cudowne chwile naszego małżeństwa. Omawialiśmy problemy. Rozterki. Co powinienem kupić teściowej na imieniny. Jak na imię damy naszemu dziecku...
Jednak pewnego wieczoru natknęliśmy się na tabliczkę z napisem NIECZYNNE.
Od tamtego czasu nasz związek jakby zubożał. Zabrakło w nim magii. Po kilku dniach zburzono budynek, w którym znajdowała się kawiarnia. Po miesiącu na jej zgliszczach zaczęto budować kolejny supermarket.
Nie zauważyłem, kiedy moja własna żona stała mi się obca. Kiedy przestaliśmy omawiać wspólnie problemy. Po pół roku zażądała rozwodu.
Jeszcze długo przychodziłem w tamto miejsce, w poszukiwaniu naszej herbaciarni. Wydawało mi się, że gdy znajdę ten lokal, odnajdę miłość, jaką zostawiła dla mnie moja żona... W tamtym kącie, na tamtym stoliku."

"Przestaliśmy omawiać wspólne problemy..." - To zupełnie jak my - mówiła do siebie Anka, płacąc rachunek. Wychodząc z kawiarni, kartkę schowała do kieszeni, a w torebce zaczęła szukać kluczyków. Nie spostrzegła jednak, nadjeżdżającego Vana z naprzeciwka. Kiedy podniosła głowę, było już za późno...

przyszłość
jak mury Atlantydy utonęła
w odmętach
niespełnionej miłości
mknąc przez kosmos zdarzeń
wiem że cel już nie istnieje
mimo to mknę

Nie wiem, po co pani Wiesia ustawiła na nocnej szafce Andrzeja budzik, on nie spóźniał się. Trwał zawieszony pomiędzy rozpaczą a wspomnieniami. Wstawał bardzo wcześnie. Rozpalał w piecu, potem z wielką pomarańczową łopatą przygotowywał dojazd i miejsca na parkingu. W tych porannych chwilach towarzyszyła mu suka. Pięknie wyrośnięta i ułożona dobermanica pani Wiesi. Trochę był o nią niespokojny, gdy mknęła ogromnymi susami w pobliskie oszronione zarośla, płosząc przy tym wrony, śpiące na konarach rosłych jesionów. Później śniadanie w towarzystwie szefowej i jej syna, który wziął sobie urlop trochę wcześniej, by pomóc matce. Dziś na stole pojawiły się gorące tosty z twarogiem ziołowym.
- Tak... - pomyślał. - W domu, który właśnie zniknął z mapy świata, często na śniadania były tosty z twarogiem.
Oczami wyobraźni zobaczył ręce jeszcze niedawno jego Ani, nakładające białą masę na gorące pieczywo, a potem te kochane usta, w których ginęły grzanki z chrupiącym odgłosem.
Wstał bardzo szybko od stołu i pośpiesznie wyszedł na mroźne powietrze. Wstydził się swoich łez i tak wielkiej bezradności. Te łzy bardzo często do niego wracały. Wystarczył jakiś drobny szczegół, jakaś para idąca ze śmiechem za ręce, czy leżąca na stoliku „Chwila dla Ciebie” tak chętnie przeglądana przez Annę.
- Widzę, że nie możesz sobie poradzić ze sobą - głos Wiesi wyrwał go z zamyślenia.
- Jak ona tu się zbliżyła, że nic nie słyszałem? - zapytał w myślach.
- Nie mogę. I muszę coś z tym zrobić - poczuł rękę gospodyni na swoim ramieniu. Potem poszedł powolnym krokiem do swojego samochodu w garażu. Nie chciał jeszcze odjeżdżać z zajazdu. Ze schowka wyciągnął swój telefon i przeczytał raport.
„Masz nieodebrane 14 połączeń.”
Przeleciał szybko po imionach tych, którzy dzwonili.
- Maciek pewnie coś chce, bo dzwonił trzy razy. I z pracy, pewnie nie wiedzą, co się ze mną dzieje. No i Monika z redakcji Ani. Ona zawsze musi się wszystkiego dowiedzieć. Dalej dwa połączenia od Magdy, najlepszej kumpeli mojej żony. Na końcu listy jakiś trzykrotnie powtarzający się numer stacjonarny.
- Co to jest? - Podświadomie wcisnął opcję połącz. Przyłożył telefon do ucha:............
- Słucham. Szpital miejski - odezwał się głos w słuchawce.

Jak to się stało, że znalazła się w białej sali? Nie wiedziała. Tak jak nie potrafiła sobie przypomnieć ostatnich 24godzin. Czuła się dziwnie lekko. Jakby nie istniała. Słyszała jakieś głosy. Niewyobrażalnie dużo głosów. Zewsząd. Lecz z trudem rozpoznawała słowa. Nic nie układało się w zdania. Stała tak pośrodku niczego, nie wiedząc, co ma zrobić.
Zaczęła ogarniać ją panika. Bo to, co się działo, to nie był sen. Gdzie była? Kim była? Jak tu się znalazła?
Pytania rodziły się z każdą minioną sekundą, a ona nie znajdowała na nie odpowiedzi.
- Anna... - szepnęła znienacka.
- Kim jest Anna? - pytała samą siebie.
- Moją córką? Siostrą? Matką? Kim jest Anna? - Zaczęła uporczywie szukać w pamięci obrazów, śladów, znaków, sygnałów...
Była niczym dziecko, które chce za wszelką cenę ułożyć puzzle. Po dłuższym czasie ów puzzle zaczęły do siebie pasować. Słowa układały się w zdania. Obrazy tworzyły film. Ślady oraz znaki dodawały kolorów i znaczeń. W końcu wróciła też i pamięć. To ona była Anną. Była? A może nadal jest?
Nagle nicość zawirowała. Jakimś niezwykłym sposobem znalazła się przed zajazdem narciarskim Łysa Góra. Zobaczyła swojego męża, który powolnym krokiem zbliżał się do garażu. Jego smutna twarz wyrażała wielki ból.
Cierpiał.
- Andrzej! - krzyknęła Anka podbiegając do niego.
On jednak nie mógł jej słyszeć, ani widzieć. Jej krzyk stał się pusty. Cichy. Mały. Trwało chwilę zanim zrozumiała, co się zaraz stanie.
- Wypadek... - rzuciła z przerażeniem, patrząc jak Andrzej wyciąga telefon ze schowka.
Widziała jak jego twarz pochmurnieje, oczy napełniają się rozpaczą, a komórka jak w zwolnionym filmie spada z łoskotem na asfalt. Dotykała jego ramienia. Ocierała łzę z policzka. Przeczesywała jego włosy palcami. Tymi gestami chciała wyrazić, że wszystko będzie w porządku. Bo przecież jeszcze nie umarła. Żyła, prawda?
Czuła jak zniszczony przez nią jego świat, rozpada się jeszcze bardziej. Na milion drobnych kawałków. Widać tylko... Ruiny. Gruzy. Zgliszcza. A to wszystko takie namacalne. Nasycone ludzkim cierpieniem. I w tej nieziemskiej chwili poczuła, jaką ogromną miłością, darzy ją jej mąż. Bo przecież wystarczyło zamknąć oczy. Zrozumiała swoje zaślepienie. Zaczęła zauważać błędy. Swoje zdawkowe odpowiedzi, że "w pracy bez zmian" a "urlop spędzą gdziekolwiek, byle nie w tym mieście". Ich małżeństwo stało się rutyną. Prezenty przestawały zaskakiwać. A czułość nie była już tak namiętna, jak przed laty.
Dlatego zdradziła. Dlatego on się wyprowadził. Dlatego spotkała się z Magdą. Dlatego nie spostrzegła nadjeżdżającego Vana.
Ziemia zadrżała. Andrzej zniknął. Stała się ciemność. Znów zaczęła słyszeć głosy. Coraz wyraźniej.
- Budzi się - usłyszała z oddali.

chwile biegnące spadają w dół
rozbite na dnie
zatrzymują czas
zmieszane drzazgi
miłości
rozpaczy
żalu
zmieszane w jedną łatwopalną masę
Kopciuszek potrafi to wszystko rozdzielić
ale czy to nie jest tylko bajka

Na szklących się ulicach panował wzmożony przedświąteczny ruch. Sznur samochodów poruszał się w żółwim tempie i na nic były nerwowe klaksony czy próby wyprzedzenia kogokolwiek. Gdzieś w tym niekończącym się rzędzie aut, biała astra Andrzeja. Trzymając bardzo mocno kierownicę, wpatrywał się w niewidoczny jeszcze cel swojej podróży.
- Boże Wszechmogący, pozwól bym dojechał nim ją zabierzesz. Nie każ, by tak skończyło się to wszystko. Pozwól mi jeszcze raz uścisnąć jej rękę i popatrzeć w te oczy, które tak kocham.

Za szybą, w beżowym pomieszczeniu izby przyjęć, siedziała podstarzała pudernica.
- Kim pan jest dla tej pani? - zapytała, przewracając jakieś papiery na biurku.
- Jak to kim? Jestem jej... - na chwilę zawiesił się jego głos. - Jestem jej mężem. Nie widzi pani?
- Na czole nie ma pan tego napisane - odparła.
W Andrzeju zaczęła wzbierać złość, ale z całych sił powstrzymywał się, by jeszcze bardziej nie komplikować i nie przedłużać formalności.
- Tu ma pan przepustkę. Proszę ją podbić u lekarza dyżurnego na oddziale i przy wyjściu oddać ją mi. Pokój 276. Drugie piętro. Intensywna terapia.
Nie mógł doczekać się na windę. Biegnąc po dwa stopnie błyskawicznie pokonał te dwa piętra.
- Pan do kogo? - zapytała pielęgniarka na korytarzu oddziału.
- Wczoraj przyjęliście kobietę z wypadku. Gdzie ona jest?
- Proszę tu usiąść powiem lekarzowi, że pan przyszedł.
Każda sekunda oczekiwania wyciągała się do niebotycznych rozmiarów. Wstawał, robił kilka kroków. Potem znowu siadał. Potem znowu wstawał...
- Pan jest mężem Anny R.? - zapytał szpakowaty mężczyzna w zielonym kitlu bardzo uważnie przyglądając się zdenerwowanej twarzy Andrzeja.
- Tak! - powiedział chyba za głośno, po czym dodał. - Co z nią? Czy ona żyje?
- Niech się pan uspokoi. Żyje. Ale widzi pan sprawa nie jest taka prosta. Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, by przywrócić jej pełną sprawność. Wszystko jest bardzo świeże i musimy czekać cierpliwie. Za kilka dni... - Andrzej słuchał słów lekarza, ale one wcale do niego nie docierały. Biegały gdzieś wokół odbijając się od ścian i sufitu, czasem od wózków z kolacją dla pacjentów.
- Czy mógłbym się z nią teraz zobaczyć? - zapytał już lekko spokojniejszy.
- Może ją pan zobaczyć, ale ona w tej chwili śpi po zabiegu. Nie zobaczy pana. Proszę ubrać fartuch i pójdę z panem na oddział.

Trudno było rozpoznać w tej postaci za przezroczysta zasłoną Ankę. Na zabandażowanej głowie i twarzy widoczne były tylko małe otwory. Można było się domyśleć, że to oczy, nos, usta. Ale i tak poznał jej dłonie, delikatne smukłe kiedyś pieszczące jego plecy, teraz leżały bezwładnie na białej pościeli...
Patrzał na nie powtarzając w myślach.
„Wybacz mi Aniu.”

eyesOFsoul Kaś(ka)
 3 marca 2010 roku, godz. 14:02

Ależ proszę mi pisać przez "Ty".

A zamieszczony tekst - znam. Koleżanka kiedyś przyniosła mi go (chyba trochę w szerszej wersji), pamiętam, że wtedy chodziłam po szkole taka... Osowiała.
Bo to było inne. Szlachetne.
Człowiek zastanawiał się - jak to możliwe. Jak wielka musiała być ta miłość.

A teraz ta historia znów porusza, ale rozważam ją w innym świetle. Jak czuła się ta dziewczyna...

Dziękuję za komentarz.

eyesOFsoul Kaś(ka)
 3 marca 2010 roku, godz. 11:43

Ojj... Odkupię Ci tę myszkę.
:P
Kocie :D

marta0208 Marta
 2 marca 2010 roku, godz. 22:26

Super opowiadanie ;D bardzo wciąga :)

marta0208 Marta
 2 marca 2010 roku, godz. 22:26

Super opowiadanie ;D bardzo wciąga :)

marta0208 Marta
 2 marca 2010 roku, godz. 22:26

Super opowiadanie ;D bardzo wciąga :)

marta0208 Marta
 2 marca 2010 roku, godz. 22:26

Super opowiadanie ;D bardzo wciąga :)

marta0208 Marta
 2 marca 2010 roku, godz. 22:26

Super opowiadanie ;D bardzo wciąga :)

marta0208 Marta
 2 marca 2010 roku, godz. 22:26

Super opowiadanie ;D bardzo wciąga :)

eyesOFsoul Kaś(ka)
 2 marca 2010 roku, godz. 21:26

Tutaj zanim odniosę się do uwag, muszę obronić tę część opowiadania, wracając do genezy jej powstania.
Kiedy wklejam cząstki tego opowiadania czuję się, jak morderca, ponieważ całe to opowiadanie jest oparte na punkcie widzenia dwóch osób:
- Anki - którą, ja jako, że jestem kobietą, wykreowałam,
- i Andrzeja - którego wykreował Dionizy (jego imię w realu, brzmi Narcyz)
pomysł powstania tego opowiadania zaczął się przypadkiem. Dionizy na portalu, który stał się moim drugim domem, dopisał do cząstki mojej - w [...]

skubson tomek
 2 marca 2010 roku, godz. 19:14

Przeczytałem drugą część i jestem troche zawiedziony. Zawiedziony ponieważ ta druga część nie ma dla mnie tego czegoś.. nie wiem jak to określić.. ale brakuje mi w tym opowiadaniu czegoś.. czego nie jestem wstanie na razie powiedzieć.

A teraz pare uwag :
1) jeżeli coś wymieniasz w celu podkreślenia.. to wystarczą dwa słowa. np
Ruiny. Gruzy. Zgliszcza.

2) Jeżeli opisujesz jakąś sytuacje i robisz to w paru zdaniach następujących po sobie jak np tutaj :

Czuła się dziwnie lekko. Jakby nie istniała. Słyszała [...]

eyesOFsoul Kaś(ka)
 2 marca 2010 roku, godz. 18:05

* Patrzył na nie, powtarzając w myślach.

Nie mogę edytować opowiadania z niewiadomych mi względów. Więc z góry przepraszam za niedociągnięcia.