17 września 2011 roku, godz. 7:15

Utreus

Czas minął strasznie szybko. Ale teraz czas nie miał żadnego znaczenia. Teraz, gdy wszystko miało się zacząć. Przygoda, która zaczyna się bardzo niewinnie. Jak młody ptak, przygotowujący się do swojego pierwszego lotu. Ostrożnie, zachęcany trącaniem i pomrukiwaniem przygotowuje się do wzbicia się w przestworza. Obydwie się do tego przygotowują. Powoli i nieśmiało rozwijają skrzydła. Cieszą się widokiem. Cieszą się także ze swojego zdecydowania. Wspólnie zanurzają się w otchłań, która ogarnia je całkowicie. Lot w początku jest dosyć niewyraźny, chaotyczny. Ale nie potrzeba wiele, nie potrzeba dużo by odkryć siebie nawzajem. By dopasować się do siebie. Scalić ruchy, by przypominały wielkiego łabędzia przemierzającego przestworza. Wiatr płatał figle. Opływał kształty, docierając w każdy zakątek, dostawał się pod piórka, wywołując gęsią skórkę. Orzeźwiał umysł. Ale jednocześnie potrafił ogrzać do granic możliwości, odpowiednio wykorzystany. A sam lot był piękny. Hipnotyzujący. W tych pełnych gracji ruchach kryła się bardzo piękna magia. A tymczasem im na tym nie zależało. Chciały jedynie wznieść się w przestworza i cieszyć się z samego faktu. Wznosiły się coraz wyżej i wyżej. Wyżej. Wyżej! Dotarły na szczyt. Do najwyższego punktu, do którego da się tylko dotrzeć. Stamtąd można już tylko opaść niżej. A więc zaczęły opadać. I opadały, aż pościel owinęła się wokół nich jak długie, białe węże, przechodzące przez najbardziej wygodnie miejsca.

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa Bonhart, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.