22 października 2020 roku, godz. 11:37 1,0°C

RETROSPEKCJA 4

Co jeszcze było naszym udziałem w pracach leśnych, nas dzieci w wczesnych kilkunastu latach, aż do 1989 roku, kiedy to zmieniliśmy system polityczny, gospodarczy i otworzyliśmy też puszkę Pandory do innego systemu religijnego i obyczajowego. Ano młodniki trzeba było przecinać. Nasadzenia kosiło się z traw i ziół przez kilka lat, a potem leśniczy pozwalali młodziutkim drzewom rosnąć. Szybko pojawiała się konkurencja dla młodych szkółkowych drzewek. Były to samosiejki brzóz, czeremch, dębów, klonów i wszelkich innych drzew. W ogóle część uczonych i leśników jest zdania, że nie powinno się obsadzać zrębu drzewkami ze szkółek, bo są słabsze od samosiejek i nieodporne na chorobę i szkodniki. Ale to się do dzisiaj słabo przebija u decydentów, pewnie przez interwencję lobby szkółkarskiego. Efekt, to łysienie na przykład Beskidów, bo lasy zniszczone przez kornika trudno na nowo nasadzić. Sadzonki ze szkółek nie dają radę w warunkach górskich, a tam gdzie właściciele serwitutów lub mądrzy leśniczy stawiają na naturalne odrodzenie lasu, to ten las odradza się samoistnie. Co wcale nie oznacza, że te czterysta milionów ton suchego drewna z Puszczy Białowieskiej nie trzeba było wywieźć. To jest katastrofa ekologiczna i tutaj interwencja leśników była konieczną. Wystąpienie ekologów i polityków przeciwko polskiej racji stanu i skarga do kołchozu, jak dla mnie są zdradą narodu i państwa.

No, ale w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku dostawaliśmy od leśniczego maczety i tasaki oraz siekiery i ruszaliśmy uwalniać te drzewa, które wcześniej kilka kilkanaście lat temu posadziliśmy od ich konkurentów, czyli wszelakiego samosiejstwa. Uczestnicząc w pielęgnacji upraw poznawaliśmy las. Znaliśmy każde drzewo, każde miejsce przy tym drzewie i to jak wszystko się zmieniało. Zaczęły wyrastać paprocie, sity, jeżyny, maliny, jagodziwie, grzyby. Wszystko to obserwowaliśmy. Wiedzieliśmy gdzie pojawiają się nowe stanowiska kurek, prawdziwków, kozaków czerwonych itd. Wszystko rosło wraz naszym dorastaniem w lesie. Była to fantastyczna kraina, nieco magiczna i odrealniona, nic więc dziwnego, że wrosłem w nią i mając 15 lat w roku 1983, nie chciałem jej opuścić i iść do innego życia, czyli kompletnie, ale to totalnie, jak opozycja dziś nie chce niepodległości Polski, tak ja nie chciałem iść uczyć się. Las był mi rajem.

Grzyby i grzybobrania? Nie, nie byliśmy jakimś herosami grzybobrań? Zbieraliśmy na własne potrzeby. Szukając pomysłów na kolację na przykład, w czasie przecinki mlodnika, czy przy nacinaniu sosen na żywicę, to nazbierało się koszyk podgrzybków lub wycięło jedną ogromną kozibrodę i wieczorem gotowało się sos. Kozibroda jest do dzisiaj pod ścisłą ochroną, ale jest zbyt smaczną, aby przejść obok niej nie zabierając jej do domu. Na szczęście lasy nie są jeszcze całkowicie monitorowanymi, a straży leśnej jest wciąż za mało, więc kizibrody wciąż mogą być uwielbiane przez ludzkie podniebienia. A poza tym? Robiliśmy jedną dwie konkretne akcje całą rodziną dziewięcioosobową i prawie wóz grzybów do domu przynosiliśmy. Jednym razem szły na suszenie, a drugim razem do słoików. Zimą więc przynajmniej raz w tygodniu był sos grzybowy do ziemniaków. Mama robiła mnóstwo słoików w ostrej i bardzo bardzo octowej zalewie. Były wyśmienite i przydawały się do rozlicznych imprez alkoholowych - odpusty, święta, prace polowe, sianokosy, omłoty i rozliczne imieniny i urodziny w rodzinie, u sąsiadów lub w pracy, no i ludzie się wtedy odwiedzali. Wieloosobowe wielopokoleniowe rodziny sprawiały, że urodzin i imienin coraz chrzcin, komunii było tyle, że w zasadzie rok w naszej leśnej osadzie przypominał karnawał, a dochodziły jeszcze wspólne spotkania przy darciu pierza. Tak więc zagryzki w postaci marynowanych grzybków było w setki słoików. Tak ludzie odwiedzali się. Teraz powoli się to odradza, mimo przepołowień i trójkątów nawet w rodzinie. Trochę grzybów suszyliśmy i wysłaliśmy do rodziny do Lublina. Nie zbieraliśmy na sprzedaż lub za darmo, aby wejść w tyłki nauczycielom lub lekarzom. Nawet nie mieliśmy na to czasu. Sąsiedzi zbierali na handel, ale ci, którzy nie pracowali w lesie, nie mieli pola i nie mieli bydła. Nie pamiętam, czy u nas był skup grzybów? Czy przetwórnia owocowo - warzywna skupowała grzyby? Nie pamiętam. Pamiętam tylko te sceny z województwa dzisiejszego lubuskiego, jak w 1980 roku brat chciał mnie ucywlizować i zabrał mnie na obóz harcerski do bodajże to się nazywało Węgrów i było w lasach nad jeziorem. Tam ludzie wozami kurki wozili do skupu. A dzisiaj niektórzy mają pretensje do Romów rumuńskich, że koczują w lasach koło Rymanowa i zbierają grzyby na handel. W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku grzybów było mnóstwo. Potem zaczęły wymierać. Ludzie twierdzili różnie. Że zręby, że DDT i kwaśne deszcze. Wraz grzybami zniknęły żmije, zaskrońce w latach osiemdziesiątych. Grzyby były, ale rydze zniknęły i kurki były rzadkością. Mieliśmy swoje miejsca, ale nie były powszednimi, choćby nie wiadomo jaki ciepły deszcz był i nie wiadomo jak ciepłymi i wilgotnymi były noce. A było pięknie przecież, gdy szedłeś 50 metrów od domu w las, a tam pod węgierkom wielką, która tam nie wiadomo skąd i przez kogo, ale pod nią gromadka rydzów i jeszcze kilka kań. No i śniadanie było albo kolacja.

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa fyrfle, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.