10 października 2020 roku, godz. 21:42

DOLNY ŚLĄSK (Eks excesy)

Ciężkie są warunki biometryczne do życia w październiku. Przerąbane jest. Czasem nie pomaga nawet kawa. Senność zwalcza moje działanie. I jeszcze te bóle w stawach, strzykanie w mięśniach i ogólna niechęć do kogokolwiek poza najbliższymi i do czegokolwiek, prócz ogrodu i wymasowania ci pleców. Zatem na przekór spaniu postanowiłem zadzwonić do Pierworodnego. Wcześniej czytałem o mających się zacząć blokadach rolników, bo wzięli kredyty i nagle ktoś im zniszczył życie. Popieram rząd i linczuje rolników i wieśniaków oraz ich matki, nauczycieli i księży. Rolnicy nie wiedzieli, że wzięcie kredytu na tak bestialski proceder, to sukinsyństwo i wręcz zboczona odmiana chciwości? Kłania się wychowanie. Pod pręgierz więc z ich rodzicami, nauczycielami i duchownymi. Dzwonię. Słyszę przeciągłe sygnały.

- Halo. Tak. Cześć.
- Co tam u Ciebie?
- Szaleństwo!
- Co zaś wykręciła?
- Zaprosiła doktorkę, tę wiesz, ze zboru protestantów prawdziwych i najsłuszniejszych, i do głowy dostaje. Odsuwa szafy, lodówkę i pucuje każdy kąt, bo przed tak mądrą i światłą osobą nie wypada zaprezentować kurzu i brudu.
- Spoko, luzuj, zawsze była jebnięta w tej sekwencji.
- Dobra, będę kończył, bo chcę bym jej pomógł. Zadzwonię, gdy się trochę atmosfera rozrzedzi.
- O kej, ale wątpię, aby zaprzestała tej dulszczyzny. One to mają z pokolenia na pokolenie. Trzymaj się i nie daj.

Powróciłem do swoich zajęć. Przede wszystkim musiałem sobie zrobić kawę. Ze trzy czubate łyżeczki, cukier i wrzątek. Dużo wrzątku. Dziś se wezmę duży kubek. I się będę długo delektował czytając Grzesiuka niebieskiego. A potem pójdę sobie do ogrodu pojeść sobie spadłych brzoskwiń. Zadzwonił ponownie Pierworodny tuż przed południem.

- No cześć, co tam na maminym froncie?
- Przedupcone! Przylazł wujek Lupo i teraz rozkminiają nowy ekspres, co go za pięć koła kupiła. Chce do popołudnia opanować parzenie kawy na trzynaście sposobów. Ja myślę, że zaraz zepsują ten ekspres. W każdym razie ubaw przedni. Ta od Dulskiej musi, że specjalnie z grobu wylazła i patrzy. Pewnie zaś sztukę napisze.
- No cóż wdpółczuję. Zawsze była pierdziulnięta starą harmonią w kwestii pokazania się i postawienia się przed ludźmi.
- Zadzwonię jeszcze. Znowu mnie wołają. Boję się, że dalej będzie wymyślać i mówię ci, tu się jeszcze niewida zadzieją.
- Coż. Chcesz, to masz.

Rozkoszowałem się kawą i drożdżowcem, a później poszedłem do ogrodu znów. Postawiłem sobie fotel ogrodowy i zacumowałem w nim twarzą do październikowego słońca i wchłaniałem jego delikatne ciepło. Jesienne promienie słońca nie są tak agresywne ustrojowo jak letnie. Było mi błogo. Ze snu wyrwał mnie Bedrzich Smetana, czyli powiadomienie, że do urządzenia przyszedł esemes. Wyciągnąłem smartfona z kieszeni bluzy dresowej. Wiadomość była od Pierworodnego. Pisał, że na razie nie może zadzwonić, bo wynoszą z babcią i mamą oraz wujostwem meble z pokoju do piwnicy, bo tak wyśmienitej osoby tyłek nie sposób posadzić w naszej rupieciarni. Potem wujka wanem pojadą do babci I przywiozą szwardzwaldzki komplet ratanowy. Takie były. Takim było tam społeczeństwo w szerszym ujęciu socjologicznym. Taką jest tamtejsza małomiasteczkowość, w zasadzie w tym czwórstyku dolnośląszczyzny, opolszczyzny, łóćczyzny i wielkoposzczyzny. A ja wiem, czy pisać te wyrazy z wielkich liter? Czy pisać bez zamierzonych niechęcią błędów ortograficznych? Może wystarczą duże litery? Nie, zostanę przy małych. Czwórstykszczyzna, jak pogardliwie mówiło się tam szkieletczyzna, mając na myśli krainę latających scyzoryków, czyli region świętokrzyski.

Za godzinę był kolejny esemes od Pierworodnego, że mama pierze obrus, a babiczka szykuje krochmal. Wujek pojechał też po miśnieński komplet do kawy do cioci, co go przywiozła z Kanady, bo nasze skorupy doktorki niegodne.

Na szczęście. To już było. Było i nigdy więcej pomyślałem i poszedłem obrać ziemniaki, czyli rozpocząłem tworzenie obiadu. Po drodze do domu zaszedłem do części piwnicy z zapasami i wziąłem sobie odkapsLowałem "Warkę".

Pierworodny zadzwonił jeszcze we wieczór.
- No co tam, jak wielką była kompromitacja?
- Strasznie było. Tak mi za nich wstyd i głupio mi było przed doktorką. Doktorka poprosiła tylko szklankę wody z cytryną. I atmosfera siadła. Nie mogły się pokazać. Byś widział tą nienawiść w ich oczach. Długo minęło zanim otrząsnęły się i przeszły do realizacji planu. Tak one uknuły plan. Wiesz jaka kompromitacja. Gościa mają, a one ją dawaj o receptę na psychotropy i nasenne. Kopara mi opadła. Powiedziała im, że mają na noc melisę parzyć i wizyta wygasła.

Kiedy wyszła, obie w kuchni zaklnęły jednocześnie wyobraź sobie - kurwa mać i na co to wszystko!

Po kilku dniach porozmawialiśmy spokojnie. Pierworodny powiedział, że babcia zadecydowała zaskoczOnemu dziadkowi w niedzielę, że nie pójdą na tradycyjną herbatkę do zboru i wydawać posiłki biednym. Za karę.

Mirosław Kurowski

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa fyrfle, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.