14 lutego 2021 roku, godz. 15:08

Chciałbym umrzeć

Chciałbym umrzeć. I żebym był wtedy tak stary, że śmierć sprawdzałaby zamówienie na mój koniec nie na kalendarzu tylko przy pomocy datowania radiowęglowego. I żeby mój ostatni oddech podzielili między mnie a Ciebie. I żebyśmy wtedy kochali się jak króliki. I żeby nasi bliscy zatrzymali w sobie wszystkie nasze cierpienia i czerpali z tego doświadczenia. I żeby wszystkie nasze projekty, plany, wizje, pomysły, marzenia przyniosły ludziom radość, dobro, siłę, zdrowie i szczęście. I żeby nasz kondukt pogrzebowy przechodząc przez cmentarz potknął się na starych, zmurszałych, zaniedbanych grobach tych wszystkich sukinsynów, którzy dziś nam i innym zwykłym poczciwcom psują krew i życie z zemsty, zawiści, zazdrości, nienawiści a przeważnie z głupoty. I żebyś Ty w testamencie wybrała jaka muza miałaby być zagrana na pogrzebie, ale w tym żeby był przynajmniej "Nie potrzebuję wiele" ZEUS a. I żeby wtedy było słońce, pachniało wiosną, a w kraju przynajmniej na ten czas pewne zioło było zalegalizowane i z NFZ na stypy dotowane. I żebyśmy dzień przed metą siedząc na bujanym fotelu (ja na fotelu, Ty na moich kolanach), o 17:48, obserwując piękne polskie popołudnie, westchnęli w tym samym czasie i powiedzieli jednocześnie
- no! Właściwie to już jesteśmy gotowi...
I jednocześnie dodali
- ale było pięknie, miłości moja. Dziękuję Ci za całe to życie i cały ten świat.
A po chwili wypełnionej cmokaniem dorzucili
- trochę szkoda, bo tak uwielbiam budzić się przy tobie..
A wtedy ja bym wtrącił
- no i zostało jeszcze osiem niebieskich pigułek...
A ty byś spojrzała, zmarszczyła czoło coś tam kombinując i powiedziała
- Och. Przypomniałam sobie. Trzeba w sypialni sprawdzić żarówkę..
- żarówkę?!... Przecież tam nie ma...
- oj, albo karnisz...
- Aaaaa!
I skrzypiąc, stękając i trzeszcząc jak jeden stary galeon (ja) i jedna trochę wyeksploatowana fregata (Ty) w sztormie poszlibyśmy na piętro, do sypialni, żeby sprawdzić żarówkę, karnisz, czy co tam...
A skrzypienie, trzeszczenie oddechy i śmiechy barwiłyby nadchodzący wieczór arrasem fantazji i fanaberii, a potem barwiłby noc, a księżyc i gwiazdy i asteroidy, galaktyki, mgławice i ufo patrzyłyby w milczeniu na ten kawałek mroku, który troskliwie otulił dwa szalone żaglowce, i wszyscy by w milczeniu połykali łzy.
I żebyśmy zasypiali wtedy wtuleni w siebie jak dwa bluszcze, lub raczej dwa pnącza chmielowe, ja bym pocałował Cię w szyję, potem ramię, a Ty mruknęłabyś jak kot i szepnęła
- jesteś trochę jak ciekawy przypadek Beniamina Buttona. Im starszy tym sprawniejszy. Im wolniej chodzisz, tym szybciej dochodzisz
A ja szepnąłbym
- Pięknoto moja, dowcip z familiady to moja specjalność..
A nasze anioły stróże usiadły by przy łóżku i powiedziały
- uffff! Chyba już niczego nowego nie zbroją?...
A przed bramą do nieba (ja miałbym wejściówkę jako opiekun niepełnosprawnego, ty jako męczennik) stał św Piotr. Przy nim siedziały merdając Goro, Tofek i Yabi, a Psot mruczałby podekscytowany ocierając się o nogi Klucznika.
I wtedy pocałowali byśmy się jeszcze raz, a ponieważ w niebie czas nie płynie to nasz pocałunek by zawisł w powietrzu i trwał i trwał i trwał aż poza koniec świata i dalej by trwał. Jak nasza miłość i pierwsze słowa po przekroczeniu bramy nieba
- nareszcie w domu.

Tak chciałbym umrzeć i tego życzę sobie i Tobie, miłości moja wielka i moja wielka miłości.
To życzenie to jest dodatkowa walentynka.

Autor: Quid Quidem

skrobek Łukasz
 14 lutego 2021 roku, godz. 15:17

Ciekawe wątki z muzyką Zeusa i Benjaminem Buttonem. Miło się czytało ;)

exsilentio Paweł  15 lutego 2021 roku, godz. 9:00

Dziękuję za dobre słowo. Cała przyjemność pakować własne szczęście w słowa i dawać innym jako posiłek regeneracyjny ;-)