31 sierpnia 2020 roku, godz. 13:57 20,3°C

- Amen -

Chciałbym być szubienicą. Milczącą, spokojną, tańczącą na wietrze ostatniego walca. Samotnie czekając na kogoś, kto zechce pójść w tany. W Dance Macabre.

Przytuliłbym się do grubej gałęzi kasztana, samotnego strażnika, który stoi na gra­nicy pól. Cze­kałbym na zachód słońca, po­marańcze przecinające niebo, róże, których nie cier­pię, a jed­nak lu­bię pat­rzeć, gdy nieśmiało prze­bijają się przez zas­tygłe, fiole­towe chmu­ry, tuż nad ostrzem ho­ryzon­tu. Po­tem roz­ci­na je ciem­ny błękit, fiolet jak­by ma­towieje, słońce płonie jak­by ze wsty­du. Może żal mu ludzi, których dzi­siaj widziało?

Za ple­cami słychać or­gię kotów. Z pól nad­ciąga chłod­ne po­wiet­rze. A przed sobą widzę smukłą pos­tać. Wol­nym kro­kiem idzie ku mnie. Uśmie­cha się widząc moją kształtną pętlę, przez którą księżyc próbu­je zer­knąć w jej twarz. Głaszcze mnie po zgru­bieniu sznu­ra, de­likat­ny do­tyk zroz­paczo­nej dłoni. Ty­le w nich czułości. Cier­pienie uczy nas de­likat­ności. Jest jak nau­czy­ciel, które­go nie znoiliśmy w szko­le. Wy­magający, os­try, des­po­tyczny i wład­czy. Nie zno­si sprze­ciwu. Ale jeśli umiemy słuchać, możemy też wiele zrozumieć. Dziew­czyn­a nu­ci jakąś piosenkę pod no­sem, chy­ba ma dość głosu cierpienia. Otu­la pętlę wokół szyi, siada na gałęzi i bez­tros­ko macha nóżka­mi.

— Przep­raszam- mówię nieśmiało. Lek­ko uno­si głowę, by zo­baczyć, kto ją zacze­pia.
— Jest ktoś tu­taj?

— Ja jes­tem, na Two­jej szyi, obok Two­jej dłoni.
Lek­ko zdzi­wiona py­ta:

— Umiesz mówić?

— Trochę tak, ale le­piej wychodzi mi słucha­nie. Między Bo­giem a prawdą, to postępuję te­raz wbrew prawu. Mogą mi ściąć pętlę pod gilotyną. Szu­bieni­ce mają swo­je za­sady.

— To bar­dzo cieka­we, a ja­kie?

— Po pier­wsze nie płacze­my. Pog­rze­by są od te­go, by wy­lewać łzy.
Po drugie mil­czy­my i oczy­wiście, nie możemy na­mawiać ludzi do zmiany ich zda­nia. To by było wbrew ho­noro­wi szu­bienic. W ta­kich wy­padkach roz­wiązują nam węzeł i już ja­ko zwykły sznur od­dają w ręce sta­jen­nych. Oni z re­guły używają nas przy wo­zach i ko­niach. To wiel­ka zniewa­ga dla szu­bieni­cy. Jes­teśmy dum­ny­mi pośred­niczka­mi między świata­mi, a nie końskim za­dem a dyszlem, czy in­nym us­troj­stwem.

— To in­te­resujące, dlacze­go za­tem ze mną roz­ma­wiasz.

— Jes­teś moim pier­wszym pa­sażerem. Dzi­siaj do­piero usiadłam na gałęzi, by obej­rzeć zachód słońca i zja­wiłaś się ty. Nie wiem czy to bo­li. Jak myślisz?

— To chy­ba ja po­win­nam o to za­pytać, prze­cież ja będę umierać. — No właśnie, ty um­rzesz, a ja będę wi­sieć, ty już nie będziesz czuć, a jak mi na­ciągniesz węzeł, nad­szar­piesz pętlę, to co wte­dy?

— Oj przes­tań, jes­tem lek­ka, mo­ja dusza jest pus­ta, ciało to tyl­ko wo­rek na myśli. Cho­ciaż, gdy­by wrzu­cić mnie do wo­dy, z pew­nością opadłabym na dno. Już tam jes­tem.

— W ta­kim ra­zie po­mogę Ci, ale właśnie wpadłam na po­mysł.

— Ja­ki?

— Zacznę pro­wadzić dzien­nik szu­bieni­cy. Da­ta, godzi­na, pa­sażer, zna­ki szczególne, przyczy­ny od­jazdu. Mogłabyś mi po­wie­dzieć, dlaczego wybierasz się na drugą stronę księżyca?

— Księżyca?

— Tak, właśnie. Tam jest pocze­kal­nia. Dla­tego widzi­my tyl­ko je­go jedną stronę.

— Ja­ka pocze­kal­nia?

— Dla podróżnych. Coś jak pe­ron między podróżami. Le­cisz gdzieś, ale nie wiesz gdzie, przydział dos­ta­jesz na pe­ronie, który jest na ciem­nej stro­nie księżyca. Ja Cię od­syłam tyl­ko na ten przys­ta­nek.

— Skąd wiesz, że tak jest?

— Z podręczni­ka „Szu­bieni­ce czy­li stąd do pe­ronu”. Wszys­tkie z nas o tym wiedzą, ale nie mówi­my o tym ludziom. Oni kochają marzyć. Ty myślałaś nad tym, co będzie po śmier­ci?

— Tak, moim zda­niem nas­ta­nie pus­tka.

— Oj, to nie dob­rze.

— Dlacze­go?

— Jak tra­fisz na Zośkę, to możesz mieć przechla­pane. Zośka jest ru­da i upier­dli­wa, do te­go otyła, na ta­kie trze­ba uważać, zaw­sze są wład­cze i patrzą na Ciebie z góry.

— Ale kim jest ta Zośka?

— Kas­jerką, rzecz jas­na.

— A dlacze­go jest ta­ka straszna?

— Bo jest ka­toliczką, a Ty dla niej jes­teś ateis­tką, grzesznicą i zasługu­jesz na piekło.
Mu­sisz szyb­ko wy­myślić inną wizję przyszłości.

— To znaczy?

— In­ne życie pośmier­tne. Księżyc jest w pełni. Zośka pra­cuje na noc­ki jak jest pełnia.

— Ale dlacze­go to ta­kie ważne?

— Oj dlacze­go, dlacze­go, bo te­go. Za dużo mówię, a ty jeszcze py­tasz. Nie dość, że chcesz się za­bić, to jes­teś upier­dli­wa. Po­win­nam była się nie odzy­wać.

— Przep­raszam. Czy szu­bieni­ce mają ko­deks ho­noro­wy?

— Oczy­wiście, jes­teśmy uczci­wymi pra­cow­niczka­mi.

— Czy przysługu­je mi os­tatnie życze­nie jak na egze­kuc­ji?

— Dob­re so­bie, os­tatnie życze­nie. A niech ci będzie.

— Wytłumacz mi o co chodzi z Zośką i bi­leta­mi.

— Oj no dob­rze, już dob­rze. Tyl­ko słuchaj uważnie. To jest tajemnica. Nikt o tym nie wie, żaden człowiek, tyl­ko my- szu­bieni­ce.

Za­tem jak dusza opuszcza ciało ma dwa ba­gaże. Je­den z miłymi wspomnieniami, dru­gi ze złymi. Uda­jesz się z ty­mi tor­ba­mi na pe­ron, skąd od­jeżdża pięć po­ciągów. Pier­wszy do nieba, dru­gi do czyśćca, trze­ci do piekła, czwar­ty to li­nia ek­spre­sowa na ziemię. Nim wra­cają duszę, które przeżyły śmierć kli­niczną. Jest też piąty po­ciąg, który pędzi w przestrzeń między pla­netarną i tak gi­nie. Oczy­wiście maszy­nis­ta­mi są ja­pońscy ka­mikadze.

Gdy jes­teś na pe­ronie, co ja­kiś czas są wzy­wani no­wo przy­byli. Ustawiają się w ko­lej­ce do ka­sy, obok której stoi wa­ga. Pan Mietek jest wa­gowym. Przed kup­nem bi­letu waży two­je wa­liz­ki, jeśli z dob­ry­mi wspom­nieniami jest cięższa, jedziesz pier­wszą klasą, jeśli lżej­sza, trze­cią. Jeśli wa­ga jest po­dob­na, wsiadasz na pe­ronie dru­gim.

Później Pan Mietek od­da­je lżej­szą wa­lizkę pryszcza­temu chłop­ta­siowi, który za­nosi ją do ma­gazy­nu. Raz w miesiącu wszys­tkie wa­liz­ki są wyrzucane w kos­mos, stąd pokłady dob­rej i złej ener­gii. Ze wspom­nień w wa­liz­kach.

I te­raz uważaj, część naj­ważniej­sza. Po­dochodzisz do kas­jerki, pa­miętaj, by po­wie­dzieć dzień dob­ry. Ona py­ta Cię o imię, naz­wisko, datę urodzenia, imiona rodziców. Za­pisu­je datę śmier­ci i wręcza Ci kwestionariusz. Tam masz wpi­sać wszys­tkie da­ne, do­dat­ko­wo jest rubryczka do­tycząca re­ligii, orien­tacji sek­sual­nej, częstot­li­wości chodzenia do świątyń, py­tanie do­tyczące rachun­ku su­mienia i os­tatniego na­maszcze­nia. I już masz niecieka­wie. Jes­teś sa­mobójczy­nią bez os­tatniej posługi kapłana. Zo­sia się zde­ner­wu­je, pod­rze Twój kwes­tiona­riusz i z krzy­kiem odeśle na pe­ron trze­ci. Może uda ci się wy­migać jeśli opiszesz niebo. Swój wy­marzo­ny raj. Zo­sia lubi czytać poezję i przy­jemną prozę. Jeśli masz troszkę wyob­raźni i czy­tel­ne pis­mo, może uda się załapać na bi­let dru­giej kla­sy, ten do czyśćca.

— Nie wie­działam, że to ta­kie skom­pli­kowa­ne. Ale masz rację, wy­myślę swo­je niebo.

— To dob­rze, pa­miętaj, że sny nie są bra­ne pod uwagę, bo są częścią podświadomą, wy­mie­sza­niem fan­tazji, wspom­nień i znaków od Bo­ga. Mu­sisz przejść przez tą gra­nicę, po­myśl, jak­by to było, gdy­by było tak jak się ni­komu nie śniło.

Chwi­la ciszy, dziew­czy­na przy­myka oczy, od­chy­la głowę do tyłu, powoli roz­chy­la po­wieki, z początku nieśmiało, później już płynnie zaczyna mówić.

— Wiesz, mam duszę ro­man­tyczki, chciałabym, żeby w og­ro­dach była je­ sień, z trus­kawka­mi na drze­wach. Współczuję im, bo żyją tyl­ko w czerwcu, nie mogą widzieć suchych liści lek­ko tulących trawę. Są dla niej jak kołdra przed na­dejściem zi­my. Za­tem pośród krętych ale­jek z cze­kola­dy i mar­ce­panu rosłyby drze­wa, po­dob­ne do jabłoni, z żółty­mi liśćmi, czer­wo­nymi trus­kawka­mi. Dookoła la­tałyby białe kru­ki. Są tak piękne. A ja mie­szkałabym w sta­rym drew­nianym dom­ku, z ok­na­mi na złote po­lany, gdzie zboża kołyszą się od szeptów pól, które nucą wal­ca, al­bo kołysan­ki wie­czo­rami.

— Eh, mało wyszu­kane, liczyłam na coś bar­dziej ory­ginal­ne­go. Mocny akcent w moim dzien­ni­ku, a tu ta­ki zawód, ta­ki zawód. No nic, są słodycze, Zo­sia je lu­bi, po­win­no przejść.

— Tak so­bie myślę, życie jest bo­les­ne, ale by­wają piękne chwi­le. Te­raz, gdy się roz­marzyłam, chciałbym biegać po obłokach, al­bo do­tykać nieba, za­nurzyć w nim dłonie jak w wodzie. Chciałabym krzyczeć ze wszys­tkich sił, że życie jest piękne. Ale czy to praw­da?

— Nie, to kłam­stwo dla dzieci. Tyl­ko ból, cier­pienie, niep­rzes­pa­ne no­ce, zim­ne i sa­mot­ne łóżka, po­duszki mok­re od łez. Szy­by z od­ciska­mi dłoni, które chciałby się przez nie przed­rzeć, ale nie pot­ra­fią, są zam­knięte, osaczo­ne przez czte­ry kąty, po­woli do­gasasz, dławisz się swy­mi słowa­mi, są ciężkie, mdłe, suche. Co­raz częściej myślisz jak to jest, zas­ta­nawiałaś się nad tym kiedyś?

— Tak, po­wiedź mi jak to jest, proszę.

— Dob­rze, tyl­ko posłuchaj uważnie, mu­sisz się od­chy­lić głową w tył, a potem z całych sił za­machnąć do przo­du, przyt­rzy­mam Cię w ra­zie czego.

Dziew­czy­na zro­biła jak jej po­wie­działem i fak­tycznie, przyt­rzy­małem ją. Za je­dyne miej­sce, które mogłem, czy­li szyję. Chwilę wie­rzgała.

Ma szczęście, za­pom­niałem, że Zośka wzięła ur­lop. Krzyże ją bolą od sie­dze­nia.

Jacob_Filth Jot
 2 września 2020 roku, godz. 2:25

Bo dłuższe formy przyjmują się gorzej, niż zwięzłe myśli

maba
 1 września 2020 roku, godz. 21:59

Dlaczego?

Jacob_Filth Jot
 1 września 2020 roku, godz. 21:52

dzięki, za wyróżnienie, maba, ale zbyteczne :P

maba
 31 sierpnia 2020 roku, godz. 15:12

Mimo, że " to nie moja bajka", muszę przyznać, że czyta się świetnie, tekst jest bardzo logiczny, oparty na ciekawym pomyśle. Rozbawił mnie ten plan pisania pamiętnika :) to by tłumaczyło, skąd wzięło się kipu 😆