25 kwietnia 2022 roku, godz. 23:40

1.

Bywał w tym miejscu sporadycznie. Wszak z wielkiej budowli, której zarys jeszcze z oddali, na tle sosnowego lasu, odcinał ceglano-pomarańczowy dach, pozostało tylko dwoje filarów. Nagie i samotne. Porzucone na skraju złudzeń, u stóp matki natury, która jeszcze kiedyś przychodziła, by tańczyć i śpiewać, śmiać się i znowu gdzieś śpieszyć, teraz spoglądają w twarz tej jednej, której imię wolno im wypowiadać, której imię wydaje się prawdziwe i od zawsze było życiem, co cicho tętni pośród górskich ścieżek i strumieniu, w miedzianym blasku słońca, chłodzie wieczoru, gdy mgły powoli otulają latarnie, zapraszają do powolnego spaceru, by iść jakby się nie żyło, istnieć, jakby nie miało się imienia ani wspomnień, iść, jakby człowiek właśnie się rodził po raz setny i właściwe tyle było mu do życia potrzebne.

- To jeszcze da się zrobić, Paniczu - odpowiedział uśmiechnięty, starszy Jegomość. Stał wpatrzony w ciemność lasu z rękoma założonymi za plecami. Jak zwykle w białej koszuli, której rękawy podwijał do łokci, gotowy do pracy, a jednocześnie swobodny i luźny.

Panicz najwyraźniej nie wiedział, co może odpowiedzieć. Od dawna nie czuł się ani Paniczem, ani człowiekiem, nie czuł się zwierzęciem, stworzeniem. Czuł się natomiast wspomnieniem. Zjawą. Poruszał się po świecie, ale było to wykonywanie tych samych ruchów. Coś bardziej jak tańczyć na setkach scen, ale zawsze ten sam układ.

Jegomość spojrzał raz jeszcze w głąb lasu, potem z szerokim uśmiechem znowu na Panicza i powiedział:

- Przecież nie wszystko straciliśmy, wciąż mamy jeszcze las. Czy to nie tam bałeś się właśnie wejść?

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa Jacob_Filth, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.