26 marca 2015 roku, godz. 16:19 2,1°C

Gdzieś nad Popradem...

Każdy z nas ma dwa domy -
jeden konkretny, umiejscowiony
w czasie i w przestrzeni: drugi -
nieskończony, bez adresu,
bez szans na uwiecznienie w
architektonicznych planach.
Olga Tokarczuk

Było we mnie kiedyś takie miejsce, które nazywałam domem. Domem, do którego można wrócić, do którego można uciec. Dom, o którym się myśli, gdy człowiek staje się bardzo bezdomny w środku. Było takie miejsce – mała kropka na mapie, na pograniczu świata i rzeczywistości. Niewidoczna przerwa pomiędzy wyrazami w potoku nic nieznaczących słów. Jedno takie miejsce na cały świat.
Tam, w tym miejscu, jest jedna taka ławka z widokiem na Poprad i z lasami wokół. Wiatr zatrzymuje się na chwilę we włosach, a potem gna przed siebie. Ciszę rozrywa szum wody i krzyki ptaków nad głową. Tam, na tej ławce czas się dla mnie zatrzymał na zawsze. Ta ławka to moje miejsce na ziemi. Moja utopia. Moja drzazga. Niewykorzystana szansa.
Na tym małym kawałku nieba jest mały ryneczek, na którym od lat czekałam, choć jeszcze nie wiedziałam na co. To tam, gdzie świat zaczął się dla nas kręcić w drugą stronę. Właśnie tam, ukryta między wielkimi kasztanami, wciśnięta między dwa małe sklepiki jest lodziarnia, która pewnego upalnego dnia majaczyła nam na horyzoncie, jak oaza spragnionym na pustyni. To właśnie tam jadłam najlepsze lody na świecie, które spływały przełykiem i rozprowadzały chłód po całym ciele. I moje oczy wpatrzone w twoje oczy. Te lody nigdy już nie będą miały tamtego smaku.
Jest we mnie takie miejsce, gdzie pośród traw i drzew giniemy od krzyku jastrzębi nad naszymi głowami i z zamkniętymi oczami czuję liżące twarz słońce i ciepły wiatr wpadający w moje uśmiechnięte usta. Tam jesteś ze mną bardzo blisko, czuje dotyk twojego ramienia przy swoim i czuję jak stykamy się nogami. Leżymy tam u stóp świata, tak bardzo zapomniani.
Jest takie miejsce na mapie, malutkie, nawet byś nie zauważył, a dla mnie jest całym światem. To tam, gdzie czas zatrzymywał się dla nas nie raz, gdy byliśmy dla siebie wszechświatem. Miejsce, gdzie błękit nieba brał początek w twoich oczach, a zieleń traw zaczynała się od moich spojrzeń. Będziemy tam na zawsze, jak zatrzymany kadr. Zapamiętam tą twarz z iskierkami w oczach, najpełniejszy uśmiech na ziemi, słońce przebijające się przez twoje włosy, pierwsze namacalne szczęście, przyłapane na gorącym uczynku. I tylko dla mnie. Szczęście to dla mnie synonim ciebie w tamtej chwili.
Jest takie miejsce, tam, tak daleko ode mnie, gdzie na szczycie wiatr szarpał twoją koszulą, a ja robiłam zdjęcie twoim plecom. Tam, pierwszy raz, tak naprawdę mieliśmy świat u swoich stóp. I tam, w tamtym miejscu, gdzie widoki zapierały dech w piersi, gdzie można by zmarnować całą kliszę na zdjęcia świata dookoła, tam, nie mogłam oderwać wzroku od twojej twarzy, bo zrozumiałam, że spełniam zupełnie inne swoje marzenie niż wejście na ten szczyt. I w którymś ze światów ciągle tam stoimy: ty na skraju muru ze wzrokiem utkwionym przed siebie, a ja za tobą wpatrzona w twoje plecy. I choć dziś jest zupełnie inaczej, jest tak bardzo tak samo: ty idziesz do przodu, ja patrze za tobą.
Jest takie miejsce na ziemi, które myślałam, że jest moim domem. Ale teraz wiem, że dom to nie miejsce, budynek czy stan. Dom to człowiek, przy którym chcesz rozbić swój obóz i spać na gołej ziemi, choćby inni proponowali ci pięciogwiazdkowy hotel z widokiem na ocean.
Więc tam, gdzie myślałam, że jest mój dom, tam ciągle widzę nasz drewniany domek na zboczu góry, z bzami w ogródku i dwoma psami. Tam czekam na ciebie na ganku z herbatą w dłoni i ciepłym ciastem na blacie w kuchni. Łóżko w sypialni jest duże i miękkie, a ściany w salonie po sufit zastawione książkami, na parapecie stoi kwiatek wieziony kiedyś przeze mnie tyle kilometrów... Tam, ciągle siedzę, czekam, wpatrzona w Poprad, herbata nigdy nie stygnie. Czekam na twoje kroki na ścieżce do tego miejsca. Do miejsca, które na powrót mogłoby stać się domem, gdyby twoje stopy odbiły się na piasku przed moimi stopami.
Jest we mnie takie miejsce, które dziś bardzo straszy, a na mapie to wielka dziura na skraju Polski, gdzie wiatr pachnie bólem, a krzyk jastrzębi jest moim krzykiem. Na ławce szukam znajomej sylwetki, w lodziarni zapomnianych smaków, naszych cieni na trawie. W szumie rzeki próbuje wyłapać nasze głosy i śmiech, w niebie błękitu twoich oczu. W obcych osobach szukam naszej historii, twojego zapachu w źdźbłach trawy.
Dziś usiądę tam, na naszej ławce, gdzie miejsce po mojej lewej stronie zawsze będzie puste i pomyślę o pewnym sercu z kamienia, które kiedyś pękło na pół.

Sheldonia Laura
 2 kwietnia 2015 roku, godz. 21:44

Dziękuje, to dla mnie najważniejsze, że nada potrafię wywołać emocje, przez ten cały czas myślałam, że już tego nie potrafię.

Albert Jarus Albert
 30 marca 2015 roku, godz. 22:34

Nic nie zgubiłaś z Laury, którą znałem. Może czasm bardziej rozdzierasz serde, dotykasz duszy. Może czasem jesteś, nie będź już czasem, bądź zawsze.

Sheldonia Laura
 27 marca 2015 roku, godz. 7:38

Dziękuje, że zajrzałeś, cieszy również, że się podobało. Chociaż tyle pożytku z tego bólu, że daje wene do pisania...