7 czerwca 2021 roku, godz. 20:11 9,6°C

LIST DO SAMOBÓJCY

Dzień dobry, bądź dobry wieczór. Na wstępie wypadałoby się przedstawić, jednak nie lubię zdradzać mojego imienia nieznajomym. Możesz mi mówić po prostu A. Tak będzie prościej, schludniej, bardziej tajemniczo.
Tak czy owak, jestem tu, ponieważ chcę z Tobą o czymś poważnie porozmawiać. Dotarły do mnie plotki, że chcesz się zabić. Nie wiem dlaczego. Może to fatalna sytuacja w domu, w szkole,
w pracy, w związku. Szczerze mówiąc mam to gdzieś. Jedyna rzecz, która zwróciła moją uwagę, to to, że uważasz, że śmierć to jedyna opcja jaka Ci została. Od razu powiem, że nie zamierzam Ci truć jak inni, że jesteś słaby, że idziesz na skróty. Nie. Osobiście uważam, że zabić się nie jest wcale tak łatwo i wymaga to ogromnej odwagi. W moim rozumowaniu znajduje się też miejsce dla stwierdzenia, że śmierć to wybawienie. Heh... Pewnie teraz myślisz, że Cię do tego nakłaniam... Ale proszę, przeczytaj to do końca.
Owszem, życie jest do bani. Pełne bólu i cierpienia, które niszczą człowieka, zadając mu głębokie rany niewidoczne dla oka. Rany stworzone na duszy są o wiele gorsze. Nie goją się. Zostają, przypominając nam każdego dnia o okrucieństwie tego świata. Nie znam Twoich ran, ale mogę Ci pokazać swoje.
W domu nigdy nie czułem się bezpiecznie. Kiedy wychodziłem do szkoły ojciec spał, a gdy ja już spałem, on wracał z pracy. Jednak weekendy były najgorsze. Był w domu przez cały czas. Nigdy nie wiedziałem czy zacznie krzyczeć na mnie, na mamę, czy znowu spróbuje mnie uderzyć. Bałem się wyjść z pokoju. Siedziałem po ciemku w ciszy czterech ścian. Nadal tylko to mnie uspokaja.
W szkole mnie wykorzystywali. Kiedy się zorientowałem i powiedziałem ,,nie", stałem się celem numer jeden. Dużo przez to płakałem. Dawałem przez to swoim oprawcom kolejny powód do nękania. Przestałem więc pokazywać emocje. Kiedy śmiali się z moich wad, śmiałem się wraz
z nimi. Zamknąłem się w sobie. Dalej nie potrafię wyrażać emocji i szczerze mówiąc, gdyby nie to, że to piszę, nigdy nie zdołałbym komuś tego powiedzieć.
Dojrzewałem i zaczynałem zawracać uwagę na coraz więcej rzeczy. Na początku zaczęło się niewinnie. Ot lubię dziewczyny. Niby to taka oczywista rzecz, jednak nie wiesz wszystkiego. Później odkryłem, że nie lubię siebie, nie lubię swojego ciała, nie lubię swojego głosu, Nie lubię moich długich włosów, nie lubię, kiedy mówią mi ,,ona". Oto cały sekret – dziewczyna, która tak na prawdę po części była chłopakiem. Tak, tej większej części. I w ten oto sposób, do wcześniejszych zmartwień dochodzi kolejne – czy mnie zaakceptują? Rodzina, przyjaciele... Nie...
I tak oto dotarliśmy do punktu dzisiejszego, gdzie siedzę sam, po ciemku, w czterech ścianach, przy małym blasku kominka i ze szklanką whisky. Jestem tu, ponieważ nie mam odwagi by z tym skończyć. Nie uważam również, by było teraz to aż tak bardzo konieczne. Teraz, kiedy znalazłem spokój. Jednak przyznaję, że samotność czasem dobija. Jak widzisz, pomimo tego wszystkiego jestem tu, piszę to do Ciebie z nadzieją, że zejdziesz z tego dachu, odłożysz tę żyletkę, odstawisz te tabletki, zdejmiesz ten sznur i przyjdziesz do mnie. Usiądziemy wtedy razem, poleję Ci whisky
i będziemy tak trwać. W ciemności, w ciszy, i w świadomości, że obok nas siedzi osoba, która tak samo jak my przeszła przez piekło.

A

yestem yestem
 7 czerwca 2021 roku, godz. 21:54

nawet jeśli nie wszystko
jeśli tylko odrobinę,
to mogę bardzo dużo
prawie wszystko

póki żyję

Ładne.
Pozdrawiam. :)