12 listopada 2020 roku, godz. 9:45 47,8°C

Carpe diem

Życie jest piękne, a świat cudowny! Tak, piszę to ja, zawodowa melancholiczka, profesjonalna pesymistka. Choć kocham wszechświat, nie może być jednak zbyt cukierkowo. To byłoby za proste. Nie powinno wciąż być z górki.

Ludzie, którzy doświadczyli w życiu nieco więcej niż pozostali, wiedzą doskonale, że nasze istnienie bywa bardzo kapryśne, a los przewrotny. Nikt nie ma pojęcia, kiedy kochane, słodkie życie odbierze nam marzenia. W jednej chwili możemy utracić wszystko, co posiadamy. Wszystkie nasze dalekosiężne plany mogą legnąć w gruzach. Wszystkie pragnienia mogą zostać zniweczone. Większość z nas walczy o szczęście, o jego drobinę. „Nie znacie dnia ani godziny” – tak wiele prawdy znajduje się w tych słowach! Mój ojczym (nieżyjący od blisko dwóch lat) miał głowę pełną marzeń. Pomimo podeszłego wieku snuł plany na odległą przyszłość. Niestety, nagła śmierć skutecznie mu je pokrzyżowała. Nikt nie spodziewał się jego kresu. Choć na co dzień za nim nie przepadałam, współczułam mu tak pełnego cierpienia końca.

Wielokrotnie przekonałam się na własnej skórze, że wcale nie musimy dożyć jutra. Dlatego też staram się żyć chwilą. Brać z życia pełnymi garściami. Korzystać z upływającego bezlitośnie dnia, próbować dogonić umykający wciąż czas. Jestem wdzięczna opatrzności, że pozwoliła mi dziś się obudzić, powitać kolejny poranek… Nie ma pewności, kiedy wredna kostucha zapuka do naszych drzwi. Nie wiemy, kiedy nadejdzie ostatnia godzina. Nie mamy pewności, czy nie znikniemy tak niespodziewanie, jak się pojawiliśmy… Nasz kres może nadejść w każdym momencie. To sprawia, że jeszcze bardziej doceniamy życie. Gdyby nie grożące nam widmo śmierci, prawdopodobnie przestalibyśmy doceniać fakt, że tu jesteśmy.

Staram się wierzyć w życie pozagrobowe. Gdyby nie ono, nasz los byłby kompletnie bezsensowny. Po co mielibyśmy żyć, gdybyśmy nie posiadali duszy? Jaki cel miałaby nasza egzystencja? Ufam (a już na pewno staram się ufać), że nie skończymy się wraz ze śmiercią. Że czeka na nas coś więcej. Nie mam pojęcia, czym może to być, ale usiłuję wierzyć, że będzie to wynagrodzeniem naszych cierpień. Miewam sny o umieraniu. Oczywiście, nie mam pewności, czy tak właśnie będzie wyglądał kres naszej ziemskiej wędrówki. Zdarza mi się jednak śnić, że umieram i trafiam do Raju. Widzę na niebie światło tak piękne, tak zachwycające, że nie istnieją słowa, którymi człowiek mógłby je opisać. Słyszę też odległe odgłosy trąb anielskich. Wiem, że w tej plamie cudownego światła czeka na mnie Bóg… Czuję podczas tych snów przeogromną ulgę. Wiem, że już nie ma czasu, że nie istnieją zegary, kalendarze… A wypełniające mnie wtedy uczucie jest niesamowite…

Niestety, nasza ziemska egzystencja jest pełna niespodzianek. Niekoniecznie miłych i przyjemnych. Cóż nam pozostaje? Musimy żyć. Nie możemy wciąż myśleć o naszym końcu. Nie mamy innego wyjścia, jak zaufać opatrzności. Uwierzyć w przyszłość. Choć wyobrażenie śmierci powoduje u nas panikę, to powinniśmy zapamiętać, że przed nią nie uciekniemy. Każdy z nas, prędzej czy później, pogrąży się w jej wychudzonych, lodowatych objęciach.

Benia Krupowicz
 12 listopada 2020 roku, godz. 23:22

Super👌👏🌹🍀❤