31 stycznia 2021 roku, godz. 22:34

Poczucie pustki i jak je wypełnić?

Tu znowu Wasza chwiejna emocjonalnie ciotka, która potrafi się Wam zwierzyć jedynie po pijaku. To będzie kolejny tekst, który napiszę w stanie dość wskazującym, (jeszcze żaden nie był napisany na trzeźwo) ale mam nadzieję, że się na mnie nie gniewacie.
Bo dzisiaj chciałabym opowiedzieć Wam jak to wszystko się zaczęło.
Myślę, że pominę trudne dzieciństwo - oschłość matki, śmierć ojca, radzenie sobie samemu, strach przed porzuceniem. Bo wiecie… Każda trauma i zaburzenie ma swój początek. Prawdopodobnie to właśnie te nieprzyjemne zdarzenia z dzieciństwa zapoczątkowały we mnie pewne nieprawidłowości. Czym byłam starsza tym mocniej dawały się one we znaki.
Ostatnio znalazłam swój pamiętnik (a raczej dziennik?) z czasów kiedy miałam 14/15 lat. Można by pomyśleć - och, wspomnienia, nostalgia, powroty do nastoletnich lat - oczywiście! Natomiast mój powrót do tego okresu wiązał się z jednym słowem, które królowało prawie na każdej stronie - mianowicie - PUSTKA.
Zaczęłam wspominać jak to było kiedyś, co mnie spotykało, jakie myśli krążyły po moim młodzieńczym umyśle. I powiem Wam szczerze, że pustka była jedynym słowem który w pełni oddawało mój ówczesny stan. Z matką - nie dogadywałam się wcale, przyjaciele - zawodzili mnie na każdym kroku, miłość - nie potrafiła mnie zaspokoić. Wszystko było jakieś takie… nijakie. Często wspominałam o tęsknocie za tatą, często także mówiłam o tym jak bardzo nie dogaduję się z mamą… Notorycznie poruszany był temat tego jak bardzo jestem samotna i jak bardzo moje serce zionie pustką.
Ale powiem Wam szczerze, że niewiele pamiętam z tego okresu. Potrafię sobie przypomnieć tylko, że ogarniała mnie okrutna samotność, spanie na kocu na podłodze i książki były moją jedyną odskocznią, a relacje - jakiekolwiek - kończyły się zawsze okrutną klęską.
Dlatego na każdej kolejnej stronie mojego młodzieńczego dziennika uderzało mnie słowo ,,pustka”. Pomimo, że trudno mi teraz przypomnieć sobie te wszechobecne poczucie bezsensowności i bezsilności, wiem, że kiedyś królowało ono w moim poczuciu tożsamości.
Natomiast nadszedł kiedyś dzień, który zmienił moje życie o 180 stopni. Już Wam opowiadam.
Za moich młodzieńczych, gimnazjalnych lat, byłam zauroczona pewnym chłopakiem i oddałabym wszystko, żeby go mieć. Prawdopodobnie już wtedy dążyłam do zapchania tej ziejącej dziury w moim sercu. I, o dziwo, pewnego dnia udało mi się osiągnąć cel - sprawiłam, że był mój. Niestety jednak - to nie spełniło moich oczekiwań. Moje serce nadal było skamieniałe, a umysł prosił o cokolwiek, byle tylko zacerować dziurę, która nie dawała mi spokojnie spać. Więc pomimo tego, że był jedynym czego na ten moment potrzebowałam - nie podarował mi tego upragnionego poczucia spokoju.
Ale w momencie gdy poszłam do liceum… Coś się zmieniło. Poznałam chłopaka, który nie miał być nikim ważnym - ot, kolega.
No i w pewnym momencie wpadłam po uszy. Zrobił coś, czego nie udało się nikomu wcześniej… Zaczął wypełniać ziejącą czernią pustkę, która - myślałam, że już na stałe - zagościła w moim sercu. Ono pochłonęło go całkowicie i także oddało mu się w pełni, Każdym milimetrem wołało o jego obecność, zapełniając wcześniejsze braki. Stał się niezbędnym elementem mojego funkcjonowania oraz został wyznacznikiem tego, czy czuję się dobrze czy źle. Poświęciłam mu całą siebie - każdy zakamarek mojej osobowości powędrował na jego dłonie mówiąc błagalnym głosem ,,proszę zaopiekuj się mną”. I tak oto popełniłam największy błąd swojego życia! Zamiast zastanowić się - dlaczego jedyne co odczuwam to pustka, zamiast popracować nad samą sobą i swoimi problemami - dopuściłam do siebie kogoś, byle tylko, ktoś pomógł mi uporać się z poczuciem pustki. Byle tylko zapchać ją czymkolwiek, aby nie straszyła swoją ,,dziurowatością” innych. I tak oto powierzyłam w niewłaściwe ręce cały swój świat.
Bo myślę, że nie zaskoczę Was konkluzją, że typ kompletnie nie był wart podarowania mu całej siebie.
Moje poczucie własnego ja od zawsze było zaburzone, miałam zaburzone poczucie własnej wartości, tego kim i jaka jestem. I największym błędem było to, że stwierdziłam, że ktoś inny najlepiej mnie określi.
Mało tego, stwierdziłam, że najlepiej będzie określić siebie - jako po prostu część jego życia. W pewnym momencie przestałam odczuwać siebie jako odrębną jednostkę. Doszło do takiego momentu, gdy uważałam nas za harmonijną całość i wierzyłam, że tylko przy jego boku moje istnienie ma sens. Sami oceńcie jak bardzo ,,zdrowe” to był.
Moi Drodzy,
dzisiaj przychodzę do Was z wstępem do mojej historii, do tego jak rozpoczęły się moje problemy z poczuciem tożsamości oraz z chwiejnością. Chcę Was uświadomić, a raczej przestrzec, przed tym, że powierzenie komukolwiek swojego istnienia nigdy nie będzie zdrowe. Nawet jeśli myślicie, że to osoba jest tego warta, że jest wspaniała, nigdy Was nie zawiedzie i po prostu tylko przy niej czujecie się pełne - nigdy nie dajcie się na to nabrać.
Każde z nas jest odrębną jednostką. Żadne poczucie ,,pustki” nie powinno nas określać i wywierać wpływu na to jak się zachowujemy. Jeżeli widzicie jakikolwiek problem ze sobą, nigdy nie myślcie, że osoba trzecia Was naprawi! Nie uzależniajcie swojego szczęścia, a tym bardziej poczucia własnej tożsamości z kimkolwiek innym.
Trzymajcie się!

Recerz Max
 1 lutego 2021 roku, godz. 17:56
Edytowano 1 lutego 2021 roku, godz. 17:57

Ogółem w porządku, ale jak dla mnie zbyt powierzchowne, ogólnikowe. Czekam na jądro ciemności. 😉

BorderPersonalityDisorder 1 lutego 2021 roku, godz. 21:22

Na razie tylko Was małymi kroczkami wprowadzam. Nie martw się, niedługo zaprowadzę Was do ciemniejszych zakamarków mojej historii.

Recerz Max  2 lutego 2021 roku, godz. 19:00

Już Cię lubię. 😉

Twórca nieznany Duszka (z autografem)
 1 lutego 2021 roku, godz. 7:56

Słuszny apel.

Być może zabrzmi to górnolotnie, ale "Prawdziwe oddanie należy się tylko Bogu." (jeśli w ogóle)