31 października 2019 roku, godz. 7:51 1,9°C

PORTRET KOBIETY W OGNIU

(recenzja filmu)

Obraz francuskiej reżyserki i scenarzystki, oczywiście nagrodzonej za scenariusz w Caen albo w Berlinie, to sielska, magiczna, rodzinna historia osadzona w klimacie śródziemnomorskim albo raczej w okolicznościach morza północnego, które jest wzburzone i błękitne, a jego ekspansję na ląd uniemożliwiają klify i złote plaże. Klify są naprawdę piękne i grają porywająco, prawie z takim samym zaangażowaniem jak szarpiące się cały czas z ostrymi skałami przybrzeżnymi morskie fale. Z takiego klifu jak się spadnie na takie skały, to malarz może być ukontentowany i może zdoła na płótnie uchwycić ten moment, kiedy po czerni czerwień zstępuje do błękitu. Potem wprawne oko wędrowca może usłyszeć tupot szarych mew pielgrzymujących do relikwii ciała ludzkiego rzuconego na skały dla weny artysty malarza. Chodząc wzdłuż klifów dostarczających przewspaniałych panoram morski możemy stopami, a przy większym wysiłku dotknąć traw nadmorskich i ziół. Film w ogóle to majstersztyk w dziele chwalenia ziołolecznictwa,a co za tym idzie niekwestionowanych zdobyczy medycyny ludowej. Ale wróćmy do spacerów morskim wybrzeżem, które ogniście przepełniają treść tej familiarnej produkcji. Stąpamy wraz z bohaterkami filmu po wydmach i dochodzimy do przecudnej urody plaży i tam scenariusz, a może tylko morze są oszczędni. Kamera nie uchwyciła bowiem żadnego kraba lub wyrzuconej na brzeg ryby, co świadczy o świadomości ekologicznej tamtejszych mieszkańców.Chwała więc obrońcom przyrody i życia poczętego w głębinach czy na skałach klifów. Ich wysiłki widać, że są potrojeniem oczekiwań współczesnej ludzkości, że nie tylko nie byłó w filmie żadnego martwego zwierzęcia, ale spokój ich życia jest taak wielki, że po prostu żadna mewa czy halibut nie pokazały się przed kamerą, bo po prostu nie protestowały, bo jest im dobrze od czasów, kiedy wreszcie sprawiedliwości dziejowej stało się zadość i nawet francuskie ślimaki są rybami. Mamy do czego dążyć my barbarzyńcy ze wschodu i dostaliśmy ognisty wzór do naśladowania wreszcie, więc jestem pewny, że hurtem ruszymy do kin, a potem zasadzimy siedem milionów dębów w puszczy białowieskiej upamiętniających zryw francuskiej scenarzystki i reżyserki, a zatem zapalenie w nas ognia kobiecych popędów do stanowienia o równouprawnieniu turzyc. Oczywiście są pewne mankamenty. Cały czas we filmie wieje wiatr, czy niebo nie jest gwiaździste, ale to może dlatego, że nie było zdjęć nocnych. Kamera nie schodzi wgłąb morskiej toni, ale pewnie z szacunku dla prywatności flory i fauny morskiej. Czas wypowiedzi tej części zwirzostanu, którego jesteśmy marnym elementem dopiero nastanie. Oczekujemy więc my krytycy filmowi z niecierpliwością kolejnej wypowiedzi genialnej artystki filmowej.

To arcydzieło filmu kobiecego zdecydowanie cudnie odbierane jest przez mężczyzn, zwłaszcza kler i oczywiście same kobiety. Artystka artystycznie i z zapałem pokazała niestandartowość i samorealizację kobiet w klasztorach, a zatem podpowiedział drogę, którą powinny pójść na przykład współczesne kobiety muzułmańskie we Francji, aby polepszyć swój shidżabiony los aż do rangi oblubienic Chrystusa. Scenarzystka ukazuje mądrość zasad klasztornych i szeroką dyskusję, która za murami odbywa się w klasztorach, gdzie przeorysze jasno domagają się od swoich podopiecznych, aby po latach oddania Panu, oddały się wreszcie w ramiona mężczyzn, bo po to mają swoje ramiona, usta, w nich języki, nogi i w tych nogach uda, a między udami mają łona. Reszta w ich miłości, czyli życie u boku mężczyzn, to czysta przyjemność, aż do niewypowiedzianej rozkoszy. Cudny naprawdę cudny przekaz patriarchalny i chrześcijański, choć prawdę mówiąc nie wiem czy feminizm francuskich przeorysz jest nie za daleko idący.

Oczywiście film pobudza, zatem pobudza wyobraźnie, stąd też w uważnym widzu wzbudzi się żal i obrazy męczeństwa współczesnych mężczyzn i dzieci. Przecież te aktorki musiały z domów wyjechać na kilka tygodni, żeby nakręcić te zdjęcia do tego cudnego filmu. Zatem dzieci i ich mężowie na pewno cierpieli głód. Głód codziennej sprawy obiadu, śniadania, kolacji przygotowanych i podanych przez żony i matki, a swoje majtki musieli nosić pewnie do pralni publicznych. Był to na pewno też głód bajek czytanych na dobranoc, głód braku oddpowiedzi na mądre pytania zadawane przez dzieci, a na niektóre z nich może odpowiedzieć przecież tylko kobieta w randze lu nawet o statusie matki. Mąż cierpiał głód ciała małżonki. Straszne są koszty powstawania filmów wybitnych.

Jeszcze napiszę, że moją uwagę szczególnie zwróciły sceny, w których kobieta z pasją oddaje się tradycyjnemu zajęciu budującemu jej człowieczeństwo zgodnie ze statusem kobiety, czyli jej uwielbienie do wyżywaniu się na kordonku i tamborku. Filmy takie dają nadzieje na zrównoważony sufrażyzm w dzisiejszym pokoleniu kobiet i są nośnikiem ich przyszłego macierzyństwa i odnalezienia swojego pięknego miejsca w strukturach chrześcijańskich bez konieczności rewolucji, czyli przywdziewania burek i rytualnych islamskich strojów kąpielowych, ale co ja tam skromny poeta spod Skrzycznego mogę wiedzieć o Francji? Francja, to Francja, a mi nawet do Krakowa przychodzi busem jechać ponad dwie godziny.

Film raczej nie zawiera muzyki, a mężczyźni pełnią rolę statystów, a to przez to, że pewnie nie mieli czasu, bo pisali muzykę do innych filmów i po prostu wiedzą, że w ramach parytetów już czas, aby to kobiety były aktorkami wyłącznie w teatrach i trzeba je też obuć w koturny, zatem ktoś te koturny zrobić musi, a szewców na lekarstwo. Pewnie wszyscy rzucili się to butaprenu i młotków.

Film to lektura obowiązkowa dla mas chrześcijańskich i ich pasterzy, dogmat dla środowisk kobiecych i szansa na świętość dla codziennego mężczyzny. Rwijta do kin, dajta świadectwo, niech popkornu zabraknie.

Mirosław Kurowski

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa fyrfle, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.