1 października 2020 roku, godz. 9:19

CO PRZYNIESIE JUTRO (recenzja filmu)

Film reklamowany jest jako melodramat, ale moim zdaniem William Nicholson napisał i wyreżyserował dramat o typowym katolickim małżeństwie, w którym jeden z małżonków zdominował drugiego, aż do wielodziesięcioletniej przemocy fizycznej i psychicznej, której źródeł psycholodzy upatrują w katolickiej nauce o rodzinie i innych czynnikach będących składowymi doktryny katolickiej. Scenariusz w pewnych swoich elementach porównuje zawoalowanie religię katolicką, może samą Biblię do odlecianej poezji. W praktyce to idealizm. Utopia. Ni jak nie przystające do współczesnych ludzi. Do wymagań jakie przynosi współczesne życie. Do jego zmienności. Do okazji szczęścia, które wciąż czekają i oferują się człowiekowi. Do szczęścia. Właśnie do szczęścia.

Scenariusz Nicholsona jest o tym, że jedni katolicy zmieniają się w swoich żądaniach i drapieżności wobec życia, a drudzy nie i pozostają cały czas dobrymi, wrażliwymi i poczciwymi katolikami, którzy cieszą się miłością cielesną i świętym spokojem, a kiedy małżonek im tego nie zapewnia, to albo kapcanieją, albo wieszają się, albo wcześniej czy później prawdziwą miłość znajdują u sekretarki czy matki ucznia. Film zatem o odrealnieniu katolicyzmu od życia ludzi.

Film Nicholsona jest o tym, że katolicy będąc młodymi nie są w stanie ocenić drugiego człowieka i pochopnie decydują się na cyrograf ślubu. Opowiada Nicholson o tym, że ludzie zmieniają się i tego doktryna katolicka nie uwzględnia, zatem ludziom, którzy już nic sobie nie mają do oferowania prócz przemocy oferuje pokorne cierpienie i raj po wieloletnim cierpieniu na ziemi, a kto się temu sprzeciwia ten straszony jest piekłem i poniżany przez księży.

Dramat rozpadającego się katolickiego małżeństwa i katolickiej religii. Ludzie po rozpadzie związku stają się zakładnikami katolickiej antywolności. Nie chcą przyzwolić na rozwód. Nie pozwalają normalnie żyć byłym w nowym związku. Nie pozwalają sobie na nowe szczęście. Żyją nienawiścią do eks, choć tłumaczą to wiernością Bogu. Próbują swoje chore zasady rozprzestrzeniać na otoczenie. Mija wiele lat o oni dalej płoną w ogniu nienawiści. Zatem reżyser nie wprost, ale stawia pytanie - czy prawo państwowe nie powinno ukrócić zapędy doktryny katolickiej? Czy zasady katolickie nie niszczą psychiki ludzkiej? Czy wolno komuś mówić- jesteś winny, gdy odchodzi do szczęścia, porzucając ból? Czy nie jest to perfidna manipulacja?

Kapitalny film Nicholsona opowiada o tym co coraz częstsze i jest wymowne dla zmian społecznych, w tym u katolików. Znęcanie się fizyczne i psychiczne katolickich żon nad katolickimi mężami i dziećmi też. Dzieci więc szybko uciekają w naukę lub w Anglii raczej w pracę. W Anglii nauka to przywilej bardzo bogatych. Przy czym reżyser zaznacza wyraźnie, że kobiety te niczego sobą nie reprezentują. Bujają w poezji. Zachwycają się poezji pięknosłowiem. I nic. Nic prócz wredoty i niszczenia ludzkości. Wszystko usprawiedliwiają wyższością chodzenia na muszę. Msza ponad wszystko. Zamiast miłości, cielesności, ciepła domowego ogniska, to anioły i paciorki litanii.

Kapitalnie Nicholson nakreślił postać syna. Człowiek o wybitnej wrażliwości, którą wiadomo, że w końcu przeniesie w twórczy turgor i zachwyci sobą świat. Człowiek który mimo przeciwności domowego piekiełka rozwija się intelektualnie i zawodowo. Człowiek, któremu kiedy przyjdzie się zmierzyć ostatecznie z rodzinnym dramatem stanie na wysokości zadania i będzie mostem pomiędzy dwoma zupełnie już przeciwstawnymi brzegami jego jednak rodziców i będzie walczył o swoją mamę jak lew, aby nie poddawała się napierającym myślom o samounicestwieniu i siłom, które podpowiadały jej dążenie do destrukcji szczęścia eks męża i swojego dziecka. Jak on pięknie tłumaczy ich ból i cierpienie, i wzmacnia się tym zrozumieniem bolesnej historii małżeństwa sowich rodziców. W tej postaci jest jakaś nadzieja dla cierpienia i uzasadnienie jednak katolickiej doktryny. Nie da się przejść życia bez bólu , krzywd i nagłych fatalnych zwrotów akcji. Trzeba jednak pogodzić się ze szczęściem byłych małżonków w nowych związkach i na ten krok normalni katolicy, katolicy postępowi czekamy ze strony papieża.

Nicholson wiele mówi o Anglii pozakatolickiej. Opowiada o kraju w naturę przecudnym. Że prędzej pokocha się czarny z białą, niż utrzymie się w wieloleciu małżeństwo, nawet katolickie. Na końcu bohaterka szuka zrozumienia u cioty, oskarżając mężczyzn o całe zło w miłości. Ludzi, którzy cierpią na depresję mówi - żyj albo ja katoliczka mówię ci - pójdziesz do piekła.

Kończąc napiszę dygresję. Scenarzysta i reżyser William Nicholson został ochrzczony i wychowany w wierze katolickiej. Film opowiada o jego rodzicach i o nim. Wątpię, aby po takich doświadczeniach pozostał przy religii katolickiej, a może jak mówi papież Franciszek poświęcił nam swój czas, a my oglądając ten film wysłuchamy go. My przede wszystkim katolicy. I może jak konkluduje Ojciec Święty razem coś zmienimy. Może jak chce Ojciec Biskup, nasz nacisk i modlitwa sprawi, że papież w końcu uwierzy, że jest następcą Chrystusa na ziemi i zmieni to co opresyjne w Ewangeliach i doktrynach, co przypisuje się Chrystusowi, choć wiemy, że sam po sobie nic pisanego nie pozostawił, a zatem Ewangelię to słowami prawdziwymi Jego być nie muszą, a nawet jak są, to myszą ustąpić szczęściu człowieczemu i odejść, jak odszedł Stary Testament.

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa fyrfle, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.