10 maja 2021 roku, godz. 8:09

10.05.2021r.(poniedziałek)

Życie polega na tym, że się żyje, nie umiera. Umieramy wtedy, gdy musimy coś robić, a żyjemy wtedy, gdy robimy co chcemy robić. Dlatego po południu idziemy do ogrodu, gdzie pielęgnujemy kwiaty, słuchamy ptaków i siedzimy przy ogrodowym stoliku pijąc kawę albo herbatę i rozkoszujemy się kawałkiem drożdżowca lub pomadką z Wawelu.

Jeszcze przychodzi taki dzień jak czwartek i oczy potrzebują dostarczyć po połowie tygodnia ciężkiej pracy ciału i duchowi piękna, czegoś nowego, choć bardzo prostego. Stąd ta wycieczka do Juszczyny, Sopotni Małej, Sopotni Wielkiej i Bystrej. Oczywiście, że ludzie po drodze problemów naznoszą, ale chyba, mam wrażenie, ludzie z poza dwojga, raczej są przeważnie od problemów. A spacer po Sopotni Małej był cudnym przeżyciem na początek takiej czwartkowej eskapady. Widoki zboczy i szczytów różnych lokalnych Beskidów są bardzo urocze i tak bardzo cieszące. No i te doliny, wypełnione setkami, a może tysiącami krzewinek kaczeńców z dziesiątkami tysięcy złotych kwiatów. Po prostu - stać i zostać chciałoby się, aż przeminie ich piękno w gasnącym dniu zachodzącego słońca i zmierzchu.

Potem wjechaliśmy do Sopotni Wielkiej. Na początku, po prawej i po lewej stronie jest las i on tworzy perspektywę, na końcu której jest jakaś wielka góra i jej malownicze zbocza i tejże samej urody szczyt. Wjeżdżamy do wioski. Perspektywa zmienia się. Las został zastąpiony przez domy i za nimi zbocza gór, z jednej i drugie strony, pełne zieleniejących i kwitnących drzew. Brzozy, czereśnie i wiśnie przyprawiają o niesamowitą radość, aż buzuje człowiek i jakby dusza się wyrywała do tej początkującej zieleni i rozbuchanej bieli. Chmury nad wąwozem i nad górami tworzą niesamowite panoramy nieziemskich dzieł malarskich z odcieni błękitów, czerni i szarości. Pomiędzy nimi lawiruje słońce, tworząc na zboczach wspaniałe świetlne witraże z zielenią i bielą. Między domami, w ogrodach krzątają się ludzie. Sprzątają i wsadzają kwiaty do ziemi i donic. Z daleka patrząc, czy nie z daleka, ale z perspektywy przechodnia, widok nawet budujący, a przede wszystkim bezpieczny. Jesteśmy prawie przy największej atrakcji Sopotni Wielkiej, wodospadzie Sopotnia Wielka, na wielkim potoku Sopotnia. Zaraz za parkingiem zdecydowane obniżenie terenu i teren zabagniony i wodny. A w nim cudnie czysta woda, a pomiędzy nią setki krzewów kaczeńców oraz gra cudownych świateł zesłanych przez słońce. Piękno, które z nami już pozostanie, jako trwały budulec duszy, z perspektywą wkładu własnego do nieba. Trzeba piękna nazbierać na miłosierdzie za totalną samowolę i zwątpienie w przekazy świętych ksiąg, świętych ludzi i korporacji zawiadującej tematem wieczności.

Może dwustumetrowy spacer i doszliśmy do mostu na rzece, pod którym, po prawej stronie schodzi się do wodospadu, który jest największym wodospadem w polskiej części Beskidów. Ale na razie zatrzymuje nas pięknie wyrzeźbiona z drewna kobieta z lewej stronie mostu. Ubrana w lokalny strój, gra na jakimś starym lokalnym instrumencie. Piękna martwa natura. Gmina doceniła jakiegoś lokalnego artystę, a ten uwiecznił piękno lokalnej tradycji i kultury. Trochę bardziej w lewo i piękny drewniany krzyż. Pomnik jeszcze bardziej w lewo wyjaśnia jego treść. Jest najpewniej symbolem golgoty mieszkańców Sopotni Wielkiej. Pewnie w tym miejscu Niemcy zgotowali Polakom kaźń w czasie drugiej wojny światowej. Na murowano-kamiennym obelisku kilkadziesiąt nazwisk mieszkańców wsi wymordowanych przez Niemców. Na obelisku piastowski orzeł bez korony. Świadczący o tym, że uczczenie ich pamięci nastąpiło za Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Dzisiaj raczej taka prawda nie miała by szans przebić się do ludzkiej świadomości. Byłoby to niepoprawnie politycznie, bo większość Polaków jest skundlona poprawnością polityczną i nie chce upamiętniania krzywd narodu, które dokonali na ich dziadach i ojcach Niemcy i Ukraińcy, bo jak śpiewał Jacek Kaczmarski "nikt mi tyle nie, co mi moja buda da". Lepszy na łańcuchu odwiecznych wrogów sowity byt, niż prawdy szukać w kąsku lada jakim wolności dumnej w imię miłości Ojczyzny szczyt. Gorzko się mi zrobiło przy tym pomniku. Wstyd, wstyd i jeszcze raz wstyd gonił wstyd i poczucie klęski.

Powoli schodzimy do wodospadu. Jest coraz głośniej. Rzeka ma niesamowicie bystry i bardzo kamienisty nurt. Czuje się, że śmierć tutaj ma swoją bazę. Kolejne progi wzmacniają kipiel i przyśpieszają jej pęd. Na stromych brzegach cudne jakieś kwiaty koloru fioletowego na łodygach z trójpalczastymi liśćmi na obrzeżach w strzeliste rąbki strojne. Potem kaczeńce, zawilce i pierwiosnki i jeszcze jedne piękne złotem kwitnące kwiaty, charakterystyczne dla wiosny w Beskidzie Żywieckim. Stoimy nad wodospadem i przyglądamy się temu co tam się w nim wyrabia. Niesamowity huk i grzywy wody która kipi od uderzeń w kamienie, a potem z ogromną siłą drąży już pięciometrowe dno, w którym dzieją się ponoć niesamowite zjawiska fizyczne, chemiczne i przyrodnicze, czego efektem tuż za wodospadem, po prawej stronie ten niesamowity odcień wody. Jej wyhamowanie i jakby w spokoju mieszanie się błękitu z zielenią. Schodzimy na dół, do stóp wodospadu, gdzie staje się on ponownie rwącą kamienistą i sporą rzeką. Z dołu widok jest olśniewający. Szlify lśniącemu i barwnemu nurtowi wodospadu nadaję mocne popołudniowe słońce, które na chwile rozpędziło chmury. Za wodospadem rzeka szybko gna w ciemne wysokie zbocza i natychmiast niknie z oczu. Nad nami pensjonat. Przecudne miejsce na nocny odpoczynek po całodziennych wędrówkach okolicznymi szlakami. Prawdziwe miejsce dla prawdziwych turystów. Nie tych, co to przyjeżdżają do SPA i wielkiego żarcia i picia w tzw. all inclusive. Jest różnica między turystom, a takim człowiekiem, który przyjeżdża wygrzać kości i zdemolować żołądek i wątrobę, bo przyjechał się tylko zresetować, czyli upodlić, bo za tydzień lub dwa wraca do kieratu korporacji czy na rusztowanie.

Wychodzimy z wodospadu i jeszcze raz idziemy pokłonić się tragicznej historii, ale pięknie upamiętnionej. Poddajemy się smutkowi, zadumie i rozważamy o dumie i suwerenności. Dochodzimy do recenzji, że muszą ustąpić przed potrzebą lekkości bytu, która i tak nie da szczęścia, ale wynika z braku refleksji, że naprawdę zachód Europy nie da nam szczęścia, tylko popadniemy w wasalizm. Wasalizm, to w najlepszym wypadku, bo tak naprawdę jesteśmy kolonią dla Niemiec czy Holandii, a Francja? Francja brzmi jak Wielki Brat i Folwark Zwierzęcy. Nad nami zbocza i lasy. Do nich wiodą ścieżki i szlaki, drogi leśne i nawet asfaltowe. Tu nie ma przemysłu, zatem na tej wysokości to oddycha już się zdrojem. No i jest to miejsce, gdzie można pooglądać wszechświat i nacieszyć oczy gwiazdozbiorami, konstelacjami, czy mlecznymi drogami i skończyć nad ranem penetracją czarnej dziury. Wracamy lewą stroną pobocza do samochodu. Pod nami cudne łąki i malowniczy strumień, rozpłaszczający swój nurt i dzielący go na kilka odnóg, a pomiędzy tymi naczyniami wykwity wierzb i olch oraz płaszczki wszelakiego bogactwa wiosennych kwiatów. Ponownie zatrzymujemy się i wchłaniamy tą wspaniałość, którą podarowaliśmy sobie w te czwartkowe popołudnie, zmierzające w pięknie i szczęściu, do pracowitej bardzo w ogrodzie, ostatniej części dnia. Kolejny raz spoglądamy na te kaczeńce po drugiej stronie drogi, tuż za parkingiem. Myśleliśmy, że takie cuda, to tylko w Bieszczadach, ale Beskidy w niczym nie ustępują którymkolwiek z gór w Polsce. Przecież można tutaj też znaleźć zbocza z tysiącami krokusów. To dobrze. Są dla ludzi mądrzejszych, ambitniejszych ambicją niepowtarzalności, a nie tą stadną, wielkomiejską, pozbawioną ducha i refleksji.

Wodospad położony jest na wysokości 620 metrów nad poziomem morza, stąd też wracając, z góry widoki są jeszcze przepiękniejsze. Wstęgi perspektyw za każdym zakrętem są coraz to nową, jeszcze bardziej zachwycającą niesamowitością. Góry z naszej lewej strony, takie wiosenne i takież same po naszej prawej stronie, może jeszcze bardziej cudniejsze i tam hen przed nami kolejny majestat, kolejnych wypiętrzeń Beskidu Żywieckiego. Połączenia ogromnej bieli wielkich starych owocowych drzew z z jasną zielenią majestatycznych wierzb, czy dumy brzóz oraz niebiańskości błękitów na nieboskłonie, sprawiają, że czujemy się najbardziej wybranymi ludźmi świata. Ludźmi, którzy widzą, czują, chcą i poszukują, no i w efekcie dostępują rzeczywistości najpiękniejszych z pięknych. Czasem swoje mądre trzy grosze do genialności natury wtrąci człowiek, jak ten właściciel pasieki, której kolorowe ule wkomponowął w zielone zbocze w Juszczynie. Skręcamy w prawo. Malownicza Bystra z jej niesamowitymi możliwościami widokowymi, obejmującymi Beskid Żywiecki i Śląski. Przed nami Żywiec. Przedrzemy się przez jego korki, zatrzymamy się w centrum ogrodniczym i wrócimy do ogrodu przy Ogrodowej. Tutaj jeszcze dużo pracy, której paliwem pyszna irlandzkiej marki herbata.

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa fyrfle, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.