13 października 2021 roku, godz. 17:31 12,9°C

***

Wywalam się po kilkanaście razy na murkach. Nie jest to wysokość jakaś zniewalająca. Zaledwie pięciu schodów, ale w momencie, jak stopy są na blacie i robi się podjazd, czuć już jakiś tam respekt, czuć już jakąś tam różnicę pomiędzy wysokością podjazdu, a chodnikiem, w miejscu, gdzie się wyląduje. Dalej dużo rzeczy dzieje się na zasadzie zamkniętych oczu. Co prawda, mam je otwarte, ale nie ogarniam w ogóle, co dzieje się w powietrzu, nie umiem też prawidłowo podjechać. Ciągle ustawiam nogi w złej pozycji, co generalnie, aż tak bardzo nie utrudnia wykonania tricku, ale też nie prezentuje się stylowo. Dalej nie jestem pewien, gdzie patrzeć na moment przed wybić, na stopę prawą, ogólnie na blat deski, na miejsce, w którym się wybijam, czy na to, w którym ląduje. Na logikę - najlepiej tam, gdzie się ląduje. Ale wtedy robi się ciężko i dużo się mylę.

Czasem, zanim pójdę na deskę, muszę przeżyć małą katatonię, nerwicę, znowu pozwolić, żeby fobie i lęki powkładały palce do brzucha, powykręcały trochę jelita. Popatrzeć na kilka tych myśli: "bo co ja w ogóle idę jeździć, po co ja się błaźnie, mam prawie 30-stke, nie jeździłem dobrych 10-lat, a teraz idę na ten skatepark albo inną miejscówkę i tylko się kompromituję". Ciężko jest wyjść z domu, zrobić wtedy pierwszy krok, ale im bardziej boli mnie brzuch i mam stresa i szczerze powiedziawszy, chce mi się płakać, nieomal wpadam w panikę, wiem, że jeśli dzisiaj wyjdę, wezmę ze sobą blacik i pójdę pośmigać, to będzie progres. Potem okazuje się, że w krótkim czasie dobijam do poziomu, który miałem przed przerwą. Brakuje jeszcze trochę tricków, ale stylówka jest chyba nawet lepsza, weszło parę nowych rzeczy i prawie każdy dzień to mały progres.

Potem muszą przyjść negatywne myśli i poczucie winy: a gdybym nie przestał, a gdybym wrócił, a gdybym... Mogę szukać usprawiedliwienia, że przez te 10 lat przerwy byłem w tak wielu miejscach i robiłem tak wiele rzeczy, wiele musiałem ogarnąć, że tak na prawdę dopiero w tym roku zorganizowałem sobie wszystko tak, że mogę każdego dnia, prawie że o dowolnej porze iść i pojeździć przynajmniej te dwie godziny.

Ale to wymówka. I nie ma usprawiedliwienia. Są fakty - przestałem jeździć. Czy jednak jest sens się nad tym rozczulać? Nic nie gwarantuje, że faktycznie zrobiłbym jakiś ogromny progres, może wtedy bym się zatrzymał, a teraz się rozwijam? To tylko dywagacje. Znowu łagodzenie emocji.

Prawda jest taka, że miałem przerwę, a teraz wróciłem i to, co faktycznie mnie interesuje, to jakieś tam moje, prywatne cele. Nie chodzi przecież o to, żeby iść sobie pojeździć tam i z powrotem, ale żeby się rozwijać. Przełamywać swoje lęki, próbować nowych rzeczy. I może właśnie ten moment, w którym nieomal mam 30-stkę na karku, jest do tego idealny. Może teraz tylko się dowartościowuję. Może klepię po plecach, ale może w końcu muszę się nauczyć, zrozumieć i zaakceptować, że człowiek musi samego siebie po plecach czasem poklepać, pochwalić, przybić piątkę, powiedzieć sam sobie: zrobiłeś to dobrze, to było dobre, rozjebałeś tym ziomek, zamiast tylko negować wszystko, co się robi, do wszystkiego przywalać, o wszystko mieć pretensje. W końcu nie jestem moimi rodzicami i nie muszę mieć podejścia do siebie, jakie oni do mnie mieli. Sam z siebie jestem dumny, chociażby ludzie mówili naokoło, że jestem dzieciny (bo jeżdżę na desce, a mam trzydziestkę). Ale mnie to nie interesuje.

Ja jestem dojrzały i świadomy, wiem czego chcę i wiem, po co to robię. Dlatego właśnie decyzja powrotu może, w zupełnie naturalny sposób pojawiła się właśnie teraz. Może właśnie żeby, jak wiele lat temu deska wiele mi pomogła, również móc za parę lat podziękować jej za tak wiele rzeczy, za to, czego mogłem się nauczyć lub to, co mogłem w praktyczny sposób wypróbować.

Wywalam się po już któryś raz z kolei na murku. Ląduję krzywo. Mam obite kostki, rozwalony łokieć, lewa kostki boli po ostatnim lądowaniu, pięta też już nadwyrężona. Mam w uszach muzykę. Jestem teraz sam ze sobą. Są przypadkowi ludzie, którzy spacerują. Ale ja - ja jestem z tym co mam głowie, ze swoim ciałem, które mnie boli, z deską, na której chce zrobić jakiś triczek i z murkiem, z którego nie mogę odjechać czysto. Mogę iść po prostu do domu. Założyć plecak, wsiąść w auto. Przestać się błaźnić. Po co mam ryzykować? Ale ja nie odpuszczam i ja ryzykuję. Taki właśnie jestem, a w okolicach 30-stki łatwo zapomnieć o tym, łatwiej wybierać proste drogi, stawiać mniejsze wyzwania. Dlatego wróciłem. By stawiać sobie wyzwania, uczyć się działać w sytuacjach, gdy strach, chce przejąć kontrolę nade mną.

Zajmuje mi kilka minut, zanim rozchodzę kostkę, żeby znowu stanąć na blacie. Ale wiem, że z każdym krokiem, skupiony, zdeterminowany, jestem bliżej swojego celu. W końcu udaje się, ląduję, odjeżdżam. Znowu udało się wygrać z samym sobą. I to jest cenna lekcja. Pomimo krwi, strachu i bólu, a dzięki adrenalinie, skupieniu, samokontroli.

Starlight mogę sobie zmieniać imię!
 15 października 2021 roku, godz. 17:10

Krew, strach i ból...
Heh, też mam pierwsze skojarzenie z dyskoteką :D

Jacob_Filth Jot  15 października 2021 roku, godz. 17:58

Dziwne skojarzenia, ale nie wnikam

Starlight mogę sobie zmieniać imię!  15 października 2021 roku, godz. 18:08

Serio, nie wyczuwasz sarkazmu?

Jacob_Filth Jot  15 października 2021 roku, godz. 18:14

Domyślam, ale nie rozumiem

Starlight mogę sobie zmieniać imię!  15 października 2021 roku, godz. 18:29

Ach, no nawiązuję do ostatniego zdania. W kontekście jazdy na deskorolce to chyba trochę na wyrost, ale rozumiem, że jest ona symbolem walki ze starzejącym się sobą. To deprymujące ile wysiłku trzeba żeby wrócić do tego, co kiedyś przychodziło z łatwością. Przekonałam się o tym jak kiedyś chciałam zrobić mostek i okazało się, że ciałko nie chciało się wygiąć. Twoje ostatnie zdanie też znalazło w tym kontekście zastosowanie, choć o tak brzmi to nieco śmiesznie to "krew, strach i ból"...

Cóż, jak nie chwyciłeś od razu to się nie liczy...

Jacob_Filth Jot  15 października 2021 roku, godz. 18:33

Nie jest ze mną tak źle akurat, bo szczerze mówiąc po 3 miesiącach śmigam już na dość poziomie zbliżonym do tego co było, a nawet robię nowe rzeczy także progress, a strach ból i krew nie są na wyrost tylko to faktycznie jest obecne w momencie jak się jeździ próbuje i zalicza przysłowiowe gleby to jest i krew i ból po upadku i strach na przeszkodach. Z drugiej strony więcej upadków hartuje