25 kwietnia 2022 roku, godz. 10:22

30.03.2022 r.(środa)

Wiosenny dzień, w którym ponownie ma zacząć się zima. Na razie jest siermiężnie walczącym o swoją ciągłość, ubogim w krople deszczem. Mgłą rozpraszającą Beskid Żywiecki w domniemanie piękna, które jest, wszyscy wiemy, że jest, jak ta ziemia obiecana wieczności, w obcowaniu z obliczem Najwyższego. Świadczyć ma o tym słońce, które jasnością siwość przedpołudnia rozrywa i w radość w człowieku formuje. Ale ten dzień nocą skończy się. Jak ten tydzień skończy śnieg, co deszczem, który jak motyl zaprzeczyłby sobie i w gąsienicę cofną by się. Motyl nie, ale deszcz? Deszcz tak. Deszcz do zimy cofnie się. Przemieni się z diamentu kropli w lśniącą perły śnieżnej biel. Jeszcze jednego ulepimy bałwana. Topielica Marzanna, w bieli piany Wieśnika wskrzesi się, jak wspomnienie staruszki, czasem ociera się o ten w białej sukni - wielki, radosny dzień, który zapoczątkował, jak tamtej powieści strony - burzliwe i przeważnie przez mękę noce czarne i wietrzne, bure, w upokorzenia i walkę dnie.

Przed wschodem, jak strażnicy snów w nocy, ja i sąsiada Budrys, ufnie spoglądamy sobie w oczy. Potem on z trzaskiem mięśni, podnosi w niebo głowę i wniebogłosy głośno zawodzi! Chce wywieść nad Beskid , ociekającą jak sokiem, zatem promieniami dyrygującą, pomarańczę planety życia, wybłagać ją z mordoru bezgwiezdnej ciemności, między wczoraj sprawcowanym, a dzisiaj w natchnieniu poetyckim. W końcu Budrys szczeka, bo świt się rozmościł, a ranek zwleka ze złotem, z ezoterycznym przemienieniem jeziora ogrodu w promienistość, w tą świetlną przeźroczystość, zwiewność, jakby z prochów babiego lata. Może też jest to materia darowana z wybuchów i lotnośc plam na słońcu. Niebiańska nieziemskość, która spowija węgierkę, muska borówki amerykańskie, prześwietla lot dzwońca, a wprawny obserwator otrzymuje do szeroko w podziwie rozwartych ust, kliszę z marzeń szmaragdowo-jantarowego dzierżyciela ogrodnikowych zachwytów.

W końcu siadam i zajadam się wczorajszym wieczorem słodkiej kompozycji, przemienionym w symfonie smaków na pięciolinii brytfanny. Nuty są proste takiej muzyki. Do jest mąką, re jajkiem, mi drożdżami, fa dłonią zanurzoną, wygniatającą pulchność, sol jest konfiturą węgierkową z październkowego udoju, kiedy w owocach jest najwięcej słońca, zatem słodyczy - kiedy śliwka staje się słodkości tylko głębią, pulchnością, nieco opuszczoną przez soczystość, którą wyparł gorąc promieni. Si jest margaryną palmą ze stolicy Podbeskidzia, wypieszczoną, wykotełmanioną z cukrem i mąką, w perwersyjny trójkąt nieziemskiego smaku, sprawcy niepowstrzymania dziecięcych zapędów, które to dzieci, rwą je z drożdżowca, tworząc kratery - dowody kunsztu cukierniczego. Drugie do, jest zwieńczeniem dzieła - tym momentem, w którym nikt nie czeka, aż pulchność pachnąca ostygnie i jeszcze przed snem dzieje się słodkie łakomstwo, nie zważające na poranne fochy wagi pod stopami i jej stękania.

Myślę, że jedną z nacudowniejszych części mowy są nogi. Dokąd one nie poniosą, aby usta wypowiadały zachwyt, zauroczenie, miłość, wzruszenie, piękno, żeby właśnie, co oczom, to sercu, a z serca na usta i przelać też na papier, więc i nogi niosą, aby zobaczyć te jedyne nogi - nogi życia, nogi do ziemi, która to ziemia nosząca te nogi naszą ziemią obiecaną, naszym szczęściem, spełnieniem marzeń, zatarciem samotności, sensem życia, a na tych nogach pośladki - te w rozmiarze trzydzieści osiem, a wyżej ta głębia wnętrza i mądrość, rodzicielstwo, matczyność, a gdy nogi łączą się z naszymi ramionami, to jest miłość najrozkoszniejsza człowiekowi i najcudowniej miła Bogu!
Nogi! Niosą po najukochańszą osobę, ale i noszą oczy, aby spoglądały do ludzkich ogrodów, wypatrując cudności codziennej flory, spektakularnych konfiguracji fauny, czy meandrów różnych stanów duchowych ludzkości. Nogi wreszcie niosą przez wieś, w której ogrodach panowanie przejmuje wiosna i coraz bardziej stroi się w piękno, które jest typowej urody dla marca. Narcyze, hiacynty, czy fiołki. Nogi zwalniają, przystają ostatecznie, a oczy wtedy chwytają cud istnienia życia i świata. Przenoszą w krew, w komórki nerwowe, wyzwalając serotoninę, dopaminę, niszczac w klatce piersiowej skurcz niepewności przedzimia. Życie jest na powrót szczęściem. Teraz już będzie szukało ekstaz, rozkoszy, pieszczoty. Utuli w sobie błogość i spokój. Nogi ruszą w kolejny etap swojego losu. Zatańczą. Podskoczą z radości. Wreszcie pójdą walcując i czaczując do ogrodu. Dostarczą ręce grabiom, głowę słońcu. Pozwolą karkowi schylić się i być masowanym przez promieni słonecznych dłonie, w których balsam zdrowia, poczucia lekkości mimo pracy oraz zwyczajnego zadowolenia z tego kim się jest i gdzie.

Będzie dobrze. Wojna kiedyś się skończy. Usta przestaną też krzyczeć słowa pogardy dla brata, tutaj na miejscu, za to, że różaniec powiesił na lusterku w samochodzie, dla siostry, za to, że zawiozła teściową z Parkinsonem do Szwajcarii, aby umarła na własnych warunkach, nie na warunkach wymyślonych przez ludzi, którzy zawłaszczyli sobie Boga.

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa fyrfle, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.