24 sierpnia 2011 roku, godz. 2:14 7,6°C

„Obrzydliwy…”

… siedzieli wspólnie na kanapie i zastanawiali się jak zaplanować te kilka dni. Oleg i Zoja przyjechali na dziesięć dni. Pozostałe cztery dni urlopu zajmowała im podróż. Widywali się raz w roku, częściej nie dało rady. Prawdę mówiąc to Grzegorz trochę tęsknił za wyjazdem na Ukrainę, do rodzinnej wsi Zoji (Oleg pochodził z Lwowa) gdzie czuł się bardzo dobrze. Kiedyś jeździł tam prawie co roku, jakoś łatwiej było wtedy wyjechać na Ukrainę, niż im przyjechać do Polski. Wszystko zmieniło się po „pieriestrojce”. Trudno było im odmówić przyjazdu, skoro już mogli dostać paszporty. Dla Zoji i Olega to był wyjazd w szeroki świat, tak jak dla Grzegorza wyjazd na Rivierę…

„Zoja, dajcie się przekonać. Prawie co roku jesteśmy w Krakowie. Raz można zrezygnować. Te siedem dni to za mało na nasze plany, no chyba, że zrezygnujemy z wieczoru pożegnalnego i prosto z Krakowa do granicy ruszycie” Wczoraj przyszło kilku znajomych i jak co roku zrobili wieczór „zachodnio wschodni”. Alkohol (whisky i tequila) oraz zakąski były w stylu zachodnio-europejskim. Ilość i styl picia zaś na modłę wschodnią. Dziś się leczyli, by od jutra ruszyć w Polskę, tym razem w okolice Kołobrzegu.
Nu, nie nada, Tiereza. Ja uże skazał” – wtrącił Oleg. Zoja coś nie swoja był od wczoraj, cała blada. Chyba jej coś zaszkodziło wczoraj – „Babuszka, kończy w tym roku 90 lat i obiecałem jej pamiątkę z rodzinnych stron” – Oleg przeszedł na polski. Pradziadkowie Olega poznali się w Krakowie, tam urodziła się jego babcia. Później trafili do Lwowa, resztę historia załatwiła. „Oljeg, Tereza ma rację, trzeba zrezygnować z pożegnania” – rozsądziła Zoja – „Grisza, zrób proszę mienia czaj. Bez sachara” – poprosiła. Coraz gorzej z nią, żeby tylko nie zachorowała bo wszystkie plany w łeb wezmą. Może to tylko żołądek i jakieś tabletki pomogą. Trzeba zerknąć do apteczki. Grzegorz wstał i poszedł do kuchni. Sięgnął po apteczkę…

…” Grisza, Grisza, bystro… trjapku” – o co mu może chodzić. Dla pewności wziął papierowe ręczniki i wszedł do pokoju. Widok był tragikomiczny. Zoją targały jakieś skurcze żołądka, ostatkiem sił powstrzymywała torsje. Aż szkoda dziewczyny. Za to Oleg? Skakał koło Zoji jakby błazen, to chciał ja łapać, to się odsuwał, jakby nie wiedział co robić. „Oljeg, łap” – krzyknął i rzucił w jego stronę rolką ręczników. Sam pobiegł, do łazienki, po miednicę. Gdy wrócił, zastał jeszcze bardziej ucieszny widok. . Całe szczęście, że stołem zajęła się Teresa, usunęła ciasto i filiżanki. Oleg zaś okręcił ręce ręcznikami, i „bohatersko” próbował ratować co się dało. To próbował chronić sweter Zoji, to znów dywan i kanapę. Ręczniki szybko nasiąkły i ręce Olega przedstawiały jeszcze bardziej żałosny widok. Niepotrzebnie je używał. Grzegorz szybko podał miednicę Teresie, by podstawiła Zoji. Oderwał kilka ręczników i wcisnął je Olegowi. „Masz, wytrzyj ręce.” Po chwili, Zoji przeszły torsje i Teresa wzięła ją na balkon, na świeże powietrze. Grzegorz z Olegiem mieli się zająć sprzątaniem…

„Oljeg, po cholerę okręcałeś ręce ręcznikami. I to jeszcze papierowymi” – Oleg spojrzał na Grzegorza z wahaniem, i z lekkim zażenowaniem odpowiedział – „Ech, Grisza, bo ja… bo ja… kak eto budiet po polski… ja jestem otwratitelnyj…” - chyba zabrakło słów Olegowi. „Oj, Oljeg, Oljeg… Ty obrzydliwy?... Popatrz tylko na ręce i mankiety koszuli” – Ręce i koszula Olega były całe ubabrane, kawałki ręczników już zdążyły przyschnąć. Oleg spojrzał zaciekawiony. Lecz szybko jego wzrok pokrył się strachem, twarz zzieleniała a brzuchem wstrząsnęły skurcze. Jak torpeda pognał do łazienki. Deska sedesowa stuknęła o ścianę, coś stuknęło o podłogę i Grzegorz usłyszał odgłosy identyczne jak te które niedawno rozbrzmiewały w pokoju. „Cholerka, póki łazienka zajęta to nie ma sprzątania. Ale urządziłem chłopaka. On chyba, naprawdę jest obrzydliwy” – pomyślał Grzegorz idąc na balkon do dziewcząt…

… Dla Meedei…

Trjapku – ścierka
Otwratitelnyj – obrzydliwy
kak eto budiet – jak to będzie
nie nada, Tiereza. Ja uże skazał – nie można, ja już powiedziałem
czaj – herbata
sachar - cukier

Seneka 18 Gerard
 24 sierpnia 2011 roku, godz. 23:28

Bardzo dobre :)

meedea Aleksandra
 24 sierpnia 2011 roku, godz. 2:45

Bohaterem dla mnie ten kto w swe dłonie łapie wymiociny ukochanej osoby, by chronić jej odzienie...
Tyle.