20 września 2015 roku, godz. 16:17 6,9°C

Paraterapeuci czyli luźne wspomnienia z okresu chłopiniectwa #1

Psychologów, nienawidzę i wszelkie kontakty z tymi osobnikami przyprawiają mnie o dreszcze połączone ze spazmem mdłości. Zaczęło się to gdy w wieku lat nastu starałem się przypodobać pewnej niewieście o trupio bladym makijażu połączonym z włosami zakrywającymi połowę twarzy. Bez wątpienia była pierwszą pochopną miłością mojego życia, a nie ma nic silniejszego niż pochopna miłość młodzieńca. Doświadczeniami wzrokowymi nauczony wiedziałem, że ten typ ludzi ‘trzyma’ jedynie z sobie podobnymi. Tak więc z dnia na dzień przefarbowałem włosy z ciemnego blondu na kruczoczarny odcień, równie naturalny co biust Pameli Anderson. Przywdziałem zielone bojówki, a z czarnej koszulki ojca zrobiłem bezrękawnik – przy pomocy siły własnych rąk – i wypaliłem na nim piękny napis „Jesus is coming”, wybielaczem. Podziałało niemal natychmiastowo, po trzech dniach kroczyłem ulicą dumnie dzierżąc w ręku dłoń Patrycji. Zdawałem sobie sprawę, że jest ona czubkiem i to czubkiem nad czubkami, jednak odpowiednie wypukłości w ciele kobiety potrafią rekompensować absolutnie wszystko, a przynajmniej jak się ma lat naście. Patrycja należała do tego dziwnego gatunku ludzi, którzy raz w tygodniu muszą podjąć próbę samobójstwa celem zachowania sensu własnego istnienia. Także wraz z postępowaniem naszej znajomości mi przybywało doświadczenia i umiejętności seksualnych, jej zaś sznyt na nadgarstkach. Wszystko trwało by znacznie dłużej niż 2 miesiące, gdyby pewnego świtania moja wybranka nie postanowiła spróbować odebrać sobie życia i może nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt że chciała odebrać je również mnie. Wykorzystując, że nie zwykłem wstawać zbyt wcześnie wykonała profesjonalne cięcia wzdłuż swoich i moich przegubów, które tworzyły równa linię - nazywała to „rysą wierności”, a „może miłości”, już nie pamiętam . Wrzask, który wydobyłem z gardła na widok fontanny krwi wypływającej z mojej ręki zbudził rodziców w drugim skrzydle domu. Zabrało nas pogotowie i jakoś wyżyłem. Patrycji na szczęście już nie spotkałem, ale jako, że zawsze gdy kończy się coś to coś się zaczyna, wtedy zaczęła się moja znajomość z Panią Anną. Pani Anna, nie Ania, czy Anna, ale Pani Anna – jest to bardzo ważne – była wówczas 27 letnią psychoterapeutką na spotkania, z którą zmusili mnie rodzice. Piękna miedziano ruda niewiasta o okrągłej twarzy i piegami w okolicach nosa oraz minie która nie wyrażała absolutnie nic i nigdy. Wydaje mi się, że właśnie wtedy pierwszy raz dostrzegłem różnice między słowami dziewczyna, a kobieta...

Alkomatek Mati
 20 września 2015 roku, godz. 22:39

'psycholożki' nie są takie złe, strzec należy się 'psycholoszek'