7 lipca 2019 roku, godz. 15:53

8 lipca 2004 roku, godz. 19:46

Prolog: tak sobie właśnie pomyślałem, że gdyby w dzisiejszych czasach urzędowała Policja Myśli, to ze mną by nie było żadnego kłopotu, ponieważ sam piszę raporty z całego dnia. Obym nie popadł w jakąś manię. Wkrótce będzie mnie można zobaczyć jak jem bułkę, a zaraz potem skrzętnie notuję jej składniki oraz godzinę spożycia.
Jeśli byłbym w stanie prowadzić ten dziennik aż do końca swoich dni, co bym zyskał? I tak komu innemu przypadnie przyjemność wypisania mojego aktu zgonu - to byłaby zapewne ostatnia strona. A nie liczy się, kto zaczął, ale kto skończył (parafrazując słynne słowa naszego byłego premiera).

Nawiasem mówiąc, zakłady pogrzebowe uatrakcyjniają swoje oferty m.in. przez wystawianie tego aktu gratis. Przeczytałem to dziś w lokalnej gazecie. Reklamy znajdowały się tuż pod nekrologami...

Tak w ogóle to mam dobry humor. Ale o tym później, gdyż teraz wyruszam do Bestii, aby naprawić swój błąd sprzed dwóch dni.

Później: wróciłem właśnie z małego spotkania posturodzinowego. Obiecałem, że za rok przyjdę dwa dni wcześniej i się wszystko wyrówna...

Jeszcze później: przed chwilą skończyłem pisać Curriculum Vitae, czyli pospolite si-wi, albo ce-fau, jak kto woli. Chociaż to drugie określenie bardziej mi się kojarzy z płytkami ceramicznymi.

W swoim CV napisałem (równie dobrze można było tu dać "nakłamałem" - od "napisałem" różnica zaledwie czterech literek); napisałem więc, że - tak - jestem kreatywny, lojalny, otwarty na nowe znajomości; poza tym znam miliony programów napisanych w milionach języków; na dodatek pokończyłem wiele kursów, szkoleń i kształceń; plus jeszcze moje dotychczasowe doświadczenia zawodowe; plus zainteresowania i wolontariat (czy to się rymuje z "wariat"?); ach - mam wrażenie, że większe wrażenie zrobiłbym na pracodawcach, gdybym napisał, że tak naprawdę, to mi się nic nie chce i najchętniej pojechałbym za cudze pieniądze dookoła świata (wtedy nie musiałbym kłamać, że jestem też szczery). A jeżeli udałoby mi się kogoś do siebie przekonać, miałbym pracę pełną wrażeń. Chyba zostanę ambasadorem...

Dziś o piątej rano ktoś kichnął w pokoju, w którym spałem. Kichnięcie dotarło do mnie z mocą uruchamiającą proces budzenia. Nieco się przeraziłem, gdyż z reguły śpię sam. Spojrzałem na zegarek - tak, była godzina piąta. Zdziwiłem się, gdy spostrzegłem, że nie jestem w swoim łóżku. Zauważyłem poruszający się zwitek sierści na fotelu obok. Kiedy tylko zrozumiałem, że to Kazan, a ja nocuję na Warszewie, przerażenie i zdziwienie opuściły mnie momentalnie. Wszystko to pamiętam jak przez mgłę, ponieważ była to wspominana już kiedyś chwila intersenna.

O godzinie szóstej ponownie obudził mnie Kazan, tym razem swoim pomrukiwaniem. Cokolwiek mu się śniło, mruknął jeszcze raz, dwa razy ruszył gwałtownie łapą i się uspokoił. Kolejną intersenną chwilę miałem za sobą.
Nie wiem dlaczego rano mam taką ciężką głowę - bez względu na to, jaki miałem wieczór dzień wcześniej, głowa jest i tak mniej lub bardziej ciężka. Budzik w telefonie zaczął dzwonić o godzinie ósmej. Grał swoją melodię przez minutę i za dziesięć minut próbował raz jeszcze wyrwać mnie z łóżka. Nie udało mu się. Wstałem przy pomocy Kazana dopiero ok. godziny dziewiątej. Pospacerowałem z nim po polu niedaleko domu i wyruszyłem zdobywać kolejny, słonecznie zapowiadający się dzień.

Jadąc rowerem na wydział przez park, mijałem starszego pana, który szedł z głośno grającym radiem ukrytym gdzieś za pazuchą. Wesołe jest życie staruszka - ciśnie się na usta.

O czternastej wróciłem do domu, posiliłem się, wykąpałem i wyjechałem (jakżeby inaczej - rowerem) na Warszewo. Posiedziałem trochę z Kazanem i dopadła mnie godzina osiemnasta. Jako że planowałem na dziś wizytę u Bestii, wyszedłem jeszcze na spacer z psem i wyruszyłem z powrotem do Getta (tak pieszczotliwie nazywam swoje miejsce zamieszkania).

Gdyby ktoś mnie zapytał:
- A co się działo w czasie drogi powrotnej?
Odpowiedziałbym:
- Ha. Spytaj lepiej, co się wtedy nie działo...

Na początku kropił lekki deszczyk. W związku z tym, że Warszewo mieści się na Wzgórzach Warszewskich, zjeżdżając z owych wzgórz, widzi się przed sobą panoramę Szczecina. Zatem i ja takową zobaczyłem, jadąc w tym lekkim deszczyku. A nad tą panoramą ujrzałem kłębiaste chmury, wyrzucające z siebie (jak kameleon swój język) świeliste błyskawice. Po chwili docierały efekty dźwiękowe (faceci z dźwiękówki się obijali, tudzież ci od efektów wizualnych gdzieś się spieszyli).

Nim zaczęła się totalna ulewa, raz straciłem panowanie nad rowerem i wpadłem w mały poślizg przy hamowaniu. Pięknie - pomyślałem - zobaczymy, co będzie przy zjeździe z górki, kiedy to w normalnych warunkach pędzę ok. 40 km na godzinę.

Jednak jakoś udało mi się zjechać. Dałem nawet radę przejechać po kocich łbach, po których przez kilkaset metrów muszę wytrzęsywać wszystkie swoje wnętrzności. Sądzę, że jechałem tam nawet szybciej niż zwykle, gdyż hamulce słabo działały w czasie deszczu, a i bardziej mną trzęsło niż zazwyczaj. Burza rozszalała się na dobre.

Teraz, gdy siedzę w ciepłych kapciach i piszę te słowa, mile wspominam tamte momenty. W końcu ogólnie to było ciepło i przyjemnie. Szkoda tylko, że wcześniej niepotrzebnie wziąłem kąpiel.

Zanim jednak dojechałem do suchego domu, musiałem przejechać przez park. Tam znów było pod górkę i tam właśnie najbardziej się ubrudziłem, a raczej ubłociłem sobie koszulkę, przede wszystkim z tyłu. Wiem, że to nierozsądne, jeździć na rowerze w deszczu bez błotników, ale tuż po moim wyjeździe z parku burza osiągnęła swoje apogeum, a apogeum to było na tyle silne, iż nawet błotniki podczepione z traktora na nic by się zdały.

Jakby wody wokół było mało, niezbyt czysta deszczówka [deszczówa raczej - przyp. autor] zalała mi oczy, które w obronie własnej zaczęły łzawić. Na początku się wystraszyłem, bo w końcu nic nie widziałem, ale gdy tylko przetarłem sobie jedno oko i spojrzałem przed siebie, ujrzałem kalejdoskop kropel spływających po szkłach okularów. Przez krople przebijał się zniekształcony świat, co do którego jednego byłem pewien - tonął on w deszczu. Bez względu na stan oczu, i tak widziałem niewiele.

Dojechałem do domu, nie spiesząc się zbytnio. Nie zależało mi już na prędkim znalezieniu się pod dachem. Byłem przemoczony do suchej nitki. Kilka razy nawet uśmiechnąłem się do siebie przez tą całą sytuację. O 19:30 przekroczyłem próg mojego pokoju...

Teraz, pięć godzin później, burza się reaktywowała po krótkiej przerwie. I mimo że korci mnie, aby wybrać się na wycieczkę rowerową, właśnie teraz (chociażby po to, żeby pomóc koledze rozwozić gazety), położę się spać. Albo i nie...

Swobodna myśl zrodzona po gromkim uderzeniu pioruna: nocą burza jest dużo straszniejsza w swojej tajemniczości. Za sprawą błyskawic pojawiają się wokół ciebie cienie, które z racji swojej krótkiej egzystencji, rzucane są przez nie wiadomo co, nie wiadomo kogo...

Epilog: odkryłem straszną prawdę - Policja Myśli urzęduje nawet teraz. Robi to od chwili, kiedy jeden z pierwszych ludzi namalował niepojęte obrazki na ścianach swojej jaskini. Ona ustawiła się wtedy przed tymi obrazkami i próbowała pojąć, co natchnęło ich autora, że je stworzył. Tak i stoicie wy, Drodzy Czytelnicy. W swoich mundurach z mamuciego futra przyglądacie się cudzym myślom. Klikacie myszką i udrzecie w klawiaturę, stwarzając pozory nowoczesności. Lecz z waszych oczu bije ten sam blask, który bił przed kilkoma tysiącleciami. Blask, który was przeraża. Bo wiecie, że identycznym wzrokiem ktoś z boku patrzy na was.
Wszyscy mamy swoją Policję Myśli. Pozostaje nam mieć nadzieję, że więcej dajemy z siebie niż w rzeczywistości zabieramy innym. Jak pisze Jonathan Harker w swoim dzienniku: "Dryfujemy na rafy i nadzieja jest teraz naszą ostatnią kotwicą".

sprajtka Ala
 19 sierpnia 2019 roku, godz. 10:57

Rzadko piszę dziennik. Mam wrażenie, że nikt z tego co piszę nic nie zrozumie.
Ty piszesz tak, że chce się czytać, jakbyś był podobny " do nikogo"...taki swój;)

marcin kasper marcin
 14 lipca 2019 roku, godz. 20:23

to nie wybór, nie rozwinę tematu, bo lękam się reakcji użytkowników portalu..,

taki ze mnie twardziel..

wiesz, czekam na kolejny Twój dziennik, lubię buszować między wersami

Radziem Radek
 14 lipca 2019 roku, godz. 19:36

@tallea, już nie pamiętam dokładnie, może mnie wtedy wyobraźnia poniosła... a może nie :-)
@Wiola, dziękuję!
@marcin, szanuję Twój wybór. Dzięki za informację!

tallea asterja
 14 lipca 2019 roku, godz. 19:29

Tyrasz jak wół
mrówko...

marcin kasper marcin
 14 lipca 2019 roku, godz. 19:15

jeżeli nadal jeździsz rowerem bez błotników, to pamiętaj, że mam ciągnik..
inny, bo nie z produkcyjnej taśmy..

zamierzałem napisać dość obszerny komentarz pod tym tekstem, ale zrezygnowałem

pewnie chciałbyś wiedzieć dlaczego,
ależ ze mnie optymista..

powodzenia, pozdrawiam

CierpkaWoda Wiola
 7 lipca 2019 roku, godz. 17:42

Przyjemnie się to czyta.
Aż zatęskniłam za swoimi pamiętnikami..

tallea asterja
 7 lipca 2019 roku, godz. 16:07

40km/h hm
mój rower tak rozklekotany, ze przy 30km/h "rozmawia" z bocianami ;)