12 sierpnia 2016 roku, godz. 18:41  0,0°C

Słowiański Beduin

Podróż trwa, lokomotywa ruszyła pięć lat temu i zatrzymać się nie chce, czasem zwalnia, z rzadka ktoś wskakuje, niektórzy wpadają jej pod koła, a ja trwam. Zmieniam tylko miejscówkę, raz pierwsza klasa, raz druga, czasem korytarzowa podłoga, a i w ubikacji ukrywać mi się zdarzało. Można pomyśleć, że użalam się nad sobą, ale nie. Kocham mój pociąg, a wiadomo jak jest miłość to i nienawiść występować musi. 5 lat zwiedzam nadwiślański kraj nigdzie nie mogąc zagrzać miejsca, bo i po co. Przybyłem, zobaczyłem, czas spie***lać zanim zaczną się zobowiązania, obietnice, obowiązki, zanim sznur zaciśnie się wokół szyi. Tak właśnie mija mnie czas, i choć wciąż wydaje mi się mam go wiele, czuję jak przeciska się między serdecznym, a środkowym palcem. Bezdomny przez pół dekady, cały dobytek życia mieszczę w jedną torbę – dużą ale wciąż jedną – to nie tak że na drugą mnie nie stać, po prostu z dwoma trudniej się przemieszczać, a jak wiadomo ruch to życie, nie ruszasz się umarłeś. Podpisałeś umowę najmu na dwa lata – śmierć. Stała praca – śmierć. Zakochać się – umrzeć. Dziecko – śmierć po tysiąckroć. Jak się niewiele posiada stracić wiele też się nie da, to pocieszająca myśl, tchórzliwa, ale pocieszająca. Chociaż jak nad tym myślę doza pewnego rodzaju odwagi jest niezbędna, by Nie Mieć. Mieć czy być? Słowa, nad którymi rozmyślałem najdłużej podczas studiów filozoficznych. Wszystkie za i przeciw sprawdziłem, i to drugie zawsze wygrywa. Tak o to uważam się za człowieka niezwykle bogatego, zamożnego w tysiące poznanych twarzy i setki historii wartych nobla. Nie ukrywam, że czasem nachodzi mnie myśl – wyskocz, zatrzymaj się, przytul na dłużej niż 5 dni, zbuduj dom, spłodź syna, posadź drzewo. Zazwyczaj w okolicznościach zadurzenia totalnego, którego to w życiu uniknąć nie sposób. Jako słowiański Beduin raz na jakiś czas. Ciężki do sprecyzowania, ale regularny spotykam na swej drodze Anioła ze znakiem STOP, nakaz skrętu w prawo, teren zabudowany, miejscowość dom wita. Minąłem ich już sześć, cech wspólnych brak, w zasadzie prawie brak, bo dwie są. Wewnętrzna – bezbrzeżny optymizm. Zewnętrzna – pieprzyk, na policzku w okolicach lewego kącika warg. Zawsze. O ile cecha wewnętrzna może być całkiem zrozumiała i racjonalna w tłumaczeniu, o tyle zewnętrzna, aż razi moja szczątkową logikę. Chyba, że są ze sobą w jakiś sposób powiązane, może wszyscy najwięksi optymiści taki właśnie pieprzyk posiadają? Stała kosmiczna, ciekawe czy Gatsby Fitzgeralda też go miał? Radziłem sobie zawsze w sposób prosty, zapalałem papierosa, zamykałem oczy i czekałem, aż go minę i choć moja ciuchcia zwalnia na ich widok i trwać to potrafiło całymi dniami w końcu bezpiecznie przejeżdżałem dalej. Teraz mijam siódmego, może jeszcze nie Anioła, a Aniołka, ale tym razem wiszę już w oknie gotów skakać z ostatnią wahającą się nadzieją na bezpieczny przejazd, boże którykolwiek pozwól mi zamknąć oczy!

No ale może zacznę od początku.

Canaletta Sandra
 3 listopada 2018 roku, godz. 14:23

Znowu zaciekawiłeś. Jak zwykle.

Witam ponownie. Pisz dalej.

chrupcia Ania
 16 września 2017 roku, godz. 00:25

Kiedy się już wsiadło do pociągu trudno z niego wyskoczyć..
Coś Cię trzyma i pędzi za szybko..