12 grudnia 2016 roku, godz. 11:51

12.12.2016r.

Obudziłem się dzisiaj dwadzieścia po piątej. Za oknem była totalna ciemnica, ale za to o blachę dachu bębnił deszcz. Po natężeniu szumu zrozumiałem od razu, że jest to ulewa. O wpół do siódmej wyszedłem przed dom rozejrzeć się, ale dalej panowała noc, tylko siła deszczu zelżała do przeciętnego opadu. Teraz widzę, że na niebie królują chmury. Przekłada się ich siność na to, że muszę korzystać ze światła elektrycznego, aby widzieć coś w zielonym pokoju. A za oknem znowu deszcz osiągnął siłę ulewy. Jest i tak lepiej niż wczoraj, kiedy to silny deszcz szedł w parze z porywistym wiatrem. Dzisiaj wiatru nie ma, co wnioskuje po tym, że tuje nie wyginają się, no i gałęzie świerków są przede wszystkim nieruchome. Na polu jest więc nieprzyjemnie, ale popiszę ,wypiję kawę i trochę się przejdę po tym świecie, chwaląc go jakim jest.

Czasem człowieka licho kusi i co najgorsze podkusi. Tak i się stało - zmyleni reklamami i omamieni pozytywnymi ocenami rodziny i znajomych poszliśmy na trzecią odsłonę Brygidy Dżons. To taki film, co się wychodzi z kina i nie wie się o czym on był. Straszliwie infantylne kino kobiece, obliczone na gospodynie domowe i odmóżdżone singielki. I ta gloryfikacja rozbuchania seksualnego oraz promocja LBGT. Aleśmy dali się nabrać! Brrrr! Niesmak po piątkowym wieczorze utrzymywał się w nas przez cały łikend i raz po raz były nawroty pretensji do samego siebie.

W niedzielę poszliśmy do kościoła. Najciekawsze to było to, że w jednym z ogródków dojrzeliśmy kwitnącego pierwiosnka, a w innym znakomicie kwitną wielokolorowe krzaczki bratków, które znakomicie wytrzymują dotychczasowe spadki temperatury - może temu, że towarzyszyły im opady śniegu, które dawały ich kwiatom ochronną kołderkę. W samym kościele brak mi maszyny z kawą, albo funkcjonariusze Akcji Katolickiej i Róże Róż Różańca mogłyby tę kawę parzyć i każdemu przynieść na początku mszy, wtedy mniej by się ziewało i było w połowicznych objęciach tak zwanego Morfeusza. Senny i bez dobroczynnego działania kofeiny, to jednak ubawiłem się szczrze, gdy ksiądz oparł swoje kazanie na niedzielnym czytaniu i próbował wytłumaczyć sprzeczności w ewangeliach. No bo po kiego Jan Chrzciciel słał uczniów do Jezusa z zapytaniem - kim jest?, skoro wczesniej Go chrzcił w Jordanie. Ekwilibrystyka tłumaczenia księdza i to powoływanie się na doktorów kościoła i metodologię, była p[o prostu komiczna, mimo powagi padających z mównicy słów. Ewangelii na początku było na pewno z kilkadziesiąt. Konstantyn Wielki bodajże zdecydował o wyborze tych czterech, zawierających najmniej sprzeczności i dającym najwięcej możliwości władzy biskupom i klerowi. Napisał im jeszcze Credo i poszło! Biskupi dostali kasę i władzę nad duszami, ale wtedy coś pękło raz i na zawsze - dlatego modlę się Ojcze Nasz i po swojemu. We mszy obecnej jest to dobre, że trwa 45 minut, znaczy się jest krótka. Kazania? Księża pewnie muszą się odnosić do czytań w nich i dlatego one nie pasują często do dnia dzisiejszego, więc są mówieniem do Muz nie do ludzi. Ale jeszcze potem poszliśmy na cmentarz, zamyślić się i pomodlić, doznać wredności teściowej, cynicznej, zaplanowanej, dewastacyjnej wredności teściowej. potem ruszyliśmy z powrotem dwa i pół kilometra do domu. Tu taka obserwacja jeszcze mi się nasunęła, że szczytem wygodnictwa jest jechać 300 metrów do kościoła autem i po mszy jeszcze 200 na cmentarz, ale bywają takie przypadki indywiduów ludzkiej kondycji.

Od kilku dni zaczytuje się w dzienniku Jerzego Pilcha. Dla mnie to wspaniała literatura, bo jest w niej ironia, sarkazm, kpina i złośliwość, a więc to co mnie w pisaniu ujmuje najbardziej. I jeszcze te jego dywagacje ze sobą i innymi autorami, kto na przykład od kogo zapożyczał? Schulz od Kafki czy Man od Schulza? I te polemiki z autorami artykułów w różnych gazetach oparte na kpinie, ironii i kąśliwościach. No po prostu czyta mi się go znakomicie. Najlepszy jest ten dystans do swojego luteranizmu i do siebie oraz kpina z tego co dzisiaj dzieje się w polityce , literaturze czy w życiu salonowym. I jeszcze te sarkastyczne ujęcia codzienności polskiego życia. Czytam powoli i wypisuje sobie cytaty z Pilcha i karmię się nimi i karmić się będę, że powtórzę za klasykiem. Drugą księgą, którą wypożyczyłem w wiejskiej bibliotece jest księga fraszek i molestuje ją z perwersyjną radością jak wyuzdanie dotykam księgi Pilcha. Fraszki to najlepsza forma poprawienia sobie samopoczucia i znalezienia uśmiechu dla siebie i otaczającego nas świata. Tyle w nich celnych i radosnych obserwacji ludzkiego świata, że warto chociaż pięć minut dziennie dla tej formy poezji znaleźć i po obcować z Kochanowskim , Lecem czy Sztautyngerem.

Przed chwilą napisałem wiejskiej biblioteki. Zrobiłem to celowo, bo przez piątek sobotę i niedzielę - raz po raz - zastanawialiśmy się nad przymiotnikami wiejskie i wiejski. Przyjechała do nas K i na końcu posiłku stwierdziła, że wspaniale było zjeść wiejski obiad! W sklepie mięsnym są kiełbasy, kabanosy, szynki i pasztety wiejskie, a obok na rybnym śledzie po wiejsku. W reklamówkach dostarczanych do naszego domu jest pełno artykułów wiejskich. Toż w mieście nie ma dobrego jedzenia? To prosty chwyt psychologiczny, bo wpojono nam, że co wiejskie to lepsze z jadła, a poza tym większość miastowych to słoiki, a więc jak im się napisze, że coś jest wiejskim, to lepiej się sprzeda i faktycznie tak się dzieje. Najbardziej mnie wnerwia jak we francuskich, angielskich i niemieckich hipermarketach są te reklamy, że produkt polski, bo od nich właśnie oczekuje, ze kupie tam oryginalne produkty z tamtych państw i niech sobie będą droższe - czasem mam ochotę i tyle. Wychodziłoby na to, że wiejska część ludzkości w skutek wiejskiego spożywania wiejskiego jadła jest też lepsza! A może jest też jakiś seks po wiejsku?

W katolickiej gazecie wielkimi literami iście diabelski tytuł - Nadzieja w cierpieniu! Ciarki mnie przeszywają, bo moim zdaniem modlitwą nie zagłuszysz cierpienia. Modlitwą możesz poprosić o złagodzenie cierpienia, ale w chwili, gdy to nie nastąpi łatwo możesz człowiecze stracić w Boga wiarę i chyba raczej całkiem słusznie. Zgrzyta mi to w katolicyźmie strasznie, że ten odłam chrześcijaństwa opiera się na cierpieniu, smutku, użalaniu, męczeństwie. Moim zdaniem do jasnej ciasnej nie po to umierał Chrystus, a po to żeby ludzie miłowali się i żyli w radości, a nie w cierpieniu i winie. Dlatego jako katolik na mszę idę jak pies na miłość z jeżem.

Jest przed jedenastą, intensywnie pada deszcz, ale cukrówki nic sobie z tego nie robią i całą gromadą przyleciały na druty energetyczne. Krople grudniowego deszczu, jak bańki choinkę , przyozdabiają suche brązowe kwiatostany pnącej hortensji, które tym samym wdzięczą się moim oczom i chcą przekonać mnie być może,abym ich nie zrywał i nie zrobił miejsca nowym przyszłorocznym kwiatom. Tak samo jest z szyszkami chmielu wiszącymi tam wysoko na pomiędzy kondygnacjami. Są piękne w powleczeniu deszczowym i tak współgrają z tym przedświątecznym czasem. Są jakby świątecznym stroikiem na domu, w którym mocno wyczuwalne są: Wiara, Nadzieja i Miłość.

Jak biznes robi zakonnik, to mówi się o tym dzieło, a jak biznes robi człek świecki, to teraz jest to projekt.

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa fyrfle, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.