16 września 2020 roku, godz. 19:49 4,0°C

Marcelinka

Nieliczne były wyjazdy do ojca, ale im młodszy byłem, tym częściej jeździłem. Na wakacje, na ferie zimowe, na życzenie. Matka nigdy nie utrudniała ojcu widzenia z dziećmi, a on był jak Święty Mikołaj – co przyjechał z daleka, to przywoził reklamówki zabawek i słodyczy. Przytulał, obściskiwał, ale zawsze czułem się przy tym niezręcznie, a jego samego postrzegałem, bo ja wiem, jak kolegę, ale w gruncie rzeczy jak kogoś obcego.

Było lato, a ja u ojca, jakieś sto osiemdziesiąt kilometrów od domu. Nie wiem jak miała na imię ta dziewczynka, jakoś na „M” – Michalina, Marcelina, nie pamiętam. Miała ciemne proste włosy do ramion i jasne, lekko wyłupiaste oczy. Poza tym, sporo piegów koło nosa, podobnie do mnie. Pierwszy raz się zakochałem i to mając nie więcej jak 7 lat. Co w trakcie pisania jest dla mnie niemałym szokiem – że w ogóle dzieci w tym wieku to potrafią. Nie zadecydowały o tym ani piersi, ani pupa, ani talia osy, tylko czas spędzany na zabawach. Pamiętam tylko, że chodziliśmy do wesołego miasteczka. Nawet dziś widzę ją kilka metrów przede mną i kilka metrów nad ziemią, na rozkręconej łańcuchowej karuzeli. Widzę nawet jak powiewa kosmyk jej włosów w tamtej chwili. Czułem błogość, gdy ją widziałem i kiedy mówiła do mnie po imieniu, z wyczuwalną sympatią.

Któregoś dnia, biegnę z bandą innych chłopców i kuzynem parę ładnych lat starszym. Podniósł ją całą, drobinkę, i zarzucił na ramię. Kazał klepać w pupę, no to wszyscy klepiemy. Były to jakieś żarty, ale na pewno nie dla Marceliny. Czułem się okropnie, widząc ją wściekłą i rzucającą najgorszymi wyzwiskami we wszystkich. Po tym wydarzeniu nie spotkałem jej więcej.

https://www.youtube.com/watch?v=kBKLFTHr0Ps

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa Recerz, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.