29 sierpnia 2021 roku, godz. 3:15 2,3°C

Co słychać? V

Nie dogadywałem się z lekarzem, w tamtym czasie jedynym na pokładzie. Pozostawał ostatnią osobą z załogi, której nie mówiłem po imieniu, z wyjątkiem Matki, co wskazywało na charakter relacji czysto służbowej. Nawet do jego żony, a mojej szefowej, którą widywałem tylko raz na jakiś czas, zwracałem się po imieniu. Wydawało się to dziwne, zwłaszcza że znaliśmy się już wcześniej. Pomagałem mu między innymi przy pracach budowlanych, kiedy stawiał dom, a rozładunek węgla do przychodni był niemal tradycyjną przysługą. Ciekawa sprawa, że nawet Mama zwracała się do niego per „Doktor”, choć znali się ze dwadzieścia lat.

Doktor liczył około pięćdziesiąt wiosen, miał nieprzeniknione, ciemne oczy oraz fryzurę na wojskową „zapałkę”, kamuflującą zaawansowane łysienie. Był lekarzem z ogromnym doświadczeniem i doskonałą pamięcią. Zwykł mówić szybko i niewyraźnie (o ile mruczenie pod nosem można nazwać mową), z przekonaniem że wyraża się jasno – upośledzenie umiejętności społecznych, to typowa cena za inteligencję. Pracował jeszcze szybciej niż mówił. Mógł obsłużyć imponującą liczbę pacjentów, nawet nadmiarowych. Każdy doczekał się porady. Jednak część pacjentów, już po wizycie, nie wiedziała co ma dalej robić. Jego naturalna, choć skrywana pogarda inteligenta względem mas, doskonale przeze mnie rozumiana, wyrażała się w wizytach domowych, na które nie jeździł bez pielęgniarki środowiskowej, czyli w tym przypadku mojej Mamy. Mogę tylko snuć domysły dlaczego. Prawdopodobnie pielęgniarka była nie tylko przewodnikiem po środowisku, które znała jak własną kieszeń, lecz także prowadziła luźne rozmowy z prostym ludem, dzięki czemu lekarz mógł zająć się leczeniem i powrócić jak najprędzej z otchłani plebsu – tak podejrzewam.

Duże tempo prac w przychodni wzbudzało w nim nerwowość. Rozkręcał się jak burza, wyrażał wulgarnie i marudził niczym małe dziecko. Niestety, moja osoba w gabinecie kojarzyła się na ogół z problemami, mimo że cały dzień pracowałem na utrzymanie bałaganu w należytym porządku (che, che). Krótko mówiąc, dokładałem mu roboty. Rozmowy z nim bawiły i męczyły zarazem. Marudne i mało eleganckie brednie ciągnęły się jak guma do żucia. Ileż to razy odwracałem się na pięcie, zbierając do wyjścia z gabinetu, w nadziei że skończył gorzkie żale, a okazywało się że ma coś jeszcze do dodania. Nieelegancko zwracać się tyłem do rozmówcy, zwłaszcza gdy jest poniekąd twoim szefem, więc wirowałem jak w tańcu. Będąc już na korytarzu, słyszałem jak dorzuca jeszcze jakieś zdanie, a potem kolejne, gdy zdążyłem przysiąść do stanowiska. Z czasem zrozumiałem, że ten typ tak ma, a nie jestem zatrudniony w charakterze niańki, czy psychologa. Wiedziałem, że w czasie jałowej dysputy, obsłużyłbym dwie rozmowy telefoniczne, a on zapewne cztery.

Sytuacja wyglądała gorzej, jeśli popełniłem organizacyjny błąd. Wtedy robiło się konfliktowo. Moje błędy były od razu widoczne na korytarzu i nic nie mogłem już na to poradzić. Doktor spoglądał na mnie milczącą wściekłością, przechodząc korytarzem. Daria wydawała się mieć z nim podobny problem, mimo że był jej ojczymem. Nawet ona popełniała błędy, ale załatwiała takie sprawy jedną impulsywną pyskówką – takiej to dobrze. Dała mi tym samym wskazówkę jak rozmawiać z Doktorkiem. Nawiasem mówiąc, wydawali się jakąś zwariowaną rodzinką, w której wszystko rozwiązuje się krzykiem. Daria wręcz pogardzała Renatą, Renata wręcz pogardzała Doktorem. Razem z Matką wyglądaliśmy na ich tle jak oazy spokoju.

Co innego po robocie. Doktor wyluzowany, uśmiechnięty, sypał nie najgorszymi żartami, typu „Wypisz czopki i wyślij do wszystkich” albo „Przydałby się kod chorobowy na lenistwo, to by ułatwiło pracę” – zupełnie inny człowiek. Któregoś wściekłego dnia, przywalony obowiązkami ponad możliwości, zacząłem nawalać. Kocioł wykipiał. Wkurzone spojrzenia Doktora, obwiniające mnie za całą sytuację, przelały czarę goryczy. Przeczekałem, rozbity, ostatnią godzinę roboczą, nie robiąc zupełnie nic, gapiąc się pustym wzrokiem w komputer – totalne przegrzanie obwodów. Jakiś prostaczek przyszedł wtedy z pretensjami i pokazywał pazurem, że nie wypisałem mu leku, prawidłowo zresztą, zgodnie ze stanem dokumentacji. „A co myślałeś pan, że na ładne oczy leki wypisuję?!” – warknąłem. Nie obchodziła mnie jego sprawa, co było w pokrętny sposób przyjemne. Kiedy tłumy w końcu się rozeszły, poszedłem złożyć rezygnację. Doktor zapytał „Dlaczego?”, zaskoczony, jakby to nie on patrzył na mnie z pretensjami. Odpowiedziałem że przestałem ogarniać sytuację, że nie sprawdzam się na stanowisku i jestem w totalnej rozsypce. Nie byłem w stanie sformułować trafnej diagnozy. „Przemyśl sprawę, weź urlop” – powiedział. „Przemyślałem, jestem pewien, biorę bardzo długi urlop” – odparłem i wyszedłem. Kiedy dojechałem do domu, położyłem się na ogrodowej huśtawce i trawiłem całą sytuację. Nieoczekiwanie przyjechał Doktor. Pierwszy raz rozmawialiśmy normalnie, już bez fartuchów, co miało też wymiar symboliczny. Ileż trzeba dramaturgii, co by z niektórymi zacząć mówić po ludzku. Owa rozmowa wydawała się mglista, pokrzepiająca i wspominkowa – jałowa. Przekierowałem ją na istotę problemu, czyli na oś konfliktu między nami. Zaznaczyłem, że nie jestem nieomylny i potrzebuję w tej kwestii zrozumienia, że mogę bez końca znosić presję ze strony pacjentów, ale nie wytrzymam długo presji ze strony personelu. Jednak był to Doktor inny, ten po pracy, któremu nie musiałem nic tłumaczyć. Z kolei on nie musiał tłumaczyć mi, że nieporozumienia między nami są skutkiem nadmiaru pracy. Nie opracowaliśmy cudownego antidotum, ale topór wojenny został zakopany.

https://www.youtube.com/watch?v=wFYoUdAKi6U

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa Recerz, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.