13 listopada 2020 roku, godz. 11:42 26,4°C

Autsajderka

Lubię przebywać w odosobnieniu. Jestem rasową samotniczką. Od zawsze stroniłam od ludzi. Nie cierpię jednak z tego powodu. To jest mój dobrowolny wybór. Nikt mnie do tego nie przekonuje ani nie zmusza. Tak mi dyktuje moje serducho.

Już w podstawówce byłam niezwykle ostrożna podczas zawierania nowych znajomości. Wolałam trzymać się na uboczu. Właściwie nie miałam koleżanek, a co dopiero mówić o przyjaciołach. Zwyczajnie ich nie potrzebowałam. Nie brakowało mi ich do pełni szczęścia. Chadzałam na lekcje tylko po to, żeby się czegoś nauczyć, a nie spotkać ze znajomymi. Pamiętam, że podczas przerw między zajęciami siadywałam pod drzwiami klasy z podręcznikiem w ręku i czekałam na dzwonek.

Nie pasowałam do moich koleżanek, których ulubionym hobby było obgadywanie i komentowanie największych przystojniaków w szkole. Nie interesowały mnie tego typu rozmowy. Ogólnie nie lubiłam rozmawiać z ludźmi. Nie sprawiało mi to przyjemności. Wolałam mój wewnętrzny świat – osobisty, hermetyczny, idylliczny. Zaciekle broniłam dostępu do niego. W tym światku było mi bardzo dobrze i wygodnie. Nie chciałam go opuszczać. Budowałam go pieczołowicie i nie mogłam dopuścić, by ktoś go zburzył.

Pamiętam, że byłam traktowana jak dziwaczka. Co to za nastolatka, która nie pali po kryjomu papierosów, nie bierze udziału w melanżach, nie całuje się i nie uprawia seksu w ubikacji z ledwo poznanymi facetami? Moimi najlepszymi przyjaciółmi były książki. Szkoda mi było czasu na coś innego. Wolałam spędzać wieczory z powieścią w ręku. Nie brałam udziału w imprezach, nie chodziłam do klubów. Byłam zagorzałą indywidualistką, skupioną na sobie.

Bałam się ludzi, unikałam ich jak diabeł święconej wody. Niestety, miałam ku temu powody, bo byłam szykanowana. Nie mogłam spokojnie przejść szkolnym korytarzem, nie słysząc obelg i wyzwisk skierowanych pod moim adresem przez moich rówieśników. Byłam też bita. Ludzie najwyraźniej nie potrafili zaakceptować mojej osobliwej natury. Byłam dla nich nieoswojonym zwierzątkiem… Nabijano się ze mnie, że jestem pogrążona we własnym świecie (zgadzałam się z tym, nie traktowałam tego jako obelgi).

Najważniejszą osobą była (i jest nadal) dla mnie mama. To ona podnosiła mnie na duchu w wyjątkowo trudnych chwilach. Ona dźwigała moje łzy. Tłumaczyła, żebym miała w nosie wyzwiska, żebym nie przejmowała się szykanowaniem. Gdyby nie mama, byłoby mi o wiele ciężej. Zawsze była blisko mnie, gotowa wysłuchać moich żali i utyskiwań. Miałam mamę i to mi wystarczało.

Owszem, zawieszałam oko na osobnikach płci przeciwnej. Aż tak dziwna nie byłam, aby się nigdy nie zakochać. Z rozrzewnieniem wspominam czasy, kiedy podkochiwałam się w moim nauczycielu od polskiego. Taaak… Byłam w nim potężnie zadurzona. Niestety, kiedy ukończyłam gimnazjum, nasze drogi się rozeszły. Po paru latach napisałam do polonisty wiadomość i przyznałam się, że byłam nim zauroczona. Chyba przeraziła go moja szczerość, bo długo nie odpisywał. Minęło kolejne kilka lat, natknęłam się na jego facebookowy profil. Pisaliśmy przez jakiś czas, ale w pewnym momencie kontakt nam się urwał. No cóż, mam jawny dowód na to, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Mam tylko urocze wspomnienia z czasów tej mojej pierwszej, niewinnej miłostki…

Nie poprzestałam jednak na moim poloniście. Kiedy zaczęłam dojrzewać, zwróciłam uwagę na paru chłopców. Nigdy jednak nic z tego nie wyszło. Permanentnie zakochiwałam się bez wzajemności. Pamiętam, że smaliłam cholewki do kolegi z liceum. Kiedy się okazało, że jest od dłuższego czasu zakochany, trudno było mi się z tego wylizać. Po kilku latach jednak wyleczyłam się z tego uczucia. Od tamtej pory uważałam, kogo chcę zaprosić do mojego serca. Nie dawałam dmuchać sobie w kaszę, o nie! Na szczęście, w najmniej spodziewanym momencie pojawił się Radek i spełnił moje marzenie, aby mieć kogoś do kochania…

Mijają lata, a ja wciąż jestem totalnym autsajderem. Nadal stronię od ludzi, omijam ich szerokim łukiem. Mam Radka, mamę i to mi w zupełności wystarcza. W czasach licealnych dopuściłam wprawdzie do swojego wyimaginowanego świata parę osób, ale teraz bardzo tego żałuję. Mam przy sobie skorupę, w której mogę się ukryć o dowolnej porze, w dowolnym miejscu. Chroni ona moje zbyt miękkie wnętrze. To moja forma obrony przed okrutnym światem. Dzięki temu moja dusza jest bezpieczna.

https://www.youtube.com/watch?v=9IKHp-luh3o

Recerz Max
 13 listopada 2020 roku, godz. 22:06

Dobrze napisane, lekkie, jak dla mnie zbyt powierzchowne (daleko do krwi i mięsa), ale biorę poprawkę że nie każdy jest ekstremistą. 😒

Potwierdza się niepisana teoria, iż Katarzyny dysponują potencjałem pisarskim.