8 lutego 2021 roku, godz. 9:16

08.02.2021r(poniedziałek)

Jednego popołudnia przed tym nawrotem zimy na kilka ponoć tygodni wjeżdżałaś do garażu, powiedzieliśmy sobie jak zwykle - kocham cię, a moją uwagę zaraz zwrócił pewien czarny skrzydlaty mieszkaniec naszego ogrody ze złotym dziobem, który przysiadł na jednym z pnączy hortensji i siedział bardzo spokojny pozując mi cierpliwie do zdjęć. Był trochę jakby smutny. One wyczuwają, że nadchodzi ciężki okres zimy dla nich. Opady śniegu i bardzo mroźne temperatury. Kulił się w sobie, jakby patrząc nam w oczy prosił o pomoc w tym trudnym czasie. Był bardzo nieostrożny, bo nad nim często na parapecie okna kuchennego wypoczywał kot. Ta historia mogła się dla niego skończyć tragicznie, ale na szczęście tego popołudnia kot spacerował innymi drogami, bo było ciepło i bardzo był ciekawy świata oraz innych kotów marcujących się w lutym. Cóż przyroda przyspieszyła ostatnimi laty.

W karmiku akurat skończyło się ziarno. Nasypałaś więc cały pojemnik słonecznika.widocznie może nie w pełni go dokręciłaś, bo następnego przedpołudnia zobaczyłem, że cała zawartość karmika wyleciała na ziemię. Nie zbierałem ponownie tego słonecznika, ale nasypałem do plastikowego karmika nowe ziarna słonecznika i zawiesiłem go na suchej roślinie ubiegłorocznego słonecznika. Ptaki widzą co się dzieje, obserwują nas. Po jakiejś godzinie ze starej tui na pochyloną gałąź aronii przyleciał kos. Długo rozglądał się, oceniał sytuację w najbliższym otoczeniu, ważył swoje szanse. Po kilku minutach sfrunął pomiędzy kępę żywotników, a krzew pięciornika. Tam coś pogrzebał w ziemi dziobem, a potem powoli zaczął skacząc przemieszczać się w kierunku wysypanego z karmika słonecznika. Dotarł do obrzeża rabaty warzywnej i zatrzymał się na betonie. Też wyglądał na smutnego i przygnębionego. Jakiś skurczony, a pióra nastroszone. Długo stał jakby zamyślony, może medytujący, może rozważający to co miało wkrótce nadejść, czyli bardzo silne i bardzo długotrwałe mrozy. Znowu po kilku minutach ruszył pod karmik i pod suchy stary słonecznik. Ostrożnie zaczął rozdziobywać ziarnka i rozglądał się dookoła, ale widocznie posmakowały mu. Podszedł tam gdzie było ich więcej i zapomniał się w jedzeniu. Kilka dłuższych chwila jadł, a potem poderwał się do lotu i z powrotem odleciał i wylądował między kępą żywotnika, a krzewem pięciornika. Kolejny bardzo nieprzemyślany postępek, bo tam mógł już w tym czasie zaczaić się na niego kot.

Z kolejnymi godzinami dnia przyroda w ogrodzie coraz bardziej żyła i tętniła. Z zza chmur wyszło słońce i zrobiło się bardzo jasno, ze ptaki ochoczo ruszyły do zabaw w ogrodzie i do szukania pokarmu. Kolejnymi amatorami sporej kupki ziaren słonecznika były cukrówki i majestatycznie lądowały w pobliżu, aby już na piechotę, charakterystycznie kołysząc się, dojść do miejsca obfitego stołowania. Ze słońcem na aronii i na głogu pojawiły się sikory. Z tych miejsc obserwowały karmik i potem przylatywały do niego. Brały w dziobki po ziarenku i odlatywały z powrotem. Albo były niektóre jeszcze bardziej ostrożne i z aronii przylatywały na jeden ze suchych słoneczników w pobliżu karmika i dopiero po dokonaniu z niego obserwacji podlatywały do karmika i szybko po zabraniu ziarenka z powrotem leciały na głóg lub aronię. Wkrótce o rozsypanym słoneczniku zwiedziały się wróble i w liczbie kilkunastu zaczęły szczebiotać w łodygach aronii, aby po chwili stadem wylądować na kupce ziaren i głośno, a żwawo posilać się. Z każdą minutą w ogrodzie robiło się coraz rojniej i gwarniej. Przylatywało coraz więcej ptaków. Kosów było już prawie dziesięć, tyleż samo cukrówek i sikorek oraz stado wróbli. Kosy przepędzały jeden drugiego z miejsc żerowania i taplały się w kałużach,cukrówki przelatywały z gałęzi na gałąź, z drzewa na drzewo, wróble dzieląc się miejscem z sikorkami figlowały w witkach aronii. I tak było i następnego dnia.

Wczoraj, czyli w niedzielę wpadliśmy na pomysł, aby zwłaszcza sikorkom urozmaicić jedzenie. Stopiliśmy smalec i pomieszaliśmy go z ziarnami słonecznika w starej foremce do pieczenia babek, po czym zawartość daliśmy na balkon na pięciostopniowy mróz, gdzie po godzinie stężała i wynieśliśmy tak spreparowane jedzenie do ogrodu i zawiesiliśmy na jednym ze suchych słoneczników. Właśnie poszedłem zobaczyć i sikorki z chęcią przylatują do nowego miejsca, w którym mogą się pożywić i łatwiej przetrwać ten zapowiadany bardzo mroźny miesiąc luty.

To chyba tyle dzisiejszego dziennika. Oczywiście w naszym życiu, życiu wsi dzieje się wiele więcej, ale nie ma co przeładowywać treściami czytelnika. Zresztą często to robię, ale dzisiaj wystarczy. Niech nasi ogrodowi towarzysze życia będą bohaterami poniedziałku.

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa fyrfle, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.