4 maja 2014 roku, godz. 1:38

Bogactwo rąk moich

Garściami brałam...
Czas przeciekał mi przez palce. Bezszelestnie traciłam kolejne atomy samowystarczalności. Dławiły mnie szczodrze przydzielane witaminy na pogodę ducha. Torsje i utrata przytomności były ceną za uprzejmość przemilczania razów.
Garściami brałam...
Bezpowrotnie utracona zdolność oddychania stała się jak znamię - widoczna tuż nad brwiami.
Skupiałam się, by pozbyć się tego niedorosłego zakłopotania. Zdało się na wiele, bo przebyłam drogę od wieku młodzieńczego do siwych w gołębim stylu skroni z prędkością wodospadu.
Szkoda jedynie, że w ciszy, z uciętym jak kłamcy językiem.
A kłamstwo było ostatnim imieniem, którym zostalismy obdarzeni.
Garściami brałam...
Mam już tyle, że przedsionkiem wysypują się jak zboże w letnie sianokosy.
Mam dość, by dar uczynić.
Mam wystarczająco, by dostać srebrników całe trzydzieści.
Garściami brałam to, czego mieć nigdy się nie spodziewałam.
Rozdarte serce, łzy, bezsenność, żal, tęsknotę i rozpacz.. garści pełne dostałam.
Garściami... prosto w twarz... rzucane...

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa L.T., gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.