20 września 2020 roku, godz. 20:12 9,1°C

Wirtualny świat

Często bywałem u kuzyna (a rodzina często bywała u nas). Początkowo miał Commodore 64, czyli komputer starego typu, gdzie gry wczytywało się około minuty z kasety magnetofonowej. Co ciekawe, trzeba było przewinąć taśmę w odpowiednie miejsce, jeśli chciało się pograć w coś konkretnego. Komputery osobiste były rzadko spotykane, bodaj droższe od „Kaszlaka”. Może ze trzy dzieciaki na całą szkołę miały minimalne pojęcie o ich obsłudze, reszta być może nie miała nawet pojęcia o ich istnieniu.

Szybko nastała epoka tanich i łatwych w obsłudze konsol Sega Pegasus, a następnie pierwszych PC, typu „machina wojenna” z procesorem Pentium, dystrybuowanych w Polsce przez legendarną firmę Romana Kluski „Optimus S.A.”, symbolu opresji mafijnego państwa tamtej epoki. Maszynami tymi zarządzał równie legendarny system operacyjny MS-DOS. Gdyby ktoś chciał na filmie pokazać jakieś niesłychane hakerskie sztuczki, wystarczyłoby wyświetlić drzewo katalogów w tymże systemie – mniej więcej tak przerażająco wyglądał.

I się zaczęły „WarCraft‑y” (dwadzieścia dyskietek), „Heroes‑y”, „Mortal‑e Kombat‑y”... czyli w skrócie magowie, rycerze, barbarzyńcy, elfowie, krasnoludy, orkowie, demony itd. Dla dziecka to była magia, urzeczywistniony świat fantazji, dla wcześniejszych pokoleń najczęściej czarna magia. Początkowo, gry nie były dla mnie codziennością, ze względu na biedę, a wyłącznie wyjazdowy luksus – mniej więcej co dwa tygodnie, na zmianę z bratem. Kuzyn, podejrzewam, męczył się niemiłosiernie. Po prostu wychodził na pół dnia do dziewczyny, ale jak wrócił to już nie było dla mnie komputera. Dostałem co prawda w spadku C64, ale to nie była już aktualna generacja sprzętowa.

Pisząc to, uświadamiam sobie jak kreatywnie rozwija dziecko brak jakiejś zachcianki. Można powiedzieć, że przestawia zwojnice na torach swej drogi. Od wyjazdu do wyjazdu pamiętam, że zajmowałem się robieniem gier, rysowałem i opisywałem wszystko – jednostki na kartonikach, ich statystyki, surowce, zasady gry, sklejałem ze sobą kilka kartek, tworząc duże mapy. Jedna za drugą – produkcja masowa. Śmiejemy się z bratem na wspomnienie, jak męczyłem go, aby ze mną grał w moje produkcje. Ileż było przekupstw i szantaży… Zagrał raz, powiedział że głupie, albo nudne, czasem też powiedział, że fajne, ale nie chciał grać po raz kolejny. Nijak mnie to nie demotywowało. Wtedy byłem przekonany, że będę zajmował się projektowaniem gier, na tej samej zasadzie jak dzisiaj dzieci pragną być „youtuberami”. Nie wiedziałem jeszcze, że gry o których fantazjowałem, przypominają bardziej produkcję filmu na wielką skalę, tworzoną często przez setki ludzi, od scenarzystów, przez muzyków, rysowników, grafików 2D i 3D, na programistach kończąc.

Kiedy otrzymałem konsolę, a potem pierwszy komputer, zniknęły podwórkowe zabawy, nie interesowało mnie wychodzenie do ludzi. Jedyną zaletą gier komputerowych tamtych czasów było to, że musiałem jako tako znać się na komputerze, a już sama znajomość obsługi komputera powodowała automatyczną naukę języka angielskiego. Nie miał nas kto uczyć. Jak coś się spierdzieliło totalnie, ratował dopiero kuzyn, a na to trzeba było poczekać. Nie wiem jak to zadziałało, ale nie musiałem uczyć się języka, aby opanować go na przyzwoitym poziomie w piśmie i ze słuchu. Lekcje angielskiego były niewymagającą nudą. Na informatyce uczyłem nauczycielkę, a jakże, informatyki – reinstalacje Windows‑a 98, wypalanie płyt CD, czy defragmentacje systemu, były tam jakimś wybitnie przerażającym zadaniem, a dla mnie, można by rzec, rutyną gracza‑pirata. Nie byłem nie wiadomo jak zdolny, tylko poziom ogólny tego przedmiotu na wioskach był żaden, zarówno wśród nauczycieli, jak i wśród uczniów. O czym się dotkliwie przekonałem później, w zderzeniu z młodzieżą dużego miasta, gdzie role odwróciły się – to ja patrzyłem z zazdrością jak prymusi śmigali w terminalach linux‑owych, podczas gdy umiałem tylko tyle, co potrafił każdy. Tak więc zbrodnią jest kupowanie dziecku konsoli, z łatwą i przyjemną instalacją, oraz spolszczeniem. Niech się męczy, niech kombinuje, niech czyta, niech szuka pomocy na własną rękę. Przynajmniej będzie minimalny pożytek z gier.

Popadłem w uzależnienie, którego najfatalniejszym skutkiem była utrata innych zainteresowań. Szkoła stała się przykrym obowiązkiem, oceny na przestrzeni lat, stopniowo leciały w dół. Być może, że przegrałem okres najlepszy do uczenia się męskich prac fizycznych, kiedy to jeszcze była zabawa – coś naprawić, coś zbudować, czy choćby zainteresować się motoryzacją. Nauka tego w późniejszym okresie, zawsze wywołuje po drodze katusze męskiej dumy, a samo zabieranie się do tego typu zajęć, napawa wstrętem, gdyż zakodował się niepokój, związany z odrywaniem od gry. Dziś to już opisany i globalny problem. Chłopcy bardziej wsiąkają w gry komputerowe, a dziewczyny bardziej w portale społecznościowe.

Mam ciąg do gier, jak alkoholik do butelki. Doskonałe rozrywkowe zapomnienie o życiu, o fochach dziewczyny, szkole, pracy, awanturach, obowiązkach itd. Mózg pogrąża się w tytanicznej pracy, jaką jest „proces bezczynności systemu”, że tak powiem.

Zakupuję tylko i wyłącznie przestarzałe komputery, instaluję na nich wyłącznie minimalistyczne Linux-y, aby uruchomienie gry, wymagało czasochłonnych zmian, aby dało mi czas, żeby się opanować. Działa.

Od jakiegoś czasu powtarzam sobie, że może życie nie jest takie ciężkie, wystarczy tylko nie grać.

https://www.youtube.com/watch?v=ZAi_1uCbgq4

wojtekp Wojtek
 22 września 2020 roku, godz. 20:42

Wiem, ja czytałem to a jednak mam taką wiarę w moc pasji...
Może podświadomie staram się tego nie widzieć.

Twórca nieznany Duszka
 22 września 2020 roku, godz. 20:39

Polemizowałabym z tym, że pasja nie niszczy.

Z powodu umiłowania czegoś tam, można zniszczyć np. związek, bo się nie ma czasu. Coś stawia się ponad czymś innym. To raczej kwestia wyboru w pasji lub przymusu w nałogu.

Recerz Max
 22 września 2020 roku, godz. 20:37
Edytowano 22 września 2020 roku, godz. 20:38

Co racja to racja, przeczytaj czwarty akapit od dołu, potem trzeci od dołu i powiedz co myślisz, łącząc to z tą konkluzją. Ciekaw jestem.

wojtekp Wojtek
 22 września 2020 roku, godz. 20:33

Pasję od nałogu można odróżnić na podstawie skutków ubocznych. Pasja nie niszczy.

Recerz Max
 22 września 2020 roku, godz. 20:31

To zależy, czy dla alkoholika picie jest pasją.

wojtekp Wojtek
 22 września 2020 roku, godz. 20:28

Trudno mi coś powiedzieć, bo nie znam Ciebie ani Twojego życia, ale jeśli to pasja, to znaczy że bardzo ważna sprawa.

Recerz Max
 22 września 2020 roku, godz. 20:20
Edytowano 22 września 2020 roku, godz. 20:20

Gdybym miał to postawić na szali, dokonać bilansu zysków i strat, wychodzi że gry, co zabawne, przegrywają.

wojtekp Wojtek
 22 września 2020 roku, godz. 20:17

Ale jak to ostatecznie ocenia, że jest dobre, czy złe?

Recerz Max
 22 września 2020 roku, godz. 20:07
Edytowano 22 września 2020 roku, godz. 20:08

Nie dziwi mnie to. Gry inaczej działają na umysł dziecka. Potem jakoś się tak dzieje, że inteligencja dojrzałego mózgu klasyfikuje je jako nieciekawe.

wojtekp Wojtek
 22 września 2020 roku, godz. 20:03

Myślę, że dosyć dobrze Cię rozumiem chociaż nie przepadam za grami.

Recerz Max
 22 września 2020 roku, godz. 20:02

Hmm... Nie oddało nastroju.

wojtekp Wojtek
 22 września 2020 roku, godz. 20:01

Dlaczego tak myślisz?

Recerz Max
 22 września 2020 roku, godz. 18:01

Zatem słabo opisane. Trzeba poprawić kiedyś tam.

wojtekp Wojtek
 22 września 2020 roku, godz. 6:55

Może to jest pasja a nie nałóg.