10 grudnia 2018 roku, godz. 12:47

21.09.2018r.

Buro zostanie do końca życia moim bohaterem, wybawicielem, a jednocześnie mam wielkie pretensje i zal do pani rezydentki i zarazem przewodniczki, że nie poinformowała uczestników wczasów o skali trudności i niebezpieczeństwa dzisiejszej wycieczki. Kosztowała ona nas wiele zdrowia, utraconych nerwów i mogła być przyczyną wielkich rozstrojów zdrowia, bo ludzie byli starsi, z chorobami serca, z nadciśnieniem i chorobami lękowymi, a pani rezydent tą wycieczką zafundowała dreszczowiec, powodowana bezrefleksją i jak mniemam chęcią zrobienia zysku dla biur podróży, które reprezentowała.

Wstaliśmy gdzieś pół do siódmej i przygotowaliśmy kanapki na drogę i wodę, a potem zeszliśmy na stołówkę na śniadanie. Ciebie wkurzała ta dziewczyna lub chłopiec stojąca za katedrą, do której trzeba było się zgłaszać i informować, że się jest z tego pokoju. Był to dowód, że nie ufają nam i że z góry traktowani jesteśmy jak potencjalni złodzieje, zakładali, że wyniesiemy im ze stołówki wszystko. Potem wieczorem pani rezydentka podeszła do nas i zapytała jak nam się podobają wczasy, to ty zdecydowanie powiedziałaś jej, że nie podoba ci się ten psi nadzór nad nami przez całość każdego posiłku, że jest to żenujące i poniżające, że zresztą Czarnogórcy generalnie mają nas za złodziei, bo w sklepach chodzą za nami jak pies za suką i patrzą na każdy ruch naszych rąk, że generalnie wczasy wspaniałe, ale odczucie, że się jest domniemanym złodziejem powoduje, że pewien dyskomfort jest, a wtedy pani rezydentka odparła chamsko, że ona tego nie odczuwa, że skoro tak czujemy, to "na złodzieju czapka gorę", więc powiedziałaś jej, że nie my jesteśmy złodziejami, tylko Czarnogórcy za takich nas mają i komplikują atmosferę i że powinna na to zwrócić uwagę, bo ma reprezentować interes polskich wypoczywających, a nie być stroną czarnogórską i się rozeszliśmy w niezgodzie.

O dziewiątej rano wsiedliśmy do autokaru czarnogórskiego biura turystycznego i ruszyliśmy na przygodę, która okazała się być szalenie, wręcz skrajnie niebezpiecznym przeżyciem, sportem ekstremalnym dla idiotów, który niestety z chęci zysku zafundowano niczego nie spodziewającym się zwykłym ludziom, moim zdaniem, to było przegięcie - sukinsyństwo. Najpierw autobus wjechał do starej stolicy Czarnogóry Cetinje, w której mieści się jeszcze parlament tego kraju. Autokar zatrzymał się na parkingu dla autokarów i poszliśmy w miasto i zaszliśmy do niewielkiej cerkwi, w której były trzy groby - jakiegoś króla średniowiecznego i osławionych Mikołaja i Mileny, a potem poszliśmy w kierunku innej cerkwi, w której mieszkający w niej, czy tam zawiadamiąjący w niej mnisi są nastawieni skrajnie nieprzyjaźnie do katolików i jak katolicy tam wejdą, to tą wrogość manifestują zdecydowanie - ot taki typowy chrześcijański ekumenizm i miłość w wykonaniu religijnym. Więc popatrzyliśmy sobie tylko na ten monastyr diabła z daleka, w którym mają fragment drzewa krzyża ponoć świętego i jedną rzekomo rękę świętego Jana. Tu przytoczę moją ulubioną opowiastkę, że fragmentów drzewa krzyża świętego jest tyle w przeróżnych tak zwanych świątyniach, że wynika, iż ów krzyż miał za 300 metrów wszelkiej rozpiętości. Się rozmnożyło. I to by było na tyle z Cetinje prawie. Jeszcze poszliśmy na deptak pełen handlu i wróciliśmy do autokaru, a pod autokarem znowu stragany i WC za euro. Kupiłem synowi i sobie koszulki na pamiątkę. Wysłuchaliśmy opowieści jak to kilkadziesiąt tysięcy Czarnogórców płynęło w czasie pierwszej wojny światowej z Ameryki walczyć za ojczyznę i niedopłynęli, bo statek zatonął wraz z nimi. Tytanic to pikuś przy tym podobnych tragediach. Ty kupiłaś kaszmirowe szale dziewczynom.

Teraz zaczęła się ekstremalna część wycieczki, czyli wspinaczka autobusem serpentynami na wysokość 1600 metrów nad poziomem morza drogą, która nie miała żadnych murków czy barierek z zewnątrz i widać było przez szyby kilkuset metrowe przepaście, drogą wąską, że nierzadko autobus nie mógł się wyminąć z samochodem osobowym, więc Buro cofał ekwilibrystycznie do jakiegoś szerszego miejsca. A wycieczkowicze przerażeni modlili się o szybką śmierć w razie gdyby autokar spadł w prawie kilometrową przepaść. Prawie ofajdani ze strachu wjechaliśmy na górę, gdzie było mauzoleum króla Piotra Niegosza, ulubieńca dyktatora Jugosławii marszałka Josefa Broz Tito, który jego wiersze kazał recytować wszystkim poddanym w swojej komunistycznej monarchii. Idziemy na szczyt góry i okazuje się, że ostatnie kilkadziesiąt metrów do mauzoleum to droga bez barierek zabezpieczających, a po obu stronach są wieluset metrowe przepaście. Rezygnujemy z mauzoleum i wracamy do autokaru, czeka nas szaleńczy zjazd w dół drogą, na której nikt nie powinien dopuścić, moim zdaniem, jakiegokolwiek ruchu.

Zjechaliśmy do Nieguszi - wioski, w której urodził się król poeta, a w której za 6 euro mieliśmy dostać pajdęchcleba z szunką i serem oraz kubek wina. Ponoć nie biorą od nas dzisiaj opłaty, bo jest jakieś wielkie ich narodowe święto. Wino pyszne, bardzo wytrawne, nadające się w sam raz do szynki i ostrych serów. Szynka jak szynka, jej moc i dobro polega na wielomiesięcznym suszeniu i wędzeniu, a wcześniej solankowaniu i nie traci terminu ważności do spożycia do pięciu lat. Może ze 30 deko takiej szynki kosztuje 30 euro, a kawałeczek sera 20 euro. Ale są przecudnej urody chusty, więc kupujemy tobie i dziewczynom.

Ostatnia część wyprawy to kolejny ekstremalnie szalony zjazd serpentyną do Tivatu. Koniec serpentyny jeden z kochanków Mileny czy tam powiedzmy wielbicieli zaprojektował i zbudował w kształcie litery M. Droga dziewiętnastowieczna, którą zjeżdżamy w dól ma chociaż murki i zatoki na mijanki. Buro wścieka się na kierowców, którzy wynajęli auto, a kiedy trzeba, to okazuje się, że po prostu nie umieją cofać. Widoki są przepiękne na Bokę Kotorską, robię zdjęcia z autokaru, bo nie chce mi się wychodzić nad te przepaście, jestem psychicznie wykończony. Buro dzięki za zycie.

Wieczorem ostatni spacer po Sutomore, kupujemy wodę na drogę powrotną, bierzemy butlę pięciolitrową, a po szpieguszce czeka nas jeszcze jedna zabawna i wkurzająca zarazem historia, czyli dziewczę przy kasie decyduje się głupi akt feminizmu i mówi, że to ja mam wziąć butlę nie ty, co ze śmiechem robię i mówię jednocześnie do Ciebie, że bohaterką by była, gdyby na coś takiego zdecydowała się wobec Czarnogórca. Myślę, że nawet o tym nigdy nie pomyślała, bo jej akt odwagi skończyłby się pobiciem jej przez mężczyznę miejscowego i tyle jest tam warta kobieta. Nie mówię tego głośno, bo w kraju rządzonym przez mafię lepiej nie wyrażać jakichkolwiek uczuć czy emocji, zwłaszcza, że to mafia na bazie skrajnego nacjonalizmu i nienawiści religijnych.

Jeszcze wypić wino, popatrzeć w księżyc i jutro wsiadamy do Irizara i wracamy do Polski. Było cudnie mimo wszystko. Niesamowite widoki i piękno kompletnie innej przyrody. Warto było tu przyjechać. Kto wie, jak życia i zdrowia starczy, może kiedyś wrócimy,ale już samolotem, bo dojazd do Czarnogóry jest też piekielnie ekstremalnym przeżyciem. Te przepaście i jazda po półkach skalnych. Brrrrr.

Tutaj pojawią się opinie do tekstu autorstwa fyrfle, gdy tylko ktoś skomentuje tekst wyświetlony na tej stronie.