Wstydu oszczędź
I zmuszają mnie wciąż do słuchania irytującej mowy -
Tekstów typu "ty lepiej wybij go sobie z głowy".
Racja, wiem przecież, nie dla nas ślubne kobierce,
ale to nie umysł winnam z niego oczyszczać, a serce.
Najgorzej
Najgorzej jest zakochać się w swoim marzeniu,
Przy pełnej świadomości jego niespełnienia.
Gdy cały realizm skrywa się w cieniu,
Bez poczucia kłamstwa, naiwności cierpienia,
Marzenie złudne myśli zajmuje,
Oczy i tak ślepe razi blaskiem słońca.
I dzień codziennością nie poratuje,
A nocom niedośnionym nie ma końca.
Najgorzej jest kochać marzenie niemile miłe,
Podziwiać jego zamglone ciało,
I próbować zatrzymać szaleńczo na siłę,
I cieszyć się, że choć jedno zostało.
- chociaż nie powinnam -
Chcę tylko napisać -
że mi zimno.
Obojętnieję.
Wiem, że tak lepiej, potem
raczej łatwiej mi będzie
mocniej się rozgrzać.
Nie wiem czego chcę.
Znaczy wiem -
ale to i tak nie ma sensu,
jak stanie przez godzinę w deszczu, [...]
Dobranoc
Ostrym westchnieniem życzysz mi dobranoc,
Nie wypowiadasz przy tym ciepłych słów,
W sadyzmie złości zatrzaskujesz drzwi,
Ja Tobie także życzę słodkich snów.
Ja Tobie także życzę dobranoc,
Chociaż też nie słyszysz żadnych mów,
Lecz nie po to się zasypia by śnić,
Ale by rankiem obudzić się znów.
I by móc naprawić wczoraj,
Jeśli ranek jutro nastanie.
Nie wiesz przecież czy brakiem dobranoc,
Zabierasz nam ostatnie pożegnanie.
Czy ktoś kto cię kocha nie szlocha okrutnie?
Czy może wypłakuje smutnoszare oczy?
Czy może już w desperacji codzienności,
Umiera wyczekując dobrej nocy?
02:16
***
Noc bez księżyca, ciepła i majowa,
A w niej milczeniem wypowiedziane słowa,
Przeszłością spowite wieczorne westchnienia,
I ścieżki palców wiodące do jej zapomnienia,
I drogi tak ciemne w tym przedziwnym świecie,
I tylko płomienie gwiazd jak świece,
Grunt rozświetlają niepewne swej mocy,
Podczas spaceru po ciemku majowej nocy.
A teraz, gdy zima bardzo bym chciała,
Jeszcze raz iść z Tobą oglądając niebieskie ciała,
I tak jak wtedy potknąć się z wdziękiem,
By znów bezkarnie móc złapać Cię za rękę.
Milion myśli nigdy niewypowiedzianych
W milion bezsennych nocy
Widzą zmęczone oczy
Rękę piszącą słowa
Długopisu niebieska osnowa
Wyszywa miłość na kartce
A jej potoki wartkie
Wypływają w spokojnym pośpiechu
Z miliona rozmarzonych uśmiechów
A milion myśli szalonych
I słów w zdania ułożonych
Krzyczy w chaosie o uczuciu
Pewności kochania, bezpieczeństwa poczuciu
Lecz ten milion słów tworzących całość
Zostaje stłumiony przez głupiutką nieśmiałość
I prędzej niż tego miliona emocji świadków
Otrzymasz z miliona kartek miliardy skrawków.
Nie chcę pisać o miłości
Bo ja już nie chcę pisać o miłości,
to jest pomysł przereklamowany.
I nie chcę pisać o swojej przeszłości,
myślę, że ten temat został dawno wyczerpany.
O, raz na zawsze zamknąć ustka,
choremu alter ego, znienawidzonej podświadomości!
Po prostu chcę by zagościła pustka,
ale ci dyktatorzy nie przyjmują tej wiadomości.
Pragnęłabym zwykłego, mniej patetycznego, najnormalniejszego,
wiersza stworzonego pod kątem natury,
rymu zaczerpniętego z życia codziennego,
by wreszcie skończyć pisać te romantyczne bzdury!
Śmiejąc się w twarz temu co już kiedyś stworzyłam,
i chcąc rozpocząć wreszcie tę upragnioną ciszę,
o miłości bazgranej na papierze zauważyłam,
że im bardziej jej nie chcę tym częściej o niej piszę.
Listopadowy deszcz
Wśród mglistych pocałunków listopada,
Zrozumienie wychodzi z ukrycia,
Na ulicę deszczowa łza upada,
Ostatnia również podczas mojego życia.
Wyjechałeś i Ciebie nie ma,
Tak przynajmniej wmawiam sobie,
Nie wiem już czy to coś da,
Jeśli spróbuję zapomnieć o Tobie.
Ale wciąż stoję pod Twoim oknem,
Chociaż wiem, że nikt mnie tu nie ugości,
Widząc przez łzy wiem, że się potknę,
Wracając do domu w samotności.
Bo jesteś inny i ja to widzę,
A ty widzisz, że ja też jestem inna,
Wiesz, w głębi duszy Cię nienawidzę,
I nie uważam, że jestem winna.
W strasznej ciszy nocy,
Serca mego już nie złamiesz,
Następnym razem patrz mi w oczy,
Kiedy znowu mnie okłamiesz…
Pani Klaudio... tyle w pani rozgoryczenia... olać jak nie kocha...
Listopadowy deszcz to taka piękna piosenka... Pozdrawiam :) http://www.youtube.com/watch?v=8SbUC-UaAxE
Obsesja
Na śnieg spływa krew leniwa i cicha,
Jak cierpkie wino ze złotego kielicha.
Wycięły połamanego serca odłamki,
Królewskie sznyty, błyszczące czerwienią szramki.
To nie moja wina tylko chorego,
Na patetyczną miłość alter ego.
Dawniej było tak ciepło, tak miło,
I tak słonecznie się przy Tobie żyło.
Kiedyś nawet wiatr mógł mi splatać warkocze,
Dziś pytają się o Ciebie dnie, płaczą z Tobą noce.
Wspominają śmiech, rozmowy i częste milczenie,
Nocnych wyobrażeń rozgwieżdżone cienie.
A Ty na innych poduszkach kładłeś inne myśli śmiało,
Z ironią wsłuchując się w serce, które cię kochało.
Gdzieś ukryłam strach, myślenie i rozumu przestrogi,
Myśląc, że uda mi się wkroczyć na twe za wysokie progi.
Tam siedziałam, czytałam, moje rozpuszczone włosy,
Łapały z upału jasne słońca głosy.
Teraz stoję i patrzę w depresji, z niskości,
Niemalże błagam o niebieski sen z nicości.
Nienawidzę? Tak, nienawidzi me ciało,
Nienawidzi Zwycięzcy, którego tak pożądało.
2012
Chyba jakoś tak
Do sklepu szła radosna, jakoś jesienią jeszcze,
myśląc o błahej, zwyczajnej sprawie,
gdy uświadomiła sobie, że wreszcie,
już ją nie boli. No tak prawie.
Na codzienności skoncentrowana cała,
stała już w kolejce po herbatę,
i nagle mignęła gdzieś jego wspaniała,
koszula w czerwoną kratę.
I zapomniała.
Mniej niż wczoraj
Dziś kocham Cię mniej niż wczoraj,
a bardziej niż jutro…
Jeszcze witam Cię uśmiechem,
by za moment pożegnać smutno.
Przykro, kiedy książka kończy się
bez zakończenia wątku
i przykro, gdy umiera coś,
co nawet nie dożyło początku.
I wiem, że nie muśniesz palcami
mojej zmarzniętej ręki.
Że nie powiesz mi że nie chcesz [...]
Gdy byliśmy jeszcze bardzo mali
I pierwszy promyk słońca dopiero nam świecił
To owszem, tośmy kochali,
Lecz cóż z tego, jeśli kochaliśmy jak dzieci?
A w młodości, w rozkwicie,
W buncie ognistym jak róże czerwone,
Chcieliśmy kochać w nocy, chcieliśmy o świcie,
Lecz cóż z tego, jeśli kochać nam było zabronione?
I wreszcie dojrzali! Wreszcie wolni!
Gonimy za majątkami uciekając od biedy,
Wreszcie do prawdziwej miłości jesteśmy zdolni,
Lecz cóż z tego, jeśli kochać nie mamy kiedy?
Brak weny na tytuł
Nie śpią spokojnie, ci którzy kochają
w niepewności, z trudem usypiają
serca w mak skruszone
oraz zmysły cielesnością kuszone.
Nie śpią dobrze wieczorni myśliciele,
uciszają obawy ukrywające się w ciele.
Dla zagniewanych spanie także jest trudnością,
spokój zastępują złością.
I reżyserzy w nocy cierpią katusze,
bo tworzą się najlepsze życiowe scenariusze.
Surrealiści w snach tylko kreują obrazy,
kryminolodzy szukają odpowiednich twarzy,
a rano zaspani parzą kawę, cóż począć?
Mogą robić lepsze rzeczy niż położyć się… i odpocząć…
…Od dwudziestu czterech minut jest pierwsza,
a ja nie śpię, bo myślę nad tytułem tego wiersza…
Ale należą Ci się podziękowania... psychologicznie objaśniłaś mechanizmy chemiczno-psychologiczne braku snu... gniew, wyobraźnia, lęk, oraz przeżycia które w artystyczne obrazy się zamienić mają.
Może ja dzięki tobie dziś zasnę, gdy zrozumiałem co gnębi mnie. Tylko pozostała odpowiedź na pytanie: dlaczego gnębi?
Pozdrawiam.
Wszystko w porządku
Pierwsze co robi to atakuje uszy
Przenika do mózgu z informacją ponurą
I nagle wiesz, że dziś już nic cię nie wzruszy
I nagle świat ubiera się w barwę burą.
Najpierw jest smutek, ale i pewność
Że nic się nie da zrobić, choćby się chciało
Cały dzień się uśmiechać, bo to konieczność
Bo puste spojrzenie to dla ludzi za mało
Więc lepiej udawać, że wszystko w porządku
W samotności znosić swoje męczarnie
Pocieszać się, że można zacząć od początku
Że już nikt nie rozbije cię tak dokładnie
Przychodzi noc pełna łez i cierpienia
A kolejny punkt to wypominanie
W czarnej nocy bez chwili wytchnienia
I płacz, i martwy krzyk i wspominanie
Zegarem wodnym godziny przelane
Ranek się budzi, już puka, już w gości
Przemywasz oczy nocą ponakreślane
By znów rzucić się w otchłań słodkiej obojętności
październik 2014
Lustro
W krzywym zwierciadle miłości,
Przeglądam się z serca cierpieniem,
Tafla zniszczona pęknięciami ze złości,
Kamiennymi słowami, kłamstwa cieniem,
Zardzewiała rama już nie trzyma dobrze lustra,
Zakurzone wspomnienia zabrały jej blask,
Wkrótce pozbędzie się ciężaru, będzie pusta,
Jak nasze uczucia, które zabił czas,
Wśród myśli szarych smug,
Nie widzę naszego odbicia,
Zawsze pragnęłam abyś mógł,
Oglądać się w lustrze mego życia,
Od mojego kryształu wolałeś nowy,
Nie chciałeś skleić tego co wyglądał staro,
Wolałeś słuchać jego tęczowej mowy,
Niż naprawić to co się już stało,
Stoję, a w przeszłość patrzę sama,
W smutku wielkim już nie w gniewie,
Zostało mi tylko zbite szkło i rama,
Wy macie chociaż siebie.
PaniWalewska
Autor
Raczej monotematycznie, proszę wybaczyć rutynkę. :D
Jeśli piszę to tylko o czymś, co w danym momencie było istotne, stąd bardzo duża subiektywność i emocjonalność. Natomiast publikacja następuje po długim czasie, w którym moja "twórczość" dojrzewa, zmienia się aż straci na wartości. Dopiero wtedy przestaję się wstydzić tych słów, stają się wręcz obojętne i śmiało mogę je ukazać. Ot, taka pseudopoezja zakompleksionej i nadwrażliwej jeszcze-nastolatki. ;)
Dziękuję za cierpliwość i mimo wszytko zapraszam do czytania. :D
• 2015-05-08, godz. 0:10
• 2015-05-06, godz. 22:17
• 2015-05-06, godz. 21:00
• 2015-05-06, godz. 20:51
• 2015-05-06, godz. 20:38
• 2015-05-06, godz. 20:34
• 2015-04-22, godz. 2:00
• 2015-03-04, godz. 21:06
• 2015-02-13, godz. 1:07
• 2015-02-13, godz. 1:00
Metafora odkochiwania się. Ale jak wygląda w realu to raczej kwestia indywidualna. ;)