Wstawał szary, deszczowy świt. [...] – Kadet

W tym miejscu znajdziesz opinie do tekstu, którego autorem jest Kadet — zgromadziliśmy 0 opinii.

Karczmarz cz.1

Wsta­wał sza­ry, deszczo­wy świt. Jak na ko­niec września po­goda była wyjątko­wo podła. Z dwo­ru do­biegało uja­danie psów, wrzask kłócących się bab i klątwy woźniców. Sla­won, leżąc w ciepłym łóżku, z niechęcią spoglądał za ok­no, mam­rocząc przy tym do siebie:
- Zas­ra­na po­goda... Już od trzech dni mnie tak łamie w kościach, że mi się sta­ruszek oj­ciec przed ocza­mi ja­wi (miej­cie go bo­gowie w opiece). I jeszcze dziś wszys­tkie nie­szczęścia na mój bied­ny łeb; kucharz nie przyj­dzie, bo mu dziec­ko zmarło i pog­rzeb wyp­ra­wia (szczyt nietak­tu, że też nie mogło zna­leźć lep­szej po­ry! Aku­rat kucharz! Niech je diab­li pros­to z pog­rze­bu wezmą...), gro­dodzierżca Wal­don przy­lezie wściubiać ten zas­marka­ny kar­to­fel, który na­zywa no­sem, w każdy kąt i szu­kać po­wodu, żeby położyć łapę na mo­jej krwa­wicy... A jeszcze ten opój Ja­ger za­lega z dos­tawą "Zielo­nego Stouta"! Pew­nie zaś sprze­dał połowę na le­wo i te­raz będzie pier­do­lić, że go na trak­cie na­pad­li... Ach, żeby to zaraza...
Wtem, z roz­myślań wyr­wał go łomot i krótki, zduszo­ny krzyk, dochodzący z iz­by na do­le. Zer­wał się na równe no­gi, z za­miarem os­tre­go skar­ce­nia służącej, która za­miatała główną izbę je­go kar­czmy i praw­do­podob­nie była przyczyną hałasów. Za­miast te­go jed­nak za­wył z bólu, za­toczył się i wyrżnął w stół, zrzu­cając kałamarz i roz­le­wając at­ra­ment po podłodze i liście od tej gam­ratki bra­tani­cy (żad­na stra­ta, jak zwyk­le błagała o pożyczkę, której i tak by nie zwróciła).
- Psia mać! Niech to wszys­cy diab­li! - wrzasnął, po czym zde­cydo­wanie (acz już dużo os­trożniej) ruszył na dół. Nie mu­siał się prze­bierać, po­nieważ dla oszczędności cza­su zaw­sze sy­piał w ub­ra­niu ro­boczym. Kąpieli też nie uz­na­wał, ra­no og­ra­niczał się do za­nurze­nia głowy w ba­lii z zimną wodą, niemiłosier­nie przy tym prychając i chla­piąc na wszys­tkie stro­ny. Prawdę mówiąc, większą sym­pa­tią darzył pchły, niż mydło. Tym ra­zem jed­nak za­nie­chał na­wet ba­lii, za­miast te­go zas­ta­nawiając się, jak na­wymyślać służącej.
Gdy schodził po scho­dach, usłyszał przytłumiony gwar głosów. Za­niepo­koił się.
- O tej porze? Kar­czma jest prze­cież jeszcze zam­knięta... Czyżby te zaw­szo­ne moczy­mor­dy nie mogły już wytrzymać?
Tak roz­myślając, przyb­rał groźny wy­raz twarzy i wkroczył do iz­by. Led­wie to jed­nak uczy­nił, stanął jak wry­ty z roz­dziawioną gębą. W iz­bie znaj­do­wało się pięciu ub­ra­nych na czar­no mężczyzn, ob­wie­szo­nych wszel­kiego rodza­ju bro­nią. "Zu­pełnie jak szu­bieni­ce wi­siel­ca­mi po złapa­niu ban­dy Gniewo­mira" - przem­knęło mu przez myśl. Cze­go tam nie było! Brak zwykłych mie­czy, noszo­nych przez większość tu­tej­sze­go zbroj­ne­go lu­du re­kom­penso­wały: og­romny, dwus­tron­ny topór, wiel­ki mor­gen­sztern, dziw­nie zak­rzy­wiona szab­la, łuk wyższy od strzel­ca i kiścień o dwóch bi­jakach. Po­nad­to, wszys­cy mieli szty­lety, pu­ginały i siekier­ki pow­ty­kane za czar­ne, skórza­ne pa­sy. Jed­no spoj­rze­nie na syl­wetki i twarze niez­na­jomych poz­wa­lało założyć, że całe to żelas­two nie służy ja­ko oz­do­ba, a właści­ciele nie tyl­ko chętnie po nie sięgają, ale też bar­dzo spraw­nie nim władają...
Sla­won poczuł ogar­niającą go pa­nikę. Nig­dy nie na­leżał do ludzi od­ważnych, więcej - na­wet nie do lek­ko strachli­wych. On był najzwyk­lej­szym, roz­dy­gota­nym tchórzem. Ow­szem, pot­ra­fił grom­kim głosem ryknąć na dwóch pi­jaków, wszczy­nających rozróbę w kar­czmie, ale zza la­dy i uf­ny w swe bez­pie­czeństwo. Jed­nak już na uli­cy, gdy ktoś groźnie na niego spoj­rzał i ka­zał usunąć się z dro­gi, po­kor­nie spuszczał głowę i po­tul­nie wy­pełniał po­lece­nie. Je­go wa­run­ki fi­zyczne szły w parze z od­wagą - wy­raźnie su­gero­wały, że właści­ciel świet­nie radzi so­bie z ba­ranem z rożna i an­tałkiem pi­wa, na­tomiast w star­ciu z człowiekiem, na­wet naj­korzys­tniej­szy układ pla­net, wy­soki zysk i połowiczny pa­raliż opo­nen­ta nie gwa­ran­to­wał kar­czmarzo­wi suk­ce­su. Tak więc już te­raz przytłaczał go strach, który jed­nak szyb­ko prze­rodził się w prze­rażenie, gdy je­den z mężczyzn ruszył w je­go stronę, wy­ciągając zza pa­sa długi, os­try na końcu i bar­dzo niep­rzy­jem­nie wyglądający szty­let.

opowiadanie • 4 lipca 2011, 18:04
Facebook
Reklama
Partnerzy

Blok

Cy­taty.eu - afo­ryz­my i sen­ten­cje Afo­ryz­my, Cy­taty, afo­ryz­my, sen­nik Moje-Cytat­y.com, Za­mys­le­nie.pl - Afo­ryz­my dla Ciebie, Aforyzmy i cy­taty

Reklama
Autorzy
Konfucjusz Le Guin Hitler

Kadet

Użytkownicy
J K L
Reklama