Czterej nowoprzybyli nie wykazali [...] – Kadet

W tym miejscu znajdziesz opinie do tekstu, którego autorem jest Kadet — zgromadziliśmy 2 opinie.

Karczmarz cz. 9

Czte­rej no­wop­rzy­byli nie wy­kaza­li na­tomiast naj­mniej­sze­go zdu­mienia na wi­dok Kra­sena i strażników – prze­ciw­nie; ich spoj­rze­nia i zacho­wanie mówiły wy­raźnie, że te­go właśnie się spodziewa­li. Za­raz po wejściu lek­ko się roz­proszy­li, tak, aby każdy miał wokół siebie wolną przes­trzeń i stanęli bez ruchu, z dłońmi przy ręko­jeściach mie­czy, to­porów i in­nych śmier­cionośnych za­bawek. Po chwi­li pełnej na­pięcia, Zak po­wol­nym kro­kiem ruszył w kierun­ku stołu zajęte­go przez Kra­sena i strażników. W tym mo­men­cie Ma­rand i je­go ludzie jak na ko­mendę pod­nieśli się z ławy, a ich ręce bezbłędnie od­na­lazły ręko­jeści ciężkich, sta­lowych mie­czy które mieli przyt­roczo­ne do pasów. I z pew­nością by ich do­byli, gdy­by nie krótkie i tnące niczym bicz „nie”, które wyszło z ust Kra­sena. Ruchem ręki na­kazał im usiąść, a gdy to zro­bili, pat­rząc po so­bie niepew­nie, wstał i dłuższą chwilę mie­rzył wzro­kiem Ze­ka, który zat­rzy­mał się dziesięć kroków przed nim. W tym mo­men­cie kar­czmarz uświado­mił so­bie, że w iz­bie pa­nuje niemal zu­pełna cisza – stan o tej porze nie do po­myśle­nia. Wszys­cy obec­ni przer­wa­li toczo­ne roz­mo­wy, od­sta­wili kuf­le, półmis­ki i drew­niane łyżki i z cieka­wością przygląda­li się dwóm mężczyz­nom, którzy stanęli niemal na środ­ku iz­by. Pier­wszy mil­cze­nie przer­wał królew­ski na­jem­nik. Mówił prze­ciągle, a je­go głos ociekał ja­dem i trys­kał prze­jas­kra­wioną ironią.
- Kogóż ja widzę. Wreszcie mogę na włas­ne oczy uj­rzeć osławione­go Ga­rol­da i to w do­dat­ku z je­go całą, no po­wie­dzmy pra­wie całą, bandą. Cóż za zaszczyt. Ocze­kiwałem tej chwi­li wiele lat, jed­nak jak już zna­leźliśmy się w pob­liżu w przer­wach między ko­lej­ny­mi za­daniami, nie było szans prze­bić się przez świtę otaczających cię przy­dupasów, wychwa­lających pod niebiosa two­je wiel­kie czy­ny w służbie nasze­go miłości­wego króla Da­gora… Tak na mar­gi­nesie, to ty chy­ba już nie możesz żyć bez tej całej fan­fa­rona­dy wokół two­jej oso­by – jak widzę, na­wet te­raz masz przy so­bie swoich przychlastów. Ehhh, bieda­cy – to mówiąc zwrócił się do po­zos­tałej trójki – pew­nie co wieczór każe wam wysłuchi­wać his­to­rii o swoich wiel­kich czy­nach. Szczerze mi was żal, bo nies­te­ty chcąc pomóc swo­jej ka­rie­rze w tym trud­nym fachu, nies­te­ty ob­sta­wiliście złego konia…
Po tych słowach po­now­nie prze­niósł wzrok na Ze­ka i kontynuował.
- To się mu­siało tak skończyć. Ja to wie­działem. Od tych wszys­tkich hołdów pop­rzew­ra­cało ci się w głowie, zachciało się być wyższym od króla co? Sko­ro ten nie od­dał ci zam­ku, to pos­ta­nowiłeś go zmienić? Wpro­wadzić na tron in­ne­go władcę, który się so­wicie od­wdzięczy i będzie do nóg pa­dał? Po­zos­ta­je mi tyl­ko cie­szyć się, że w swej za­dufa­nej pew­ności siebie uz­nałeś, że nikt nie jest w sta­nie przej­rzeć twej podłej gry, od­kryć taj­ne­go po­rozu­mienia z królem Nah­me­su, zde­mas­ko­wać cię i pow­strzy­mać? Że nikt nie będzie po­dej­rze­wał „naj­większe­go bo­hate­ra naszych czasów”? Na całe szczęście my­liłeś się. Mam dla ciebie złe wieści – two­ja gra już skończo­na, a i twój czas do­biega końca…
Po tych słowach za­padła długa cisza. Sla­won po­dej­rze­wał już, że nie usłyszą żad­nej od­po­wie­dzi, jed­nak Zak w końcu przemówił. Je­go me­taliczny głos był lo­dowa­ty – kar­czmarz mi­mocho­dem spoj­rzał w kierun­ku pa­lenis­ka by spraw­dzić, czy płonące tam węgle nie pozamarzały…
- Za dużo ga­dasz, Kra­sen. Za dużo i zbyt zuchwa­le. A ja nie cier­pię ludzi, używających języ­ka za­miast mózgu… Już od daw­na mówiłem, że to cię zgu­bi, a dziś mam pot­wier­dze­nie. Możesz ga­dać, co chcesz i ku­pować ty­lu bur­mis­trzów, gro­dodzierżców i strażników ilu uz­nasz za sto­sow­ne. Zła wiado­mość jest ta­ka, że to co naj­wyżej opóźni twą śmierć – a ta cze­ka cię nie­chyb­nie, za zdradę, której się dopuściłeś.
- Zdradę? – na twarzy Kra­sena od­ma­lowało się święte oburze­nie – Ty masz czel­ność zarzu­cać mi zdradę? TY? Poświęciłem swe życie służbie króles­twu i nie poz­wolę, by ta­ki psi syn mnie znieważał. Obiecuję ci, że…
Nikt nie miał się jed­nak do­wie­dzieć, jaką to obiet­nicę za­mie­rzał złożyć królew­ski na­jem­nik. Je­go wy­powiedź zos­tała bo­wiem przer­wa­na przez strażni­ka, który po­magał Wal­do­nowi w przeszu­kiwa­niu po­koju na górze. Wpadł z im­pe­tem do iz­by i ciężko dysząc zaczął wrzeszczeć:
- Me­dyka! Szyb­ko! Tam, gro­dodzierżca, ran­ny, w wor­ku, wys­koczył, prędko…
Ma­rand i je­go ludzie po­der­wa­li się z miej­sc i wy­sypa­li zza stołu. W całej kar­czmie wy­buchło po­rusze­nie, każdy zaczął coś mówić, roz­glądać się nies­po­koj­nie, wier­cić w miej­scu... Jed­nak gwar szyb­ko umilkł.
- Mor­da! – głos Kra­sena był wład­czy, ok­rutny – Us­pokój się i ga­daj skład­nie, o co chodzi!
Jed­nak strażnik nie zdążył dojść do głosu – nim zeb­rał myśli, w Sa­li dał się słyszeć cichy, me­taliczny głos.
- Zby­teczne. Już stygną. Tak się kończy grze­banie w cudzym ba­gażu… Muszę pog­ra­tulo­wać Kra­sen – właśnie wy­kończyłeś ko­lej­ne­go gro­dodzierżcę. Jeśli do­liczyć Ja­nyma i te­go z Don­ta­las…im­po­nujący wyczyn, jak na niecałe dwa miesiące…
- Ja wy­kończyłem? – głos Kra­sena ema­nował wściekłością. Jed­nak po chwi­li się us­po­koił i już spo­koj­nie spy­tał – Jak?
- Skorpiony.
-No tak… Tru­ciz­na – broń tchórzy. W su­mie mogłem się te­go spodziewać…
-Wysłać przo­dem in­nych, niech ry­zykują, a sa­memu kryć się w cieniu – dokład­nie te­go się spodziewałem. Ale dość już ga­dania i tak za długo to trwa – w imieniu króla Da­gora aresztuję cię!
W gro­bowej ciszy, która pa­nowała w kar­czmie, śmiech Kra­sena zab­rzmiał upior­nie, wstrząsająco, złowieszczo.
- Aresztu­jesz mnie? Ty? W imieniu króla? Dob­re so­bie! Tu – to mówiąc sięgnął za pa­zuchę – jest pis­mo króla. Pis­mo, na mo­cy które­go to ja mogę cię areszto­wać, co też ni­niej­szym czy­nię. Mam nadzieję, że za­nie­chasz opo­ru? – a do Ma­ran­da krzyknął – Brać ich!
-Ty skurwysynu…
Zak (alias Ga­rold) nie zdążył po­wie­dzieć nic więcej. Nim wy­raz zas­kocze­nia, spo­wodo­wane­go wi­dokiem do­kumen­tu, znikł z je­go twarzy, mu­siał od­skoczyć przed jed­nym z ludzi Ma­ran­da, próbującym go pochwy­cić. Pod­czas uni­ku za­haczył jed­nak o kant stołu, co wytrąciło go z równo­wagi. Nim zdążył ją odzys­kać, dwóch strażników dos­koczyło do niego i przewróciło na ziemię. I wte­dy się zaczęło.
Nim tam­ci dwaj zdążyli go unierucho­mić, błys­ka­wicznie rzu­cił się w bok i prze­toczył pod stołem. Skoczy­li za nim, lecz je­den z nich nag­le zaklął, za­toczył się i stanął – z roz­cięcia na szyi płynęła mu krew. Tyl­ko gwałtow­ny ruch ura­tował go przed nożem, rzu­conym przez jed­ne­go z ludzi Ze­ka. Bo­wiem także oni by­li już w pełni go­towi do star­cia – dwa mie­cze i topór straszyły ob­nażony­mi os­trza­mi, in­formując jed­noznacznie, że nie ma szans na po­kojo­we roz­wiąza­nie spra­wy. Przez mo­ment pa­nował spokój - obie stro­ny mu­siały się porządnie zor­ga­nizo­wać – lecz po chwi­li jak na ko­mendę za­mie­sza­nie wy­buchło z pełną mocą. Kil­ka kop­niaków star­czyło, by zro­bić trochę miej­sca po­między stołami i wal­ka roz­gorzała na całego. Już na star­cie je­den ze strażników z ok­ropnym ry­kiem upadł na ko­lano, z to­porem aż po sty­lis­ko wbi­tym w pra­wy oboj­czyk. Jed­nak sam to­por­nik miał niewiele więcej szczęścia – nóż rzu­cony przez Kra­sena tra­fił bezbłędnie i gro­tes­ko­wo ster­czał z oczo­dołu, z które­go po­woli wypływała gałka oczna, mie­szając się na po­liczku z wypływającą z ra­ny krwią. Nim jeszcze jed­nooki nie­szczęśnik upadł na ziemię, przez izbę prze­toczył się ko­lej­ny wrzask bólu – to Ga­rold w błys­ka­wicznym pi­ruecie uniknął potężne­go cięcia za­dane­go przez strażni­ka, który do­piero co był świad­kiem śmier­ci gro­dodzierżcy. Wi­rując obok niefor­tunne­go na­pas­tni­ka, oszczędnym cięciem rozpłatał mu gardło i pół po­liczka – krew z ro­zer­wa­nej aor­ty trysnęła na dob­re sześć stóp w górę. Ko­lej­ny strażnik przez kil­ka se­kund z po­wodze­niem pa­rował wszys­tkie ata­ki mężczyz­ny w czer­ni, który stanął mu na drodze, a na­wet zdołał raz tra­fić tam­te­go w ra­mię, lecz nie prze­bił się przez kol­czugę prze­ciw­ni­ka. W końcu jed­nak uległ, gdy po spa­rowa­niu szyb­kiego ciosu w udo próbo­wał unieść ciężki miecz do ko­lej­nej kon­try. Nie zdążył i dwa cięcia tam­te­go do­sięgły ce­lu. Je­den ześliznął się po kol­czudze, jed­nak dru­gi roz­ciął skórę na czo­le, tuż po­niżej hełmu. Wal­czył jeszcze chwilę, jed­nak spływająca na oczy krew ośle­piała go i po ko­lej­nej spóźnionej kon­trze od­skoczył do tyłu szu­kając osłony za stołem, i przy­cis­kając do bo­ku lewą dłoń, poz­ba­wioną trzech palców i połowy czwar­te­go. W międzycza­sie roz­strzygnęła się też czwar­ta po­tyczka – Ma­rand, potężny chłop z kwad­ra­tową szczęką i wy­raźnym za­nikiem kar­ku, wyp­ro­wadzał ko­lej­ne ciosy z co­raz większą szyb­kością i niszczy­ciel­ską siłą, zmuszając swe­go prze­ciw­ni­ka do ciągłej ob­ro­ny. I właśnie ko­nie­czność co­fania się przed ciosa­mi oka­zała się dla tam­te­go zgub­na – przy ko­lej­nym kro­ku w tył pot­knął się o przewróconą ławę, przez co na chwilę ut­ra­cił równo­wagę. To wys­tar­czyło. Potężny cios w klatkę pier­siową od­rzu­cił go w tył i po­walił na ziemie, nie­chyb­nie druz­gocząc kil­ka żeber. Tyl­ko moc­nej kol­czudze zaw­dzięczał, że je­go kor­pus jest jeszcze w jed­nym ka­wałku. Ma­rand od ra­zu rzu­cił się, by do­bić leżące­go, jed­nak wszys­tkich wstrzy­mał potężny krzyk, który prze­bił się przez ka­kofo­nię his­te­rycznych krzyków, wrzasków wzy­wających straż, tu­mult przew­ra­canych ław i stołów, oraz brzęk tłuczo­nych naczyń, uci­nając je mo­men­talnie. Znów za­pano­wała cisza, prze­rywa­na tyl­ko cichym szlocha­niem i odgłosa­mi to­warzyszący­mi zwra­caniu za­war­tości żołądka.
-Stać! – to był Kra­sen, który korzys­tając z ogólne­go za­mie­sza­nia, szyb­ko prze­biegł w róg iz­by, do stołu zaj­mo­wane­go przez sa­mot­ne­go podróżne­go. Obec­nie stał za nim, wykręcając mu ręce i trzy­mając nóż na gar­dle. – Od­suńcie się pod ściany, jak naj­da­lej od drzwi i zróbcie mi przejście, al­bo ten człowiek zginie!
Kar­czmarz opa­nował tor­sje, wyg­ra­molił się zza kon­tuaru i zas­koczo­ny spoj­rzał na zakład­ni­ka. Był to mężczyz­na, który przy­był do kar­czmy dziś ra­no, a które­go majętność tak źle wy­cenił. Sla­won nie mógł zro­zumieć, jak ni­by groźba za­bicia przy­pad­ko­wego podróżne­go miałaby pow­strzy­mać Ga­rol­da. Ku swe­mu zdu­mieniu spos­trzegł jed­nak, że twarz tam­te­go znów przyb­rała ka­mien­ny wy­raz, a on sam stanął bez ruchu, wbi­jając wzrok w Krasena.
- Pod ścianę! Już! – to mówiąc, lek­ko na­ciął skórę na gar­dle zakładnika.
Kra­sen nie mógł te­go dos­trzec, ale widział to Sla­won i z całą pew­nością także Ga­rold. Otóż twarz zakład­ni­ka po­zos­ta­wał ciągle bez wy­razu. Roz­cięcie skóry na szyi, jak i cała sy­tuac­ja, zda­wały się nie ro­bić na nim naj­mniej­sze­go wrażenia. Na­wet cień bólu czy strachu nie prze­biegł po je­go twarzy – po­zos­ta­wała ka­mien­na, a jej właści­ciel cały czas wpat­ry­wał się w Ga­rol­da, jak­by chciał prze­wier­cić go wzro­kiem. Al­bo może coś prze­kazać…? Kar­czmarz nie pot­ra­fił zgadnąć, niem­niej nies­pecjal­nie mu się to podobało.
Nie miał jed­nak cza­su spec­jalnie się nad tym głowić, bo oto Ga­rold ra­zem ze swym to­warzyszem os­trożnie przeszli między stołami, nies­po­koj­nie roz­glądając się dookoła, po­deszli do ran­ne­go to­warzysza i os­trożnie zaczęli od­ciągać go pod ścianę, nie spuszczając oczu z Kra­sena, a także Ma­ran­da. Ten os­tatni jed­nak zdążył się już ro­zej­rzeć i również ruszył z po­mocą swo­jemu kom­pa­nowi, broczące­mu krwią z po­ciętej dłoni. Gdy trzej odziani na czar­no mężczyźni do­tar­li już do ściany, w od­ległości około 10 kroków od drzwi wejściowych, Kra­sen sztur­chnięciem dał znak zakład­ni­kowi, by ten po­woli ruszył do przo­du. Po cza­sie, który zda­wał się być wie­cznością, do­tar­li do po­bojo­wis­ka. Tam zat­rzy­mali się na chwilę, po­nieważ podłoga była ślis­ka od krwi, a Kra­sen nie za­mie­rzał po niej tańco­wać, tyl­ko w miarę możli­wości ominąć naj­większe kałuże, nie tracąc jed­nak z oczu Ga­rol­da. W tym ce­lu mu­sieli prze­cisnąć się po­między dwo­ma przewróco­nymi stołami, którą to czyn­ność po chwi­li roz­poczęli. I właśnie gdy do­tar­li do stołów, drzwi kar­czmy z im­pe­tem się ot­worzyły i z wiel­kim hałasem wpad­li do iz­by czte­rej strażni­cy, spro­wadze­ni przez które­goś z gości. Ja­ko że Kra­sen był od­wróco­ny tyłem do drzwi, na mo­ment spoj­rzał za siebie, żeby zo­baczyć, ko­go tym ra­zem przy­niosło. Jak się oka­zało, po­pełnił błąd.

opowiadanie • 10 listopada 2011, 00:04

Ojeja...
Dzięki za taką pochlebną opinię!
Ale proszę jeszcze o słowa kry­tyki... ;-)

PS: Przep­raszam, że nie od­pi­sałem wcześniej, ale brak po­wiado­mień o opi­niach do opo­wiadań znów mi się dał we znaki... 

Jak zwyk­le, bar­dzo uda­ne, pi­sane świet­nym sty­lem i wciągające. Po­nad­prze­ciętnie dob­re sce­ny wal­ki, co bar­dzo mnie cie­szy. Całość czy­ta się jed­nym tchem i bar­dzo wciąga. 

Facebook
Reklama
Partnerzy

Blok

Cy­taty.eu - afo­ryz­my i sen­ten­cje Afo­ryz­my, Cy­taty, afo­ryz­my, sen­nik Moje-Cytat­y.com, Za­mys­le­nie.pl - Afo­ryz­my dla Ciebie, Aforyzmy i cy­taty

Reklama
Autorzy
Remarque (Paul Remarque) Kazantzakis de Mello

Archangel_Marco

Użytkownicy
J K L
Reklama